
29 sierpnia na PGE Narodowym w Warszawie odbędzie się finał Drużynowego Pucharu Świata na żużlu. To wielkie wydarzenie dla tej dyscypliny, ponieważ nigdy w historii tych rozgrywek gospodarzem nie była tak duża arena. Niesie ona jednak za sobą dużo znaków zapytania w kontekście wyniku sportowego reprezentacji Polski.
Reprezentacja Polski na żużlu miała już okazję rywalizować na PGE Narodowym w Warszawie dekadę temu, ale za kilka tygodni po raz pierwszy zmierzy się na tym obiekcie "o coś". Będzie to finał DPŚ, a więc najbardziej prestiżowe rozgrywki reprezentacyjne w speedwayu. Biało-czerwoni bronią tytułu wywalczonego trzy lata temu we Wrocławiu.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Eksperci są jednak zgodni, że tym razem o złoto może być znacznie trudniej ze względu na brak wyraźnego atutu własnego toru. PGE Narodowy powinien dostarczyć niesamowitej atmosfery i stanowić znakomitą promocję dyscypliny w kraju i na świecie, ale w aspektach czysto technicznych pozostawia wiele znaków zapytania.
— Do końca nie wiemy, jak ten tor będzie się zachowywać i czy dach będzie otwarty, a może zamknięty? Do tego dochodzi regulacja silników, inaczej może być na treningu, a inaczej podczas zawodów. Czy ten tor będzie stabilny, a może nawierzchnia będzie się przesuwać? Czy będzie możliwość wyprzedzania? Jest wiele niewiadomych dla nas i dla rywali. Bardzo ważna będzie komunikacja między zawodnikami i między teamami, na co już teraz zwracam uwagę, aby nad tym elementem pracować — podkreśla selekcjoner reprezentacji Polski Stanisław Chomski.
Oby nie było powtórki z piłkarskiego Euro 2012, kiedy reprezentacja Polski w pierwszym meczu fazy grupowej rywalizowała z Grecją i tylko zremisowała 1:1. Do dzisiaj mówi się, że powodem słabszej postawy podopiecznych Franciszka Smudy była decyzja o... zamknięciu dachu. Zbyt duszny klimat faworyzował zawodników "Hellady". Jak widać, nawet tak drobny szczegół może wpłynąć na postawę sportowców. A w żużlu tych czynników jest jeszcze więcej.
Inna kwestia to niesamowicie wyrównana obsada finału. Do Polaków, Australijczyków i Brytyjczyków powinni dołączyć jeszcze Duńczycy. Przy tak mocnych rywalach ciężko będzie wypracować sobie jakąkolwiek przewagę. Chomski widzi jednak pozytywy.
— Jeżeli są dwa mocne zespoły, a reszta jest tłem, to każda "nieplanowana" porażka kosztuje. W tym przypadku tak nie będzie. To może być atut, ale jednocześnie każdy punkt będzie ważny — mówi doświadczony szkoleniowiec.