
Porażka z Alexandrą Ealą na Wimbledonie boli, ale dla mnie znacznie bardziej wstrząsające jest to, co wydarzyło się kilkadziesiąt minut później w sali konferencyjnej. Słuchając Igi Świątek, miałem wrażenie, że patrzę na zupełnie inną osobę.
Komentarz
Poniżej streszczenie artykułu:
Skrót przygotowany przez Onet Czat z AI, może zawierać błędy.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Porażka z Alexandrą Ealą na Wimbledonie boli, ale dla mnie znacznie bardziej wstrząsające jest to, co wydarzyło się kilkadziesiąt minut później w sali konferencyjnej. Słuchając Igi Świątek, miałem wrażenie, że patrzę na zupełnie inną osobę.
Problem polega na tym, że jej mechanizm obronny, który zaprezentowała, to droga donikąd. Z takim zadaniem mało kto sobie poradził.
— Nie dbam już o wyniki. Byłam na nich tak bardzo skupiona, że trudno było tak dalej funkcjonować. Naprawdę staram się to odpuścić. Nie mam dobrych wyników, więc nie będę ich od siebie oczekiwać, bo one po prostu się nie pojawią — te słowa Świątek z konferencji wywołały burzę. I prawdę powiedziawszy... trudno się temu dziwić.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Kiedyś, nawet po bolesnych porażkach, z oczu Polki biła sportowa złość i obietnica natychmiastowego powrotu do pracy, by znów wygrywać. Dziś widzimy, jak zdejmuje z siebie ciężar oczekiwań, bo stał się on dla niej zbyt przygniatający. O ile schodząc z kortu w Londynie, Iga wciąż krzyczała na siebie i rzucała rakietą, co dowodziło gigantycznej frustracji, o tyle na konferencji zaprezentowała zupełnie inny obraz, który kłóci się z tym, co widzieliśmy na korcie.
Zauważyli to również eksperci z The Tennis Podcast. Catherine Whitaker, która siedziała obok mnie na konferencji prasowej, przyznaje wprost, że zachowanie "mentalnie zdewastowanej" Polki wzbudziło jej strach. Przyjechała tu jako mistrzyni Wimbledonu. To był rodzaj zbroi, choć od czasu tamtego sukcesu nie za wiele wygrała. Ale teraz nie ma już nawet tego, zaraz wypadnie z najlepszej dziesiątki rankingu. Żal było słuchać, jaka jest zrezygnowana, jaka jest pogodzona ze swoim nowym miejscem w świecie tenisa. — Wydaje się zagubiona — ocenia Whitaker.
Zawtórował jej David Law, uderzając w sedno problemu. Zauważył, że talent Igi nie wyparował, ale wyniki jasno pokazują, że albo metody jej pracy, albo ludzie w jej otoczeniu zawodzą. Z kolei Matt Roberts bezlitośnie podsumował, że obecna Świątek jest "nie do poznania w porównaniu do zawodniczki sprzed kilku lat".
Jako obserwatorzy musimy spróbować zrozumieć tę nową postawę. Wiele osób i sympatyków tenisistki tłumaczy, że obniżenie oczekiwań to po prostu naturalny mechanizm obronny. Rywalki nie tylko dogoniły Polkę pod względem tenisowym, ale w wielu przypadkach ją przegoniły. Iga musi teraz wykonać podwójną pracę — gonić je czysto sportowo, ale też ułożyć sobie w głowie to, że nie jest już niekwestionowaną dominatorką.
Zrzucenie z siebie presji wyniku to próba znalezienia przestrzeni na oddech. To zbudowanie wokół siebie psychologicznej tarczy: "jeśli nie oczekuję zwycięstwa, porażka mniej boli". Z ludzkiego punktu widzenia to w pełni zrozumiałe i naturalne. Wszyscy mamy prawo do słabszych momentów, do wycofania się i poszukiwania balansu. Problem polega na tym, że w świecie zawodowego sportu na najwyższym poziomie ten mechanizm obronny to droga donikąd.
Zastanówmy się, czy wyobrażamy sobie Novaka Djokovicia, Rafaela Nadala czy Rogera Federera, którzy po serii porażek siadają przed mikrofonami i mówią: "Nie dbam już o wyniki, nie będę ich od siebie oczekiwać"? To absolutnie nie do pomyślenia.
DNA wielkich mistrzów polega na tym, że nawet zepchnięci do narożnika, kontuzjowani i starzejący się, wciąż obsesyjnie wierzą w to, że są najlepsi na świecie. Mogą zmienić trenera, zmodyfikować technikę forhendu, zrezygnować z połowy turniejów w kalendarzu, ale nigdy, przenigdy nie rezygnują z wewnętrznego głodu zwycięstwa.
Dlatego obecny kryzys Igi Świątek należy oceniać dwutorowo. To, że spada w rankingu, że wylatuje poza czołową piątkę, a niedługo może nawet i za dziesiątkę, to zjawisko, które przydarzało się niemal każdemu. Spadek formy, błędy taktyczne czy zepsuty serwis można wybaczyć i nad nimi pracować. To nie jest wielka tragedia.
Tragedią w sporcie jest utrata marzenia o byciu na szczycie. Można przegrywać mecze, ale by kiedykolwiek wrócić na tron, trzeba tego powrotu obsesyjnie pragnąć i oczekiwać od siebie wielkości. Jeśli Iga naprawdę zrezygnowała z tych oczekiwań, to powrót "starej Igi" może zająć o wiele więcej czasu, niż komukolwiek się wydaje. Odbudowa forhendu to kwestia tygodni na korcie treningowym. Odbudowa mentalności mistrzyni to wyzwanie, z którym wielu w historii sportu nigdy sobie nie poradziło.