RAK
    Pasjonująca powieść hiszpańskiej pisarki. Idealna na wakacje [FRAGMENT KSIĄŻKI]

    Pasjonująca powieść hiszpańskiej pisarki. Idealna na wakacje [FRAGMENT KSIĄŻKI]

    2079 odsłon
    Pasjonująca powieść hiszpańskiej pisarki. Idealna na wakacje  [FRAGMENT KSIĄŻKI]

    Pasja, rywalizacja i tajemnice w najnowszej powieści Carli Montero "Dziewczyna z mgły".

    Wyspa Man, rok 1938. W tym odległym zakątku Morza Irlandzkiego Mila Kovac, młoda Hiszpanka, która zdobyła już sławę i pozycję w kręgach sportu motorowego, ma wziąć udział w wyścigu samochodowym. Zostawiła za sobą śmierć męża oraz przeszłość pełną wciąż otwartych ran.

    Na wyspie zebrali się wielcy kierowcy owych czasów, mężczyźni i kobiety. Jednak to nie wyścig i ostra walka na trasie okażą się dla Mili największym wyzwaniem. Ona będzie musiała się zmierzyć z własną historią, niespodziewanym uczuciem i podejrzeniami co do śmierci męża. Podczas gdy nad światem unosi się widmo nowego konfliktu, Mila poszukuje swojego miejsca między mgłą, pamięcią i pożądaniem**.**

    W wypełnionej emocjami powieści Carli Montero linię mety przecinają miłość, ambicja i ukryte prawdy. Carla Montero to hiszpańska pisarka uwielbiana przez przez polskich czytelników, jest absolwentką prawa i zarządzania w biznesie, od zawsze jednak uwielbiała pisać. Jej debiutancka powieść "Wiedeńska gra" otrzymała nagrodę Círculo de Lectores. "Szmaragdowa tablica" została bestsellerem także w Polsce; jej kontynuacją jest "Ognisty medalion". Oprócz nich REBIS opublikował również powieści Montero "Złota skóra", "Zimowy wiatr na twojej twarzy", "Ogród kobiet" i "Księżycowa winnica".

    Okładka książki Carli Montero "Dziewczyna z mgły"

    Partner Dom Wydawniczy REBIS

    Okładka książki Carli Montero "Dziewczyna z mgły"

    Fragment książki Carli Montero "Dziewczyna z mgły".

    1937. Niedziela, 8 sierpnia

    Hałas był ogłuszający. Piętnaście samochodów wyścigowych wypełniało powietrze głośnym jak rój milionów owadów rykiem silników. Pędziły z zawrotną prędkością po trasie prowadzącej ulicami Monte Carlo, a gdy przejeżdżały, zgromadzony tłum żywo pokrzykiwał i wiwatował. Ostre popołudniowe światło odbijało się w białych budynkach, w morzu i asfalcie lśniącym jak świeżo malowany. Panował duszący upał.

    Anton Behra, za kierownicą swojego Verusa B1, rzucił okiem w lusterko wsteczne. Przód jednego z Maseratich pojawiał mu się w polu widzenia i znikał, wóz gnał za nim jak drapieżnik za ofiarą. Nie mógł pozwolić się dogonić. Jeśli nie utrzyma tej szóstej pozycji przynajmniej na kilku pierwszych okrążeniach, straci szansę na podium. To oznaczałoby jego koniec.

    Rzut oka na szybkościomierz: sto czterdzieści kilometrów na godzinę. Już rozwijał maksymalną prędkość na tym dziurawym jak sito zjeździe. A jednak podjął ryzyko i wstrzymywał się z hamowaniem. Do końca prostej zostało mu zaledwie sto metrów, ale zdecydowanie dociskał pedał gazu. Był wybitnym rajdowcem, ciągle najlepszym. Samochód trząsł się jak opętany.

    On sam dygotał od stóp do głów, zlany potem; dyszał jak wściekły byk, mimo to brakowało mu powietrza. Serce podchodziło mu do gardła, czuł się bardzo źle, musiał jednak cisnąć do końca. Wściekłość utrzymywała go w ryzach. Zbliżał się do zakrętu, a pędził sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę; powinien przyhamować już teraz, w przeciwnym razie rozbije się o budynek na rogu. Chciał przytrzymać gaz jeszcze przez sekundę. Wtedy oczy zaszły mu mgłą.

    W przebłysku świadomości zobaczył, że jezdnia skręca, a on sunie prosto na ten narożny budynek. Potrząsnął głową, zagryzł zęby i nadepnął na hamulec. Wcisnął sprzęgło i wrzucił jedynkę. Opony zapiszczały. Skręcił kierownicę i zdołał wyjść z zakrętu. Przemknął bardzo blisko ściany, była na wyciągnięcie ręki.

    Nie mógł w to uwierzyć. Właśnie o włos uniknął śmierci. W ostatniej chwili doszedł do siebie i odzyskał panowanie nad maszyną. Zebrało mu się na wymioty, ale żołądek miał już zupełnie pusty. Zapach benzyny i spalonej gumy wywracał mu flaki, nigdy wcześniej nic takiego mu się nie przytrafiło. Mocno ścisnął kierownicę i targany mdłościami pruł jak szalony: zakręt Mirabeau, rozjazd przy dworcu, zakręt Portier. Ostre słońce nad morzem raziło go w szeroko otwarte oczy. Twarz ociekała mu potem. Przy każdym skręceniu kierownicy, przy każdym podskoku na wybojach bolały go wszystkie mięśnie. Wrzucił dwójkę, trójkę, czwórkę, za zakrętem Portier, znowu mocno dociskając pedał gazu, rozpędzał się na bulwarze Ludwika

    II.

    To cholerne Maserati dogoniło go. Zobaczył, że próbuje przecisnąć się bokiem, więc zajechał mu drogę. Do jasnej cholery… Bardzo bolał go żołądek, czuł w ustach gorzki posmak żółci. Ciążyły mu powieki. Z trudem skupiał wzrok na jezdni: wjazd do tunelu zdawał się rozwijać i tańczyć mu przed oczami. Zamrugał i przesunął ręką po zaparowanych goglach. Co się, u diabła, z nim dzieje?

    Poczuł w żołądku silne ukłucie; aż zaparło mu dech. Jedną ręką puścił kierownicę i przycisnął ją do brzucha. Zwolnił pedał gazu. Maserati wyminęło go przed tunelem. Anton Behra zaklął szpetnie, wrzasnął z bólu i złości. Kiedy ponownie chwycił oburącz kierownicę i dodał gazu, wydawało mu się, że toczy pianę z ust. Dogoni tego skurwiela na następnej prostej, przy wylocie z tunelu Larvotto. Do diabła, dopadnę go, myślał, porysuję mu ten cholerny lakier przy wyprzedzaniu. Jeśli nie przed szykanami, to za nimi. Ból ciągle palił go w żołądku, powietrze nie docierało do płuc, Behra jednak nie pozwalał, aby te uczucia nad nim zapanowały: wykorzysta złość i gniew, by dalej gnać, by jechać jak mistrz, którym wciąż był. Purpurowy Verus B1 z numerem bocznym 15 mknął ku szykanom przy porcie z niebywałą prędkością stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Kierowca raptownie zahamował z piskiem opon, które zostawiły na asfalcie czarne, dymiące, emanujące kwaśnym smrodem ślady. A jednak nie skręcił.

    Krzyk przerażenia wstrząsnął trybunami, gdy samochód uderzył prosto w bandę, odbił się, przeciął jezdnię, sypiąc iskrami, po czym wpadł na murek okalający port. Uderzenie było tak silne, że wyleciał w powietrze i pokoziołkował wśród zgrzytu giętego metalu i brzęku tłuczonego szkła, aż z suchym łomotem, od którego włosy stawały dęba, zatrzymał się na asfalcie; leżał na boku. Nagle potężna eksplozja spowiła go wielką kulą ognia. Płomienie pochłonęły ciało Antona Behry, który uwięziony w kabinie, spłonął w kilka sekund i nikt nawet nie zdążył zbliżyć się do tego piekła. Wtorek, 10 sierpnia

    Na nabrzeżu portu Hercules panował zdumiewający spokój po tłumnym rozgardiaszu weekendu. Wokoło rozlegały się jedynie szmer spokojnego uderzania fal o kamienie i kadłuby zacumowanych jachtów, ciche rozmowy rybaków przygotowujących sprzęt przed wyjściem w morze i dalekie pokrzykiwania dzieci skaczących do wody.

    Popołudniową godziną, niedługo po obiedzie, żar lał się z nieba i ludzie chronili się na tarasach i w ogrodach, w ustroniach zapewniających odrobinę cienia i nieco chłodniejsze powietrze. Miasto niebawem miało jednak odzyskać ducha zabawy. O tej porze roku stolica Księstwa Monako tętniła elegancją i przepychem, było to wszak jedno z najulubieńszych miejsc wypoczynku ludzi zamożnych i wpływowych. Gdy tylko słońce zacznie się chylić ku zachodowi, modelki haute couture wrócą na bulwary, szykowne przyjęcia do willi i pięciogwiazdkowych hoteli, luksusowe samochody do swoich wyścigów, szampan zaś będzie lał się wszędzie. Bogaci mieli gdzieś tę tragedię. Z kieszeniami wypchanymi banknotami łatwiej jest zapomnieć.

    Tak myślał Jules Lafont, człowiek zupełnie niebogaty. Gdyby miał pieniądze, nie smażyłby się w tej spiekocie w porze sjesty. Wciągnął w płuca ciężkie powietrze przesiąknięte wonią smoły i ryb. Zdjął kapelusz i przetarł czoło chusteczką. Westchnął, chowając do kieszeni spodni ten przemoczony już kawałek materiału. Nienawidził lata. Nienawidził upału. Przeszedł po nabrzeżu powłóczystym krokiem; pod pachą niósł pogniecioną marynarkę. Zastanowił się, czy nie włożyć jej na okoliczność wizyty, jednak niemal natychmiast odrzucił ten pomysł. Nie należał do ludzi przywiązujących wagę do etykiety, zwłaszcza podczas wizyt urzędowych, jak w tym przypadku. Jeśli ci bogacze poczują się urażeni jego wyglądem, tym gorzej dla nich. Nie przychodził tu dla ich przyjemności.

    Zatrzymał się na chwilę, gdy stwierdził, że z miejsca, w którym się znajduje, niemal przy samym jachcie będącym celem jego wizyty, można dojrzeć odległe o kilkadziesiąt metrów miejsce wypadku: po wyjściu z tunelu Larvotto, na końcu prostej równoległej do morza, kończącej się ostrym zakrętem. Tym zakrętem… Ciągle było widać wstrząsający czarny osad sadzy i oleju pozostały po płonącym samochodzie. Odchrząknął i przygnębiony w końcu odwrócił się w stronę jachtu czekającego na niego w lekkim rozkołysaniu przy nabrzeżu. Był piękny. Ponad dwadzieścia metrów długości, biały kadłub, pokład wyłożony ciemnym drewnem. Bandera francuska i niezbyt oryginalna nazwa Liberte. Tenta na rufie rzucała przyjemny cień na wiklinowy stolik i fotele z poduszkami w biało-niebieskie paski. Siedzący na jednym z nich, plecami do nabrzeża, młody mężczyzna słuchał muzyki z gramofonu.

    Trzymał szklaneczkę alkoholu w ręku, a na kolanach miał rozłożoną gazetę, której nie czytał, wzrok bowiem utkwił w dali, w morski horyzont. W popielniczce dymił niezgaszony niedopałek papierosa.

    – Bon apres-midi, monsieur – pozdrowił go Lafont, nie wchodząc na pokład.

    Mężczyzna odwrócił się zaskoczony, jakby właśnie się obudził, i gazeta spadła mu z kolan; sięgnął po nią, pośpiesznym ruchem odstawiwszy szklankę na stolik. Z gazetą w ręku wstał, jednocześnie podsuwając okulary na nosie. Był wysoki. Miał na sobie białe spodnie i koszulkę z krótkimi rękawami i dwoma guzikami pod szyją, z tych, które noszą tenisiści i które chyba bardzo podobają się młodzieży. Cienki materiał opinał klatkę piersiową o wyraźnie zarysowanych mięśniach. Lafont pomyślał, że mimo nieformalnego ubioru i bosych stóp ten chłopak wydaje się znacznie bardziej elegancki niż on w swoim tanim wymiętym garniturze. To była kwestia postawy, arystokratycznej i dystyngowanej, cienkiego wąsika i okularów w rogowych oprawkach, które nadawały mu wygląd intelektualisty.

    I facet ani trochę się nie pocił. Młodzian wyłączył gramofon i nowoczesna amerykańska muzyka, której w opinii inspektora brakowało harmonii, ucichła.

    – Dzień dobry… W czym mogę panu pomóc? – odpowiedział mu doskonałą francuszczyzną z bardzo lekkim akcentem.

    – Szukam madame Behry. Jak rozumiem, mieszka na tym jachcie.

    – Tak… Yyy… Tak. Kto o nią pyta?

    – Policja kryminalna. Sureté Publique.

    Chłopak znowu się zawahał, okazując, jak wszyscy, niepokój na widok jego odznaki.

    – Muszę zadać madame kilka pytań – nalegał Lafont. – Na temat śmierci monsieur Behry.

    – Oczywiście… Odpoczywa. Musi to być teraz? Wystarczyło, że Lafont lekko się skrzywił, by tamten zrozumiał.

    – Tak… Jasne… Teraz. Proszę…? Proszę wejść na jacht, czy…?

    Chłopak jeszcze nie dokończył zdania, a pulchny policjant już gramolił się po prowadzącym na rufę trapie, zastanawiając się, czy to kruche drewno utrzyma jego ciężar. Nie miał ochoty tego sprawdzać, więc przyspieszył i wreszcie zeskoczył – choć w słabym stylu – na pokład i zakołysał się jak wańka-wstańka. Przytrzymał się rusztowania tenty, żeby nie upaść i żeby stojący tam młokos, który już wyciągał rękę w jego stronę, nie musiał go podtrzymywać, co byłoby naprawdę upokarzające.

    – Zechce pan usiąść? Monsieur…

    – Lafont. Inspektor Lafont. A pan to?

    – Eduardo de Aranzana. – Wyciągał rękę do Lafonta, ale wyczuł, że zawiśnie ona w powietrzu, więc czym prędzej wsunął ją do kieszeni.

    – Też się pan ściga tymi gratami, prawda?

    – Czasem, dla zabawy, ale nie jestem zawodowym kierowcą.

    – Jak dla mnie to wystarczy. Skorzystam z sytuacji i z panem też pogadam.

    Hiszpan nie wydawał się zachwycony pomysłem inspektora.

    – No, ja… Jechałem w sobotę. Wziąłem udział w wyścigu o Puchar Księcia Rainiera, ten turystyczny. Anton… Monsieur Behra ścigał się w niedzielę, w najwyższej kategorii.

    – Wiem. Wycofał się pan z wyścigu na piątym okrążeniu.

    Jedną z rzeczy, które inspektor Lafont robił dobrze, było przygotowywanie się do przesłuchań. Dzień wcześniej dokładnie przestudiował listy uczestników wielkiego wyścigu i pozbierał informacje na ich temat.

    – Miałem kłopoty z pompą paliwową.

    – Jasne. Chodzi o to, że znał pan monsieur Behrę, prawda?

    Będę też potrzebował pana zeznania.

    – Ale przecież jego śmierć… To był wypadek, czyż nie? To się zdarza niestety.

    – Tego próbujemy się dowiedzieć, monsieur de Aranzana, tego staramy się dowiedzieć. Proszę być tak miłym i pójść po madame.

    – Tak, oczywiście. Chłopak niczym posłuszny uczeń udał się pod pokład. Zbyt wyrafinowany, ocenił go Lafont. Często ci bogacze przesadzają z dobrymi manierami i robią wrażenie królewskich dwórek. I chodzi boso jak wieśniaczka… Tak się porusza… W opinii inspektora mężczyzna nie powinien odsłaniać stóp. Kiedy został sam, policjant skorzystał z okazji i ściągnął kapelusz. Ponieważ chusteczkę miał już przemoczoną, postanowił otrzeć sobie czoło rękawem marynarki. Następnie odłożył na jedno z krzeseł przepocony kapelusz i marynarkę wygniecioną jak ścierka. Oparł się o reling. Nie podobało mu się to kołysanie: tylko tego brakowało, żeby zemdliło go na tym cholernym zacumowanym jachcie. Ucieszył go lekki wiaterek, wpadający pod tentę i chłodzący mu kark, chociaż to nie mogło ugasić jego pragnienia. Łakomie rzucił okiem na szklankę z alkoholem, którą młodzieniec zostawił na stoliku.

    Gdy zastanawiał się, czy potajemnie pociągnąć z niej łyk, tamten wrócił.

    – Mi… Madame zaraz przyjdzie. Czy tymczasem mogę zaproponować panu coś do picia? Wodę…? Może lemoniadę?

    – Co pan pije?

    – Koniak.

    – Niech będzie koniak. Podwójny i z lodem. Bardzo dziś gorąco.

    Szczęśliwie tuż pod ręką znajdował się barek. Lafont podziwiał bogaczy za to, że wiedzą, jak ułatwiać sobie życie.

    Eduardo de Aranzana nie zdążył jeszcze nalać koniaku, kiedy madame Behra wyszła na pokład.

    – Inspektorze – powiedziała, podając mu dłoń, którą szybko uścisnął.

    – Dzień dobry, madame. Przepraszam za to wtargnięcie. Postaram się nie zabrać pani wiele czasu.

    – Proszę zająć mi tyle, ile będzie pan potrzebował. Ale proszę usiąść. Lafont wolałby rozmawiać na stojąco, aby podkreślić krótkość i wagę swojej wizyty. Postawa miała znaczenie. Zrobił jednak to, o co poprosiła madame, zaskoczony własną reakcją. Usiedli naprzeciwko siebie; wiklinowy fotel zatrzeszczał zbyt głośno pod ciężarem policjanta. Niemal w tej samej chwili pojawił się koniak i dla madame coś, co wyglądało jak lemoniada. Lafont zauważył, że Hiszpan z góry wiedział, czego może chcieć dama, oraz to, że ona przyjęła szklankę z lekkim uśmiechem i podziękowała mu delikatnym muśnięciem przedramienia.

    Co prawda nie przestawał obserwować tej kobiety, odkąd pojawiła się na pokładzie, skorzystał jednak z okazji i lepiej się jej przyjrzał, gdy zajęli się napojami. Oczywiście widział kilka zdjęć madame w prasie, była bowiem dość sławna w świecie kierowców i reklamy, ale rzecz jasna nie oddawały całego

    jej uroku. Była młoda, znacznie młodsza, niż się spodziewał, biorąc pod uwagę te fotografie, na których pojawiała się mocno umalowana i z wyszukaną fryzurą. Ponadto mając na względzie, że jej nieboszczyk mąż był po czterdziestce, policjant spodziewał się kobiety znacznie dojrzalszej. Ta skończyła co najwyżej dwadzieścia pięć lat. Była ładna, o czym już wiedział ze zdjęć; w naturze jednak okazało się, że nie jest to uroda oszałamiająca; przeciwnie, raczej dyskretna – madame miała delikatne rysy, poza wielkimi oczami w karmelowym kolorze, które rozświetlały jej oblicze. W tej chwili były nieco zaczerwienione i podkrążone. Brak snu albo nadmiar płaczu, podsumował policjant. Może jedno i drugie. Tego popołudnia była ubrana prosto, skromniej niż wtedy, gdy pozowała na eleganckich przyjęciach albo przy masce luksusowego samochodu, albo trzymając perfumy, prezentując strój kąpielowy lub polecając pastylki na kaszel. Włosy, nieco ciemniejsze niż oczy, spływały jej lokami do wysokości dobrze zarysowanej brody. Nie miała makijażu, tylko paznokcie pomalowane na czerwono. Włożyła czarne spodnie i zwiewną bluzkę w tym samym kolorze, która zdawała się falować na jej wiotkim ciele; wydatny biust rysował się na końcu rzędu kilku, zbyt wielu, rozpiętych guzików.

    Inspektorowi ta żałoba wydała się nader dziwaczna, aż za bardzo nowoczesna. Madame nie przyozdobiła się żadnym klejnotem ani nawet obrączką.

    Jednak uwagę policjanta przykuł siniak na jej skroni, tuż przy prawym oku.

    – Bardzo pani współczuję, madame Behra. Dziewczyna podziękowała za kondolencje skinieniem głowy, ale poprawiła go:

    – Kovac. Mila Kovac. Nigdy nie używam nazwiska męża.

    Aby uniknąć zamieszania, kiedy startujemy w tym samym wyścigu. Startowaliśmy…

    – Tak. Widziałem, że pani również znajduje się na liście kierowców. Niewiele kobiet prowadzi samochód.

    – Jest nas sporo, naprawdę, to zależy od wyścigu. Są wyścigi wyłącznie dla kobiet, ale niektóre z nas wolą się ścigać z mężczyznami.

    – Tworzyła pani drużynę z mężem…

    – Czasem. Przede wszystkim w rajdach i wyścigach wytrzymałościowych.

    – Ach, jak ten dwudziestoczterogodzinny wyścig w Le Mans, tak?

    – Tak, Le Mans to jedne z zawodów, na których wystąpiliśmy jako drużyna. Przy wielkich wyścigach zmienialiśmy się za kierownicą, kiedy Anton był już zmęczony. Jednak zwykle to on prowadził.

    – Tak jak w tę niedzielę.

    – Tak jest. Dzień wcześniej to ja pojechałam w Pucharze Księcia Rainiera.

    Zajęła trzecie miejsce, co zdaniem inspektora było zaskakująco wysoką pozycją jak na kobietę. Zwłaszcza że zostawiła za plecami mnóstwo mężczyzn; między innymi tego tu Eduarda de Aranzana, który teraz tak jej nadskakuje, bardzo czuły i troskliwy. Pokonała też swoją odwieczną rywalkę, Vivi Nîmes, obecną gwiazdę kobiecych rajdów. Inspektor Lafont, patrząc na madame, nie mógł uwierzyć, że taka słodka osóbka na torze wyścigowym może się zachowywać agresywnie jak dzikie zwierzę. W każdym razie ta cała historia z kobietami w wyścigach wydawała mu się dość nieprzyzwoita. Czego one szukają pomiędzy mechanikami i awanturnikami, z dala od domu, niepotrzebnie ryzykując życie? Nie, to nie jest obyczajne. Nie powinni na to pozwalać.

    • Powyższy fragment pochodzi z najnowszej książki Carli Montero pt. "Dziewczyna z mgły"
    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era