RAK
    Oto najwięksi zwycięzcy mundialu. Całemu światu opadła szczęka

    Oto najwięksi zwycięzcy mundialu. Całemu światu opadła szczęka

    3102 odsłon
    Oto najwięksi zwycięzcy mundialu. Całemu światu opadła szczęka

    Podobno nie można mówić o prawdziwej meksykańskiej imprezie, dopóki ktoś się nie rozpłacze. Po 1/8 finału mundialu łzy roni cały kraj, mimo że tak naprawdę Meksykanie są wielkimi zwycięzcami tego turnieju. Osiągnęli dokładnie to, o czym w przerwie meczu z Anglią z murawy mówił absolutny gwiazdor tutejszego sportu.

    Korespondencja z Meksyku

    — Powiem ci coś. Byłem kur****o przerażony przyjazdem do Meksyku. K******o. Kartele, porwania... Sam wiesz — mówi poważnym tonem Paul, który przyjechał tutaj kilka dni temu.

    Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

    Takich jak Paul — Anglików, którzy w ostatniej chwili wsiedli w samoloty i przylecieli do Meksyku — jest tutaj wielu. Chłoną atmosferę, której nie kupiliby za żadne pieniądze świata. A że przy okazji wydali krocie?

    — Było to warte każdego funta — zaznacza Paul, który za sam bilet na mecz wyłożył tych funtów 3,5 tys. Najchętniej zostałby tu już do końca turnieju. Przed sobotą będzie musiał się jednak zebrać do Miami, gdzie Anglicy zagrają w 1/4 finału z Norwegią. Nie chcę go martwić, że tam takiej życzliwości, serdeczności i zainteresowania ze strony miejscowych nie spotka.

    Angielscy i meksykańscy kibice po meczu

    Dariusz Dobek / Onet

    Angielscy i meksykańscy kibice po meczu

    Rozmawiamy dwie godziny po meczu. Zabawa pod Estadio Azteca wciąż trwa w najlepsze. W powietrzu fruwają dmuchane piłki. Ktoś podpłaca DJ-a, żeby zagrał jeszcze jeden kawałek. Anglicy gubią kroki w tańcu do "Payaso de rodeo", co wywołuje szerokie uśmiechy na twarzach Meksykanek. Jak niewiele potrzeba do szczęścia.

    Takich jak dwójka Meksykanów — ocierających sobie nawzajem łzy po zakończeniu meczu — jest tu bowiem dużo mniej. Ostatecznie chodzi przecież o to, żeby — jak głosi jedna z przyśpiewek tutejszych kibiców — śpiewać i nie płakać.

    Przyjemne z pożytecznym

    W jednej z piosenek Enrique Iglesiasa taksówkarz wiozący panią na lotnisko pyta, jaki jest cel jej podróży. Meksyk — pada w odpowiedzi. — Business or pleasure? — dopytuje kierowca. Pasażerka z filuternym uśmiechem przyznaje, że to drugie.

    Nie wybaczyłbym sobie, gdybym nie pojawił się ponownie w Meksyku podczas tego turnieju. Bo z ręką na sercu mógłbym odpowiedzieć na powyższe pytanie, że do Meksyku sprowadzają mnie i sprawy zawodowe, i przyjemności.

    Już po pierwszym pobycie, przy okazji meczu otwarcia, pisałem, że Meksyk został niesprawiedliwie potraktowany. Już po pierwszym dniu turnieju można było bowiem stwierdzić, że tutejszej atmosfery nie przebije nic. I to nie tylko dlatego, że Meksykanie za "rywali" mieli Amerykanów czy Kanadyjczyków.

    Tyle że wydarzenia w kolejnych dniach przerosły oczekiwania wszystkich. Meksykanie pokazali dosłownie całemu światu, na czym polega fiesta ponad podziałami. Nieważne, czy jesteś taki, czy owaki, wychodź na ulicę i baw się razem z nami.

    Namiastkę tego przeżyłem w noc poprzedzającą mecz z Anglią. Aczkolwiek tym razem wydawało się, że zwyczajowej imprezy pod Aniołem Niepodległości nie będzie. W przeddzień meczu stolicę Meksyku nawiedziły potężne ulewy. Jej skutki służby usuwały jeszcze przez długie godziny.

    Nie zraziło to jednak miejscowych, by i przy takiej aurze bawić się w najlepsze. Tym razem miało miejsce nie tylko podrzucanie wszystkich chętnych i nie tylko ("quieres volar?"), czy zachęcanie do pocałunków ("beso!"), ale i piana party. Taka, w której uczestniczyli dosłownie wszyscy, którzy się napatoczyli.

    Meksykanie nie oszczędzili nawet wozu policyjnego, który został nie tylko pokryty pianką. Zgromadzeni kibice szybko zaczęli bujać nim na wszystkie strony. Na bagażnik wsiadła jedna z dziewczyn, ale tylko na chwilę. Gdy i ona dostała pianką, musiała salwować się ucieczką. Funkcjonariusze nic sobie z tego nie robili. U nas byłoby to nie do pomyślenia, prawda?

    Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

    Wtedy Meksykanie jeszcze nie wiedzieli, że następnego dnia będzie miała miejsce najprawdziwsza meksykańska impreza. Bo oprócz śpiewów, wnoszenia toastów i tańców pojawiły się jeszcze łzy.

    Knajpa w Tijuanie. Szyld głosi, że "tutaj się śpiewa, wznosi toasty, płacze i tańczy"

    Dariusz Dobek / Onet

    Knajpa w Tijuanie. Szyld głosi, że "tutaj się śpiewa, wznosi toasty, płacze i tańczy"

    Niebywała aura

    Gdy pojawiły się pierwsze grzmoty, a grube krople deszczu zaczęły bombardować brezent, którym przykryty jest namiot dla mediów, część dziennikarzy ruszyła do drzwi, żeby rejestrować to zjawisko. I to mimo tego, że mecz Brazylii z Norwegią trwał w najlepsze. Od obserwowania grzmotów nie odciągnęła ich nawet zmarnowana po chwili sytuacja Martina Odegaarda.

    W Meksyku nawet deszcz wydaje się niezwykły.

    Aura ostatecznie tylko nieco przeszkodziła w rozegraniu tego spotkania. Pierwszy gwizdek opóźnił się o minutę. Nie brakowało za to odpowiedniej aury — w nieco innym znaczeniu — w trakcie meczu. — Co za znakomity stadion. Strasznie bym żałował, gdybym tu nie przyjechał — nie ma wątpliwości Paul.

    Jeśli był to ostatni mecz mistrzostw świata na Estadio Azteca w historii, to ten obiekt godnie spuentował swoją mundialową serię. Meksykanów nie zraziły nawet dwa szybkie ciosy zadanie przez Jude'a Bellinghama. Konsternacja trwała tylko przez chwilę. Cisza momentalnie przeradza się w gromkie okrzyki "si, se puede". Tylko czy aby na pewno możliwe jest odwrócenie losów tego spotkania?

    Nie kończę jeszcze zapisywać tej myśli na telefonie, a Julian Quinones strzela na 1:2. Trybuna za bramką Jordana Pickforda dosłownie się trzęsie, salwy z kubkami piwa zdają się nie mieć końca, a ja po raz drugi na tym turnieju dostaję gęsiej skórki. Po raz drugi w trakcie meczu na Estadio Azteca.

    Legendarny Meksykanin trafił w samo sedno

    W przerwie na murawie pojawił się Canelo Alvarez. Znakomity bokser wygłosił przemówienie, w którym zawarło się wszystko, na czym Meksykowi zależało w kontekście organizacji tego mundialu.

    — Jesteśmy wielcy i nie możemy o tym zapomnieć. Niech wszyscy się dowiedzą, jacy jesteśmy zaj*****i i czym jest Meksyk. Dziękuję, że zaprezentowaliście Meksyk w taki właśnie sposób — rzucił do mikrofonu Canelo, a jego słowom akompaniowały gromkie brawa. Trafił przecież w samo sedno. Większość wyjedzie stąd choć trochę w tym kraju zakochana.

    Nikt zarazem nie zamierza twierdzić, że organizacja turnieju spowoduje, że jak ręką odjął znikną problemy, z jakimi na co dzień Meksyk się zmaga.

    Że skoro w trakcie mundialu nikomu z przyjezdnych nic poważnego się nie stało, to nagle ten kraj stał się bezpieczny.

    Że skoro przez ten miesiąc kartele nie dały o sobie zbytnio znać, to problemy z nimi związane zniknęły.

    Że skoro masowe protesty w stolicy ustały po meczu otwarcia, to sytuacja pospolitych mieszkańców poprawiła się z dnia na dzień.

    Że skoro problem zaginionych ludzi został nagłośniony, to nagle ich liczba znacząco się zmniejszy.

    Nic bardziej mylnego. Niestety.

    Nie ma co jednak wrzucać wszystkich Meksykanów do wora z napisem "nacrotraficantes" czy "carteles". Nie każdy z ponad 130 mln mieszkańców tego kraju jest jak z produkcji Netflixa. Pielęgnuję za to w sobie podejrzenie graniczące z pewnością, że każdy Meksykanin nad wyraz ceni sobie dobrą zabawę.

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era