![Niepoprawne politycznie opowieści o Polakach [fragment książki]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fetbqmwshkzabnrehgtcd.supabase.co%2Fstorage%2Fv1%2Fobject%2Fpublic%2Farticle-imports%2Fzero%2Fonet-niepoprawne-politycznie-opowiesci-o-polakach-fragment-ksiazki%2Ffbc1b6ab0dbe1729.jpg&w=1920&q=75)
Mity powstania warszawskiego. Fatalne błędy kampanii 1939 r. i polityki Józefa Becka. Tragiczne losy Polaków służących w Wehrmachcie i Waffen-SS.
Czy Polska w XVII w. mogła podbić Rosję i stworzyć imperium? Czy Wielka Brytania wciągnęła nas do II wojny światowej? Czy margrabia Wielopolski mógł zatrzymać wybuch powstania styczniowego? Zatonięcie Heweliusza, katastrofa Iła-62 w Lesie Kabackim — jakie były prawdziwe przyczyny tych katastrof?
Piotr Zychowicz w pierwszej części Polaków stawia fundamentalne pytania i porusza niepoprawne politycznie wątki naszej historii. Kolejna odsłona bitwy między historią realną a propagandą "polityki historycznej".
Partner Dom Wydawniczy REBIS
Zapraszamy do lektury fragmentu książki "Polacy. Opowieści niepoprawne politycznie VII".
Dobrze napisane wspomnienia mówią nam więcej o wydarzeniach i epoce historycznej niż opasłe tomy napisane przez zawodowych badaczy. Posłuchajmy więc opowieści polskich żołnierzy Wehrmachtu…
Joachim Ceraficki: Przeciw śmierci i Sowietom
Przedzieraliśmy się ostrożnie. Kiedy znaleźliśmy się około kilkunastu metrów od sowieckich okopów, zostaliśmy ostrzelani z broni automatycznej. Pociski wybuchały w powietrzu. Były to pociski ekrazytowe, mogące rozwalić głowę.
W pewnej chwili zobaczyłem upadającego Kwapischa. Lewa strona jego twarzy była poszarpana i zalana krwią. Położyliśmy go na płachcie namiotowej i tak szybko, jak tylko to było możliwe, dobiegliśmy do naszej linii obronnej, gdzie sanitariusz prowizorycznie go opatrzył. Sowieci atakowali ławą. Pierwsza fala została skoszona przez niemieckie karabiny maszynowe i moździerze. Podobnie stało się z drugą i trzecią. O świcie obudziła mnie niesamowita kanonada. Sowieci tym razem walili chyba dłużej niż piętnaście minut. Jakiś pocisk rozwalił się niedaleko mnie, ale zostałem tylko przywalony kupą śmieci. Poczułem, że w prawym podudziu coś mnie uwiera.
Tymczasem piechota przeciwnika rozpoczęła swój marsz ku śmierci. Obok mnie strzelał ciężki karabin maszynowy. Jego celowniczy był niebywale skuteczny.
W pewnej chwili przyklęknął i zaczął krzyczeć:
— Ja tego nie wytrzymam!
Odniosłem wrażenie, że człowiek zwariował.
Kilkanaście minut potem na nasz odcinek frontowy nadleciały Sztukasy, kolejno trzy eskadry, każda licząca sześć samolotów, i pikując z charakterystycznym wyciem, zrzuciły bomby. Kiedy odleciała ostatnia eskadra, nastąpiła niesamowita cisza. Ponieważ coraz bardziej bolała mnie noga, powiedziałem koledze, że muszę iść do punktu sanitarnego. Kiedy zdjąłem but i zakrwawioną skarpetę, zobaczyłem wystający, czarny, porowaty odłamek, który oparł się o kość podudzia, a dwa pozostałe tkwiły głębiej. Usunięcie ich trwało kilkanaście minut.
To fragment wspomnień Joachima Cerafickiego z krwawej bitwy z bolszewikami, która rozegrała się na Kaukazie w lutym 1943 r. Ceraficki — młody chłopak z Pomorza — walczył w szeregach 560. Batalionu specjalnego Wehrmachtu. Do niemieckiego wojska został wcielony po tym, gdy jego rodzina — jak większość Polaków z Pomorza — została przymusowo przypisana do trzeciej grupy volkslisty. W decyzji tej chodziło o zniemczenie tego włączonego do III Rzeszy terytorium, ale również o pozyskanie nowego rekruta do robiącej bokami armii.
Posiedzenie komisji poborowej odbyło się w dawnym gimnazjum — wspominał Ceraficki. — Najpierw wywołano dwóch młodych chłopców. Obydwaj mieli polskie nazwiska, wymawiane przez Niemców poprawnie. Natomiast moje nazwisko zabrzmiało fatalnie. Ponieważ jednak imię się zgadzało, w końcu i nazwisko wymówili poprawnie i nawet mnie przeprosili. Wszyscy przesłuchani przez komisje mieli polskie nazwiska, oprócz jednego, który nazywał się Szulc, ale też był Polakiem. Proces rekrutacji nie obył się bez momentów komicznych, bo trudno inaczej ocenić wezwanie Cerafickiego i jego kolegów przed komisję… do spraw rasy.
Orzekła jednogłośnie — pisał młody Polak — że jesteśmy typowymi przedstawicielami rasy germańskiej. Nie podważała ich oceny moja uwaga, że wykładający w mojej szkole profesor etnolog określił mnie jako Macedończyka. Kiedy jeden z członków komisji zapytał, gdzie leży Macedonia, i usłyszał, że w Grecji, powiedział: "Grecy to także Germanie".
Do Wehrmachtu Ceraficki musiał się zgłosić 20 maja 1942 r. — skierowano go na szkolenie dla łącznościowców w Marburgu nad rzeką Lahn. W koszarach zastał wielu rodaków, którzy na salach i korytarzach rozmawiali zupełnie swobodnie w ojczystym języku. Niemców to nie dziwiło, bo przez jednostkę przeszło wcześniej wielu poborowych ze Śląska i z Pomorza.
Raz doszło nawet do zabawnego incydentu. Ceraficki przez roztargnienie zasalutował spotkanemu oficerowi zgodnie z polskim zwyczajem — dwoma palcami przystawionymi do daszka czapki. Gdyby to był oficer SS, kto wie, jak skończyłaby się ta pomyłka. Na szczęście trafił na przyzwoitego pułkownika Wehrmachtu, który tylko się uśmiechnął i odwzajemnił pozdrowienie. Niestety Joachim Ceraficki otrzymał fatalny przydział — front wschodni. Była zima 1943 r., armia marszałka Friedricha Paulusa zamarzała w okrążeniu pod Stalingradem. Wehrmacht w walce z bolszewikami i surową rosyjską zimą ponosił kolosalne straty. Ropa w zbiorniku paliła się już dwie doby — wspominał — brnęliśmy w miękkiej mazi sięgającej do połowy łydek. Był to teren jakby poprzecinany miedzami. Od czasu do czasu słyszałem świst dużego pocisku, który wbijał się w błoto i… nie wybuchał. Był to dźwięk podobny do chlaśnięcia dłonią w ciasto drożdżowe.
Po kilku godzinach marszu w niekończącym się błocie marzyłem, żeby znaleźć kawałek suchego miejsca i na parę minut położyć się, zapalić papierosa. Przystanąłem przy dwóch żołnierzach, z których jeden w randze podoficera wrzeszczał na drugiego, lezącego obok karabinu maszynowego, żeby wstał i dołączył do maszerującego pułku. Strofowany żołnierz jęczał, że nie jest w stanie dalej iść nawet pod groźbą utraty życia. Ceraficki bił się z bolszewikami bardzo dzielnie. Ratował kolegów spod nieprzyjacielskich kul, brał udział w dwóch walkach wręcz (za trzy dawano Żelazny Krzyż). Zachowywał się po rycersku — pomagał cywilom, opatrywał rannego wroga.
Pociski wybuchały tak blisko nas — wspominał — że co chwila byliśmy zasypywani ziemią i odłamkami. W pewnym momencie mój towarzysz wrzasnął, że dostał w stopę. Zamierzałem doczołgać się do naszej ziemianki. Krzyczałem, że musimy poczekać na przerwanie ostrzału. My dla nich nie żyjemy!!! A po przerwaniu przez Rosjan ognia jeszcze przez kilkanaście minut będziemy udawać nieboszczyków. Boże! Jak ja się bałem. Zacząłem się modlić do Matki Boskiej Częstochowskiej — po polsku. Kiedy mój towarzysz zapytał, co mówię, powiedziałem, że proszę Czarną Madonnę po polsku, żeby nas uratowała. A ty módl się po niemiecku i obiecaj, że po wojnie pomodlisz się przed Jej obrazem w Częstochowie.
Z frontu wschodniego wyrwał się dzięki ranie nogi. Źle opatrzona zaczęła ropieć i Ceraficki został ewakuowany samolotem do lazaretu na tyłach. Na rekonwalescencję trafił do Kijowa, gdzie miał romans z piękną rudowłosą Ukrainką. Rozmawiając w szpitalu z rannym oficerem SS, ze zgrozą dowiedział się o masowym rozstrzeliwaniu Żydów. A rozmawiając z Ukraińcami i Rosjanami — o olbrzymim zawodzie, który spotkał ich ze strony Niemców. Ludzie żyjący pod sowieckim jarzmem mieli nadzieję, że Niemcy przyniosą im wyzwolenie. A przynieśli nową okupację. "Ukraiński fryzjer pracujący w szpitalu — pisał Ceraficki — powiedział do mnie kiedyś: »Myśmy na was czekali, a wy coście z nami zrobili?«".
W lutym 1944 roku Ceraficki znowu znalazł się na froncie wschodnim. Tym razem na Wołyniu, na terenie przedwojennej Polski. Wehrmacht był już w pełnym odwrocie. Ledwo zjedliśmy śniadanie — wspominał — usłyszeliśmy gwałtowną kanonadę. Zobaczyłem szybko cofający się niemiecki czołg z odwróconą lufą, który jadąc, strzelał. Podniosłem alarm i zaczęliśmy uciekać zboczami na zachód. Sowieci ostrzeliwali nas z armat. Żadna strzelanina nie doprowadzała mnie do psychicznego załamania, natomiast panicznie bałem się wpaść w ręce Sowietów. Bolszewicy schwytanych niemieckich żołnierzy rozstrzeliwali na miejscu albo kierowali do potwornych obozów, w których warunki były gorsze niż w łagrach. Na szczęście Polakowi udało się uniknąć tego strasznego losu. Mimo że był na terytorium Polski i mógłby się łatwo ukryć, bał się zdezerterować, Niemcy wyciągali bowiem surowe konsekwencje wobec rodzin dezerterów.
Co ciekawe, Ceraficki miał okazję zobaczyć z bliska grupę akowców wziętych do niewoli podczas powstania warszawskiego przez jednostki niemieckie. Jako doświadczony żołnierz na widok tych żołnierzy załamał ręce. Poszedłem do miejsca, w którym byli przetrzymywani Polacy — wspominał. — Kilkudziesięciu chłopaków i kilkanaście dziewczyn pilnowanych przez żołnierzy, klęczących z założonymi na szyi rękami. Pomyślałem — jaki dureń poprowadził tę dzieciarnię do boju? Dopiero gdy Armia Czerwona zaczęła zajmować jego rodzinne Pomorze, a co za tym idzie, jego rodzice znaleźli się poza zasięgiem Gestapo, odłączył się od oddziału. Zrzucił mundur, przeczekał przejście frontu i przedostał się do domu.
Jak po latach traktował swoją walkę w obcym mundurze? Nie uważał, żeby była powodem do dumy, ale nie miał się też czego wstydzić. Został w końcu wcielony do wojska wbrew swojej woli. A walczył nie w imię panowania III Rzeszy nad światem, ale dla swoich kolegów z szeregów. I po to, żeby przetrwać. Gdy na okopy sypał się grad pocisków i biegła w ich stronę ława sowieciarzy z bagnetami osadzonymi na karabinach, nie liczyło się to, czy ktoś jest Niemcem, Polakiem, Alzatczykiem, Austriakiem czy Ślązakiem. Trzeba było bić bolszewika albo samemu zginąć.
Czytelnicy mogą się dziwić, że ja, przymusowy żołnierz armii niemieckiej — pisał Ceraficki — wspominam członków naszego oddziału jako kolegów, a nawet przyjaciół. Łączyła nas jednak obawa przed śmiercią. Wiedzieliśmy, że szansą wyjścia z opresji była koleżeńska solidarność.
Powyższy fragment pochodzi z książki Piotra Zychowicza "Polacy. Powieści niepoprawne politycznie VII"