![Nie potrafi pozostać martwy. Musi ocalić tych, o których zapomniał świat [FRAGMENT KSIĄŻKI]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fetbqmwshkzabnrehgtcd.supabase.co%2Fstorage%2Fv1%2Fobject%2Fpublic%2Farticle-imports%2Fzero%2Fonet-nie-potrafi-pozostac-martwy-musi-ocalic-tych-o-ktorych-zapomnial-swiat-frag%2Fcc5ac068a17552f2.jpg&w=1920&q=75)
W mrocznych zaułkach Lunde giną odrzucone przez świat dzieci, których nikt nie zamierza szukać. Do miasta powraca jednak Samuel Reilig — ożywieniec, morderca i osławiony Dzieciołap znad Nestry, który na własną rękę rozpoczyna śledztwo, mające doprowadzić do ujęcia sprawcy.
Dochodzenie prowadzi go ku zapomnianym bogom, demonom i złu znacznie starszemu, niż przypuszczają mieszkańcy Ścieków. "Dzieciołap" Agnieszki Mieli to brutalna, pełna czarnego humoru opowieść fantasy o świecie, w którym jedynie naznaczeni przez śmierć mogą stanąć w obronie żywych.
Reilig jest łowcą demonów, który nie potrafi pozostać martwy. Cyniczny, zmęczony wielowiekową egzystencją i obdarzony niewyparzonym językiem bohater szybko budzi sympatię czytelnika. W poszukiwaniu mordercy towarzyszy mu Raon — potężny demon uwięziony w ciele małego dziecka.
"Dzieciołap" wciąga czytelnika do ponurego świata, w którym śmierć stała się zwyczajnym elementem miejskiego krajobrazu. Miela umiejętnie łączy mroczne fantasy z kryminalną zagadką, a ciężką atmosferę przełamuje ciętymi dialogami i przewrotnym humorem, zabierając w świat, w którym potwory nie zawsze są najokrutniejszymi istotami, a człowiek powracający z szubienicy, może okazać się jedynym, który stanie po stronie bezbronnych. Przeczytaj fragment książki.
Partner Wydawnictwo Zysk
Fragment pochodzi z książki "Dzieciołap" Agnieszki Mieli
Pierwszy dzień jesieni należał do śmierci.
Skłębione chmury zasnuły tarczę zachodzącego słońca i skryły jego blask pod burzowym całunem. Świat przedwcześnie pogrążył się w mroku, który rozświetlała jedynie krwawa poświata gorejącej gwiazdy i nieliczne płomienie gazowych latarni.
Gęsta mgła ciągnęła od rzeki, zalewając ulice powodzią skondensowanej pary. Nieprzenikniona i żarłoczna, przesycona trupim odorem zgnilizny zdawała się wnikać w każdą szczelinę. Próżno było szukać przed nią ucieczki.
Zmorzone zarazą ryby od kilku dni zaścielały lewy brzeg Nestry, ale nie było nikogo, kto by je sprzątnął. Lunde przywykło do widoku trupów — od lat były częścią krajobrazu miasta.
Cienka wstążka cienia przemknęła nad błotnistymi dróżkami. Szturchnęła w pośpiechu szyldy sklepów, zarzuciła spódnicą przemarzniętej żebraczki i wypadła poza domy, by pochwycić w swe zimne objęcia leciwą szubienicę i powieszonego na niej skazańca.
Jak długo zamierzasz tak wisieć? — wyszeptała słodkim dziewczęcym głosem, gdy mgła dosięgnęła drewnianych słupów. Lodowaty powiew potargał szpakowate włosy starego wisielca, jakby pragnął zbudzić go ze snu. — Dość już odpocząłeś. Najwyższy czas brać się do pracy.
Wiatr zadął raz jeszcze, tym razem mocniej. Trup zatrząsł się na swojej pętli jak jesienny liść, a potem runął z chlupotem w błoto, tak samo martwy jak wcześniej.
Cień gwizdnął gniewnie, wyraźnie niezadowolony.
Samuelu! — fuknął, szarpiąc jego odzieniem. — Och, na litość Śmiertnej, wracaj tu i zrób w końcu to, co do ciebie należy!
Na nic się to nie zdało.
Samuelu! — krzyknął mrok, po czym poderwał do góry oporne zwłoki i z całych sił trzasnął nimi o słup szubienicy.
Chrupot kości zabrzmiał jak wystrzał. Nagły ryk gromu zlał się z wściekłym wyciem ożywieńca.
Cień wzburzył powietrze, a to przegoniło mgłę, która kłębiła się wokół ciała mężczyzny, i odsłoniło przed światem zbolałą, poznaczoną bliznami twarz. Samuel Reilig, Dzieciołap znad Nestry, zaklął paskudnie i powoli podniósł się z ziemi.
— Ostatnio za bardzo ci się spieszy — mruknął, strzepując błoto ze spodni.
Choć starcze oblicze wykrzywiała złość, a zesztywniałe członki walczyły o odzyskanie pełnej sprawności, w jego srebrnych oczach żarzył się dziki ogień, jakby naprawdę nie mógł się już doczekać powrotu między żywych.
Zbliża się Krwawy Księżyc. Powinieneś o tym pamiętać. — Dziewczęcy głos ożywionego mroku był pełen wyrzutu.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
— Tak jak i pięćdziesiąt lat temu. I co to zmienia? — Powiódł wzrokiem po ziemi w poszukiwaniu swoich rzeczy, ale zgodnie z przewidywaniami nigdzie nie zauważył leciwego surduta, który miał na sobie, gdy przybył do miasta. Zły na ludzką chciwość wcisnął dłonie do kieszeni spodni tylko po to, by odkryć, że zabrali mu nawet czyściwo do broni. To jeszcze bardziej pogorszyło mu humor. — Wiesz dobrze, że nie mam głowy do dat, Raon. Nie jestem tak pamiętliwy jak ty.
A powinieneś. — Cień pchnął go w stronę zabudowań. — Za kilka dni poszerzą się szczeliny między światami i demony zyskają na mocy. Mamy mało czasu. Nie trać go na głupoty.
— Od kiedy to śmierć jest głupotą?
W twoim wykonaniu? Zawsze. — Ta, której szept przyniósł cień, nie dała się sprowokować. — A teraz do roboty. Jeden zbłąkany demon i będziemy mogli wziąć się za to, po co tu przybyliśmy. Znajdziesz go przy rzece, Dzieciołapie. I błagam, tym razem nie daj się złapać.
*
Tak jak powiedziała Raon, spotkał ją nad brzegiem Nestry. Stała po kostki w wodzie, naga i piękna jak wiosenny poranek, wpatrzona w gasnące promienie słońca. Nie poruszyła się, gdy usłyszała jego kroki. Nie skryła piersi pod płaszczem złocistych włosów. Tym razem słodka Leanan oczekiwała jego przyjścia.
— Wygląda na to, że się spóźniłem — rzucił, drapiąc się za uchem.
— Jakoś zabiłam czas — odpowiedziała, zwróciwszy twarz w jego stronę.
— Zauważyłem.
Uśmiechnęła się łagodnie, lecz nie dał się zwieść pozorom. Świeża krew nadal plamiła jej twarz, ściekała po drapieżnie wygiętych palcach. Długie paznokcie żłobiły delikatną skórę mlecznych ud. Gdzieś u jej stóp, pośród mgły, musiały leżeć zwłoki nieszczęśnika, który dał się zwieść jej eterycznej urodzie. A może raczej nieszczęśników, przemknęło mu przez myśl, gdy dostrzegł płynący z nurtem splamiony dziecięcy bucik. Samuel był pewny, że nad ranem, kiedy mieszkańcy spostrzegą zerwaną pętlę szubienicy, to właśnie jemu przypiszą obie te zbrodnie. Jak zwykle zresztą. W jakiś sposób musiał sobie zasłużyć na miano Dzieciołapa.
Powoli pokiwał głową, jakby w zadumie nad losem bezimiennego młodzieńca i dziecka, którego jedyną winą było to, że mu towarzyszyło, po czym znów przeniósł wzrok na Leanan. Jego otoczone siateczką zmarszczek oczy zajaśniały jak gazowe latarnie.
— Ten też nie chciał cię pokochać — zauważył, krzywiąc usta w pełnym współczucia uśmiechu. — Ale mogłaś chociaż oszczędzić dziewczynkę. Za młoda chyba była, żeby cię z nią zdradził.
Kobieta wydała z siebie ostrzegawczy syk.
Wisielec nie zwrócił na to uwagi. Nigdy nie zwracał na to uwagi, uprzytomnił sobie, gdy odsłoniła długie zęby, a potem kończył na szubienicy jako huśtawka dla wygłodniałych kruków. Powinien chyba dziękować Śmiertnej, że czasy stosów niemal odeszły w zapomnienie. Smród spalonych płuc potrafił utrzymywać się przy nim tygodniami, zwłaszcza gdy te zapragnęły nagle posmakować powietrza. Kiedy westchnął boleśnie i poprawił sprzączkę pasa, jasnowłosa zasyczała jeszcze głośniej. Samuel był pewny, że jej język zatrzepotał wtedy jak u żmii. Ruszył ku niej, podwijając
rękawy wysłużonej koszuli.
— I tak żyłby góra pięćdziesiąt lat. Powinnaś odpuścić — mówił zajęty walką z mokrym od deszczu materiałem. — Ludzka miłość nie jest dla ciebie, Leanan. Pora, żebyś znów odeszła.
Potknął się w połowie drogi, natrafiwszy stopą na ramię wyrzuconego przez rzekę trupa.
Leanan tylko na to czekała. Nim zdążył odzyskać równowagę, rzuciła się na Samuela i przyparła go do ziemi, nie dając mu szansy, by się przed tym uchronił. Blade ciało kobiety, choć pozornie kruche, przywarło do niego jak zaraza, uniemożliwiając mężczyźnie zrzucenie go z siebie. Szczupłe uda miażdżyły mu przeponę. Długie palce zacisnęły się wokół jego gardła, a szpony przecięły skórę. Nagie piersi zatańczyły tuż przy jego twarzy.
— Więc ty mnie kochaj! Kochaj mnie, Dzieciołapie! — krzyczała ta, którą ludzie ochrzcili niegdyś mianem sídhe. Starała się go ukąsić, ale Samuel trzymał ją na dystans.
Użył wszystkich sił i wbił dłoń w smukły dziewczęcy podbródek, unosząc jej głowę. Widział furię w jej złotych oczach, żądzę mordu na delikatnym obliczu. Krople nabiegłej krwią śliny zrosiły jego twarz. Wściekła, że nie pozwala się jej do siebie zbliżyć, jeszcze mocniej zacisnęła dłonie na jego gardle, zgniatając mu tchawicę.
Świat Samuela zwolnił, zatrzymał się, zamigotał czerwienią i czernią, gdy ten bezskutecznie walczył o oddech. Niedługo później mężczyzna zatrzepotał nogami — krótko, lecz gwałtownie, w ostatnim zrywie pozbawionego tchu ciała.
Minęła chwila, nim zbudzony z długiego snu mózg przypomniał mu, że przecież od dawna nie potrzebuje powietrza.
Och, Samuelu, Idioto znad Nestry!
Twardy uścisk sídhe skutecznie zdusił jego słaby, gardłowy chichot.
Wciąż unieruchomiony, zajęty walką o to, by Leanan nie rozszarpała mu gardła, sięgnął wolną ręką do pasa, aby wydobyć ukryty w nim przedmiot. Z trudem namacał nacięcie pośrodku grubej skóry, ale w końcu udało mu się je rozszerzyć. Zaraz też uśmiechnął się triumfująco, gdy duży zwierzęcy kieł prześlizgiwał się między jego palcami. Chłód szorstkiej kości przyjemnie drażnił mu opuszki. Samuel bez namysłu pchnął go w serce kobiety.
Leanan krzyknęła przeraźliwie, gdy kieł dotknął jej piersi. Zawyła do wtóru z burzą, oszołomiona zdradą, której się wobec niej dopuszczono. Długi ząb rozżarzył żyły pod powierzchnią jej skóry i począł się wtapiać w rozedrgane, miękkie tkanki. Smukłe kobiece ciało runęło na ziemię, wzburzyło gęsty dywan mgły, a potem — nim ktokolwiek zdążył za nią zapłakać — zniknęła jak zwykle tylko po to, by wkrótce znów się odrodzić.
W oddali, przy granicy ze Ściekami, rozległ się krzyk starej żebraczki. Dochodził spod szubienicy, na której podrygiwała resztka zerwanego sznura. Nie potrzeba wiele czasu, by mieszkańcy Lunde zainteresowali się losem tego, który powinien wciąż na nim wisieć.
— Niech to diabli — mruknął skryty pośród mgły mężczyzna.
Dzieciołap znad Nestry powoli podźwignął się na nogi. Wciąż jeszcze nie odzyskał pełni sił, a zesztywniałe od długiej bezczynności mięśnie stawiały opór przy każdym ruchu. Mógłby jednak przysiąc, że spragniona miłości sídhe była dużo słabsza niż wtedy, gdy spotkał ją po raz pierwszy. Słabsza niż trzysta lat temu, gdy ludzie wciąż lękali się takich jak ona i wierzyli w ich istnienie na tyle mocno, by nie przypisywać popełnianych przez nie zbrodni kalekom czy żebrakom. Teraz jednak sídhe odchodziły w niepamięć. Samuel wątpił, by ktokolwiek w Lunde potrafił przywołać w pamięci imię pięknej Leanan. Być może nawet on widział ją po raz ostatni.
Tuatha Dé Danann, samozwańcze bóstwa Hibernii, wyraźnie traciły swą moc.
Tylko dlaczego to odkrycie nie sprawiło mu przyjemności? Zły na samego siebie przetarł pospiesznie twarz, by oczyścić ją z resztek śliny Leanan. Jasne smugi jej krwi zaróżowiły
jego sękatą dłoń.
Ich czas się kończy, Samuelu — wyszeptał snujący się po ziemi cień, jakby chciał potwierdzić jego domysły. — Niedługo nie będziesz już potrzebny. Będziesz mógł w końcu odejść.
— Ale jeszcze nie teraz.
Mrok zatrzepotał mu z tyłu głowy, wzburzył poprzeplatane siwizną włosy i, wyraźnie niespokojny, szarpnął za przód brudnej od błota kamizelki.
Nie, teraz zrób to, co powinieneś, i zabierz mnie z tego miejsca, zanim do reszty zwariuję. Właśnie przynieśli mi flaczki. Flaczki! Czy ja im wyglądam na zwierzę?!
Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, wyobraziwszy sobie, jak musiała wyglądać w tej chwili Raon. I jak wiele kosztowało ją dalsze utrzymywanie pozorów, uprzytomnił sobie, znając jej awersję do tak pospolitych potraw. Jej usta podrygiwały pewnie w wymuszonym, słodkim uśmiechu, choć skryte pod stołem dłonie walczyły o to, by nie połamać blatu i nie wetrzeć w twarz gospodyni zawartości parującego talerza. Ta wizja rozbawiła go na tyle, że pozwolił sobie na krótki chichot. Przez zmiażdżoną krtań zabrzmiało to bardziej jak szczekanie psa.
To nie jest śmieszne, Samuelu — mruknął nerwowo skłębiony cień. — Jeśli się nie pospieszysz, będę się musiała odsłonić, a wiesz, że jeśli to zrobię…
— Nic nie rób — odpowiedział, ruszając wzdłuż rzeki. — Idę po ciebie. I tak nie mogę tu dłużej zostać — dodał.
Narastające w oddali zamieszanie uświadomiło mu, że pusta szubienica musiała przyciągnąć znacznie więcej osób, niż pierwotnie sądził. Dłuższy pobyt w tym miejscu, zwłaszcza w towarzystwie dwóch kolejnych ciał, byłby skrajną głupotą. Kątem oka spostrzegł leżący przy brzegu męski kapelusz. Niewiele myśląc, schylił się po niego i, dziękując bezimiennemu młodzieńcowi za jego pośmiertny dar, wcisnął go na głowę tak głęboko, że rondo niemal zakryło mu oczy. Tyle powinno wystarczyć, by zapewnić mu spokojne dotarcie do Raon, a potem… Potem zastanowią się, co robić dalej.
Książka "Dzieciołap" Agnieszki Mieli ukazała się 20 maja 2026 r. nakładem wydawnictwa Zysk i s-ka.