
Transfer Neymara z Barcelony do Paris Saint-Germain był pokazem siły Katarczyków, ale wyrósł przede wszystkim z urażonej dumy Brazylijczyka. Po pamiętnej remontadzie Blaugrany, w której PSG roztrwoniło czterobramkową przewagę i odpadło z Ligi Mistrzów po porażce 1:6 na Camp Nou, włodarze Les Parisiens postanowili odpowiedzieć w najbardziej spektakularny możliwy sposób, wyciągając z niej jednego z bohaterów tamtego wieczoru.
Zapłacone przez PSG 222 mln euro za Neymara wstrząsnęły rynkiem transferowym, uruchomiły finansową reakcję łańcuchową i zmieniły układ sił w europejskim futbolu. Za kulisami tej operacji finansowej była geopolityczna gra Kataru, który próbował zażegnać swój kryzys wizerunkowy, o czym napisał Miguel Delaney w książce "Brudne fragmenty gry. Jak sportswashing, chciwość i korupcja przejęły współczesny futbol".
Fragment:
Neymar spędził w Paris Saint-Germain sześć lat i w tym okresie dał się poznać kolegom z zespołu jako zawodnik, który nie przykłada się do treningów, za to organizuje wyborne imprezy. Ten wizerunek byłego napastnika Barcelony nie jest specjalnym zaskoczeniem, a jednak pojawia się w nim pewien niespodziewany element. Brazylijczyk uważał, że paryski klub jest "nieprofesjonalny", co wiele mówi o tym, jak zmieniło się PSG. Neymar z pewnością poniekąd symbolizował tamtą erę klubu, zrobił to jednak w inny sposób, niż oczekiwano. Katarczycy mieli znacznie ambitniejsze plany związane z piłkarzem, za którego zapłacili 222 miliony euro i który do dziś pozostaje bohaterem najdroższego transferu w historii. Większości z owych zamierzeń nie udało się zrealizować, lecz całe to przedsięwzięcie i tak miało istotny wpływ na futbol. Jak to często w życiu bywa, wszystko wzięło się w dużej mierze z urażonej dumy.
8 marca 2017 roku PSG było świadkiem najbardziej imponującego odrabiania strat w historii Ligi Mistrzów, lecz dla Paryżan oznaczało ono bolesne upokorzenie. Napakowany gwiazdami zespół pod wodzą Unaia Emery’ego w pierwszym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów rozbił Barcelonę 4:0. Wydawało się, że oto nadchodzi czas tej drużyny. Tyle że już trzy tygodnie później ze zdwojoną siłą wróciły problemy znane z wcześniejszych klęsk francuskiego klubu. Blaugrana wygrała rewanż 6:1 — w Katalonii tego rodzaju wyczyn nazywa się la remontada, co oznacza "powrót". Żaden inny zespół w 62-letniej historii Pucharu Europy i Ligi Mistrzów nie roztrwonił czterobramkowej przewagi z pierwszego spotkania. Tak naprawdę PSG przegrało to spotkanie dwukrotnie. Paryżanie stosunkowo szybko stracili trzy bramki, potem jednak szalejących kibiców na Camp Nou uciszył Edinson Cavani, ponieważ wówczas gole strzelone na wyjeździe jeszcze ważyły więcej. W 88. minucie meczu Barcelona potrzebowała trzech kolejnych trafień i tego dokonała — w ostatnim sensownym kontakcie z piłką szóstego gola na miarę awansu wbił Sergi Roberto.
Cały mecz był psychodramą osadzoną w dwóch historiach dwóch klubów i znakomicie pokazującą, jak ważna na najwyższym sportowym poziomie jest mentalność. Na swym przepastnym stadionie, który widział tak wiele ważnych momentów z historii futbolu, Barcelona zdołała sięgnąć do najgłębszych pokładów swej tożsamości. W dniach bezpośrednio poprzedzających rewanż zawodnicy Blaugrany powtarzali, że wyjdą z tej opresji, że "nie takie rzeczy robiła Barcelona". W pewnym momencie trener Luis Enrique wykazał się niemal jasnowidzeniem, oświadczając: "Jeżeli ktoś może strzelić nam cztery gole, to my możemy strzelić ich sześć". W porównaniu z tą olbrzymią determinacją nastroje panujące w PSG należałoby raczej na zwać fatalistycznymi. Pomocnik Blaise Matuidi zastanawiał się później, czy aby nie zagrali "zbyt bojaźliwie".
Wydawało się, że ów mecz obnażył moralną pustkę paryskiego wielkie go projektu — brak głębszego sensu i znaczenia obecnych w największych klubach pokroju Barcelony. To właśnie ta aura zainspirowała Neymara, który w obliczu boiskowego chaosu wziął sprawy w swoje ręce — strzelił gole dla Katalończyków w 88. i 91. minucie, po czym popisał się znakomitym podaniem do Sergiego Roberto, zdobywcy zwycięskiej bramki. Leo Messi pozwolił nawet Brazylijczykowi wykonać rzut karny na 5:1, co później miało okazać się ważnym momentem, podobnie zresztą jak najczęściej publikowane zdjęcie z tamtego wieczoru. Neymar zagrał mecz życia, a mimo to świat obiegł obraz, na którym jego genialny argentyński kolega stoi ponad grupką ludzi, na tle wielbiącego go tłumu.
To właśnie wtedy zawodnik kreowany na następcę Pelego zaczął mieć wątpliwości co do własnego statusu. Skarżył się kolegom z reprezentacji Brazylii, że to on pociągnął zespół w spotkaniu z PSG, a gazety i tak pisały swoje: "Messi, Messi, Messi". Paryżanie zareagowali na to wszystko w jedyny znany im sposób: jeśli nie możesz kogoś pokonać, to go kup.
Katarczycy interesowali się Neymarem już w 2016 roku, gdy szukali gwiazdy, która godnie zastąpiłaby Zlatana Ibrahimovicia. Barcelona nie była zainteresowana rozmowami, przedstawiciele klubu z Parc des Princes dowiedzieli się jednak o klauzuli odstępnego wynoszącej 222 miliony euro.
Na Parc des Princes uznano, że zapłacą odstępne za Neymara. I to mimo świadomości, że kwota ta jest ponad dwukrotnie wyższa od dotychczasowego rekordu transferowego, który ustanowił Manchester United, gdy zapłacił Juventusowi 105 milionów euro za Paula Pogbę. Ciężar decyzji o przenosinach z Barcelony do Paryża zaczął jednak przytłaczać młodego Brazylijczyka. W mediach rozpętała się istna burza, co dla 25-latka stanowiło dodatkowe obciążenie. Messi i Urugwajczyk Luis Suarez zamknęli się z Neymarem w pokoju i przez dwie godziny nakłaniali go, żeby został. "Jeżeli zależy ci na Złotej Piłce, to ci w tym pomogę" — zadeklarował argentyński geniusz. W pewnym momencie Brazylijczykowi pociekły łzy.
Ludzie z PSG zaapelowali jednak do głębszych emocji piłkarza. Zamierzali uczynić go twarzą całego projektu, obiecywali, że wyświetlą jego nazwisko na Wieży Eiffla. Wkrótce Brazylijczyk podpisał papiery i 2 sierpnia 2017 roku Paryżanie zapłacili Barcelonie 222 miliony euro. Z dokumentów ujawnionych przez Football Leaks wynika, że przy tej okazji Neymar Senior, ojciec zawodnika, przytulił 10,5 miliona, a zarobki Juniora ustalono na ponad milion euro tygodniowo. Podczas oficjalnej prezentacji, przypominającej raczej premierę filmu, zawodnik podkreślał, że to nie pieniądze były jego główną motywacją. Nasser al-Khelaïfi deklarował, że w Brazylii prezentację Neymara obejrzało 85 milionów osób, a samego piłkarza określił mianem "międzynarodowej marki". Emmanuel Macron, świeżo upieczony prezydent Francji, uznał ten transfer za "dobrą wiadomość".
Czy była ona dobra dla futbolu? Niekoniecznie.
Powtarzała się sytuacja z 2003 roku z Chelsea: nagle wydano kwotę, do jakiej inne piłkarskie potęgi nie miały najmniejszych szans się zbliżyć. Płacowy wyścig zbrojeń nabierał nuklearnego charakteru, należało spodziewać się hiperinflacji zarobków. Do stycznia Barcelona upłynniła te pieniądze w całości, między innymi płacąc Liverpoolowi 120 milionów euro za Philippe Coutinho, którego zarobki ustalono na 440 tysięcy tygodniowo. Z kolei The Reds przeznaczyli 75 milionów funtów na Virgila van Dijka z Southampton. Ta finansowa "reakcja łańcuchowa" wywołała powszechne zaniepokojenie, wyrażone również przez kanclerkę Niemiec, Angelę Merkel. Aleksander Ceferin, prezydent UEFA, zaczął rozmowy z Komisją Europejską o możliwych sposobach uregulowania rynku transferów futbolowych. Największe kluby skarżyły się, że negocjacje z piłkarzami to teraz "czyste szaleństwo". Barcelona podejmowała dziwaczne decyzje również w odniesieniu do graczy, których nie kupowała, rezygnując na przykład z pozyskania 17-latka, o którego bili się wszyscy inni. Kylian Mbappe, bo o nim mowa, okazał się objawieniem AS Monaco w sezonie, w którym klub ten zepchnął PSG na drugie miejsce w Ligue 1, co nie zdarza się często. W Barcelonie jednak uznano, że chłopak nie jest jeszcze wart 100 milionów euro, których za niego oczekiwano.
Potencjał przeliczany na takie pieniądze dostrzegło w nim PSG, tym bardziej że chłopak wychowywał się pod Paryżem i był fanem tego zespołu. Pracownicy Al-Khelaïfiego z dużym zaskoczeniem przyjęli jego zapowiedź, że Mbappe znajdzie się na boisku obok Neymara — zwłaszcza że w ostatnim tygodniu okienka transferowego UEFA wyraźnie ostrzegała Paryżan o sankcjach wynikających z naruszenia zasad FFP. Istniało jednak rozwiązanie tego problemu. AS Monaco w nadchodzącym sezonie broniło tytułu mistrzów Francji, ale mimo to klub ze stolicy zaoferował rywalom roczne wypożyczenie zawodnika wraz ze zobowiązaniem do jego wykupu latem 2018 roku za kwotę 180 milionów euro. Ekipa z księstwa wolałaby sprzedać Mbappe za granicę, lecz na tym etapie samego piłkarza interesował wyłącznie Paryż. Gdyby oferta PSG nie została przyjęta, za rok monakijski nastolatek mógłby odejść za znacznie mniejszą kwotę, więc sensacyjni mistrzowie Francji powiedzieli "tak". Al-Khelaïfi twierdził, że w rozmowach z rodzicami chłopaka temat pieniędzy nigdy nie wypłynął, wiadomo jednak, że umowa z klubem gwarantowała mu niemal 50 milionów euro przez pięć sezonów.
Dokładnie takiej rozrzutności obawiało się środowisko piłkarskie, twierdząc, że ugoda z UEFA w sprawie naruszeń FFP tylko ośmieli paryski klub. To by było na tyle, jeśli chodzi o zapewnienia Jean-Claude’a Blanca, dyrektora generalnego PSG, który twierdził, że przepisy wprowadzone przez europejską federację "poważnie nas przyhamowały". UEFA została zmuszona — licznymi skargami środowiska — do przyspieszenia standardowych analiz zgodności z FFP i już dzień po zamknięciu okna transferowego ogłosiła wszczęcie formalnego dochodzenia w sprawie francuskiego hegemona. Decyzja ta miała na celu wzmocnienie wiary w skuteczność wprowadzonych regulacji, zwłaszcza że tak wielu ludzi ze świata futbolu miało je za nieśmieszny żart. Skargi płynęły przede wszystkim z Hiszpanii, a ich twarzą był Javier Tebas, prezes La Liga.
"Prawda jest taka, że w sprawie FFP paryski klub śmieje się nam wszystkim prosto w twarz — stwierdził ów działacz. — Już raz przyłapaliśmy ich na sikaniu w pościel czy też do basenu, a teraz Neymar wybił się z trampoliny i jeszcze on sika do wody". Tego rodzaju komentarze budowały niezwykle napiętą atmosferę wokół PSG, ale dla właścicieli klubu owo zamieszanie było korzystne. Z pewnością przysłużyło im się olbrzymie zainteresowanie Neymarem, a następnie Mbappe. Katar wymachiwał w ten sposób wielką flagą dokładnie w momencie, w którym był otoczony ze wszystkich stron.
Zakup Neymara nie był pomysłem emira — z tą propozycją przyszedł do niego Al-Khelaifi. I prawdopodobnie zrobił to w najlepszym możliwym momencie. Wszystko przez wydarzenia, które rozegrały się dwa miesiące wcześniej, 5 czerwca 2017 roku, kiedy to Arabia Saudyjska, ZEA, Jemen, Egipt, Bahrajn i Malediwy ogłosiły zerwanie stosunków dyplomatycznych z Katarem i zamknięcie granic z tym krajem. Z punktu widzenia Dohy sytuacja wydawała się tym trudniejsza, że nagle wszyscy zyskali powód, by zacząć mówić o destabilizującym wpływie Katarczyków na najpopularniejszy sport na świecie. Eksplozja wydatków na rynku transferowym stawała się zabezpieczeniem w ramach zimnej wojny z sąsiadami, tym ważniejszym, że na skutek wspomnianej obstrukcji roponośne państwo stawało się niewidoczne w regionie. Qatar Airways, linie lotnicze, które dostały zakaz lotów nad terytorium Arabii Saudyjskiej, były sponsorem koszulkowym Barcelony, lecz w stosujących blokadę dyplomatyczną Kataru krajach logo przewoźnika było zamazywane. W Bahrajnie, ZEA i Arabii Saudyjskiej uchwalono przepisy przewidujące wyroki 15 lat więzienia dla każdego, kto będzie wyrażał "sympatię" dla Kataru. Neymar i Mbappé gwarantowali, że kraj ten nie zniknie ze światowych serwisów informacyjnych. W sumie całkiem ciekawe, że futbol odegrał rolę swego rodzaju klamry kompozycyjnej dla tych procesów, kryzys dyplomatyczny w Zatoce Perskiej zmienił bowiem oblicze tego sportu.
Tłumaczenie: Bartosz Sałbut
Partner Wydawnictwo SQN
Okładka książki "Brudne fragmenty gry. Jak sportswashing, chciwość i korupcja przejęły współczesny futbol"