!["My wygrywamy, oni przegrywają". Reagan, zimna wojna i strategia, która złamała Moskwę [FRAGMENT KSIĄŻKI]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fetbqmwshkzabnrehgtcd.supabase.co%2Fstorage%2Fv1%2Fobject%2Fpublic%2Farticle-imports%2Fzero%2Fonet-my-wygrywamy-oni-przegrywaja-reagan-zimna-wojna-i-strategia-ktora-zlamala-m%2F745abb64fb206e3f.jpg&w=1920&q=75)
Stany Zjednoczone liczą jako państwo 250 lat, ale na arenie międzynarodowej zaistniały jako mocarstwo dopiero w XX w. Przeszły długą drogę od swoistej separacji i pilnowania swych interesów na półkuli zachodniej do światowej dominacji. Zgodnie z amerykańską Konstytucją formułowanie założeń i realizacja polityki zagranicznej stanowią prerogatywę prezydenta (któremu pomaga sekretarz stanu), pewne uprawnienia w tej dziedzinie ma też Kongres.
Począwszy od Franklina D. Roosevelta, który był lokatorem Białego Domu w latach 1932–1945, kolejni prezydenci tworzyli własne modele działania wobec sojuszników i wrogów w różnych częściach świata. Rządy i opozycje w wielu krajach oczekiwały pomocy ze strony Stanów Zjednoczonych. Mimo to po jej udzieleniu niejednokrotnie krytykowano Amerykę za ingerowanie w wewnętrzne kwestie innych państw.
Profesor Zbigniew Lewicki, znawca historii i polityki Stanów Zjednoczonych, w sposób syntetyczny i przystępny ukazuje amerykańską politykę zagraniczną oraz jej głównych kreatorów od chwili uzyskania niezależności w 1776 roku aż do czasów współczesnych, do początku drugiej prezydentury Donalda Trumpa w swojej książce "Amerykańska polityka zagraniczna 1776—2025. Od separacji do dominacji". Przedstawiamy jej fragment.
W dużej mierze za sprawą wcześniejszej kariery aktorskiej prezydent Ronald Reagan był postrzegany jako Great Communicator, mistrz przekazywania odbiorcom swoich przesłań. W polityce wewnętrznej umiejętność ta wyraziła się przezwyciężeniem poczucia wstydu wywołanego przebiegiem i wynikiem wojny wietnamskiej: America Is Back, Standing Tall, "Ameryka powróciła i jest z siebie dumna". Natomiast w polityce zagranicznej istotę przekazu prezydenta stanowiło przekonanie o konieczności przeciwstawienia się komunizmowi na wszystkich polach. Zbudowany na nim Związek Sowiecki to po prostu evil empire, manichejskie imperium zła, które powinno ulec sile mocarstwa dobra, czyli Stanom Zjednoczonym Ameryki. Ameryka miała przeciwstawiać się sowieckiemu globalizmowi wszędzie tam, gdzie się objawiał, czy to w Afryce, Ameryce Środkowej, czy na Bliskim Wschodzie.
Reagan wierzył w wyjątkowość Ameryki i często przywoływał sformułowanie XVII-wiecznego pastora Johna Winthropa o "mieście na wzgórzu". By trafić do każdego wyborcy starał się wyjaśnić trudne problemy globalne możliwie jak najprościej. Czyniąc tak, siłą rzeczy odwoływał się do nieskomplikowanej terminologii i na przykład określał wprowadzoną przez Nixona i Kissingera koncepcję détente mianem sowieckiego narzędzia pozbawienia Stanów Zjednoczonych należnego im miejsca w świecie. Miało ono dać Związkowi Sowieckiemu "prawo do dopuszczania się wszelkich przestępstw, kłamstw, oszustw"[1]. Nie tylko nie był, przynajmniej początkowo, zainteresowany jakimkolwiek ograniczaniem zbrojeń, lecz zwiększył amerykański budżet wojskowy ze 174 mld dolarów w 1980 r. do prawie 300 mld dolarów osiem lat później. Chciał w ten sposób zasypać rzekomą przepaść dzielącą sowiecki potencjał militarny od amerykańskiego — choć nie mógł nie wiedzieć, że przepaść rzeczywiście istniała, ale na korzyść Stanów Zjednoczonych.
fot. Materiały wydawnictwa Bellona / Partner Bellona
Okładka książki "Amerykańska polityka zagraniczna 1776—2025. Od separacji do dominacji"
W stosunkach amerykańsko-sowieckich okresu prezydentury Reagana można wyróżnić trzy fazy. W latach 1981–1984 charakteryzowały się one wytężonym wyścigiem zbrojeń. W tym czasie prezydent USA nie spotkał się z żadnym przedstawicielem rządu sowieckiego, a symbolem pogorszenia się relacji było nagłośnione w mediach odebranie ambasadorowi sowieckiemu specjalnego miejsca parkingowego, co zmusiło go do korzystania z ogólnego wejścia do Departamentu Stanu.
Kolejny okres obejmował lata 1984–1985 i zakończył się szczytem Reagan–Gorbaczow w Genewie w listopadzie 1985 r., po czym nastąpiła trzecia faza stosunków wzajemnych. W jej trakcie obie strony angażowały się, choć ze zmienną intensywnością, w negocjacje dotyczące przede wszystkim kontroli zbrojeń. Strategia nuklearna Reagana zawarta została w dyrektywie decyzyjnej NSDD-13. Jej istotą miała być zdolność Stanów Zjednoczonych do prowadzenia rozciągniętego w czasie konfliktu nuklearnego, złożonego z naprzemiennych punktowych uderzeń nuklearnych i okresów działalności dyplomatycznej. Tego typu taktyka oznaczała jednak potrzebę dostarczenia armii amerykańskiej nowego wyposażenia i prowadziła do nowego wyścigu zbrojeń, na który Związek Sowiecki nie było stać.
Reagan nie pomijał nadarzających się okazji do skonfundowania Moskwy i gdy przystąpiła ona do instalowania w Europie Wschodniej rakiet Pionier, zwanych w terminologii amerykańskiej SS-20, zapowiedział wprowadzenie do Europy Zachodniej sprawniejszych rakiet Pershing II i pocisków manewrujących. Gdy Sowieci i ich europejscy poplecznicy zaprotestowali, Reagan zaproponował 18 listopada 1981 r. "opcję zero". W zamian za odstąpienie od planowanego na 1983 r. rozmieszczania na kontynencie europejskim amerykańskich Pershingów Sowieci mieliby wyeliminować z zachodniej i azjatyckiej części ZSRS znajdujące się tam 440 rakiety pośredniego zasięgu SS-20 (oraz starsze SS-4 i SS-5), co Moskwa odrzuciła. Gdy natomiast amerykański negocjator Paul Nitze i jego sowiecki odpowiednik Julij Kwicinski wynegocjowali 16 lipca 1982 r. kompromisową formułę, została ona zdezawuowane tak przez Waszyngton, jak i przez Moskwę. Poczynając od jesieni 1983 r. Stany Zjednoczone rozlokowały w Europie ponad 100 pocisków Pershing II i ponad 450 pocisków manewrujących Cruise.
Prezydent przeznaczył 180 mld dolarów na pięcioletni program modernizacji sił strategicznych, przywracając między innymi wstrzymane przez Cartera prace nad bombowcem B-1 i aprobując plan zwiększenia floty wojennej do 600 jednostek. Przede wszystkim zaś opowiedział się za tworzeniem nowej broni, czego przejawem było ogłoszenie w marcu 1983 r. przystąpienia do prac na systemem zwanym Inicjatywą Obrony Strategicznej (SDI). Miał on kosztować 26 mld dolarów w ciągu pięciu lat i stanowić niezwykle zaawansowany technicznie system niszczenia rakiet przeciwnika w trakcie ich lotu w kosmosie. Uproszczoną wersję takiej broni stanowił system Nike Zeus z przełomu lat 50. i 60. XX w., a w 1982 r. jej unowocześnioną koncepcję przedstawił prezydentowi Edward Teller, twórca amerykańskiej broni wodorowej.
Implementacja systemu niszczenia wrogich rakiet w kosmosie sprawiłaby, że jego posiadacz zyskałby możliwość zaatakowania przeciwnika bez obawy, że sam też zostanie unicestwiony, co stanowiło istotę koncepcji odstraszania MAD, powstrzymującej mocarstwa atomowe przed wywołaniem wojny. Prezydent wyjaśniał, iż jego celem jest stworzenie systemu obronnego, który uniemożliwiłby przeprowadzenie skutecznego ataku rakietowego i deklarował, że gdy tylko technologia SDI osiągnie poziom realizacyjny, udostępni ją Związkowi Sowieckiemu. Sowieci byli natomiast przekonani, że zamiarem Reagana było nie tyle wzmocnienie bezpieczeństwa USA i świata, ile zapewnienie Ameryce zwycięstwa w przyszłym konflikcie.
Prezydent doskonale wiedział, że Stany Zjednoczone nie dysponują wystarczająco zaawansowaną technologią, by urzeczywistnić koncepcję SDI, ale skutecznie stwarzał wrażenie, że jest inaczej. Ostatnia z monitorowanych przez Moskwę prób, wykonana 10 czerwca 1984 r., wydawała się udana. Po latach okazało się jednak, że została ona sfalsyfikowana, gdyż strącona rakieta posiadała nadajnik umożliwiający jej lokalizację — o czym wiedziało tylko bardzo wąskie grono osób i co częściowo ujawnił dopiero w 1993 r. "New York Times"[2]. Sowieci byli natomiast przekonani o skutecznym przebiegu próby.
Moskwa zdawała sobie sprawę z faktu, że system SDI nie będzie w pełni gotowy wcześniej niż po kilkunastu latach, ale wiedzieli, że sama praca nad nową bronią może zaowocować ogromnym skokiem technologicznym. Zgodnie z logiką wyścigu zbrojeń ZSRS musiał zainicjować niezwykle kosztowny proces własnych badań, czego jego gospodarka nie wytrzymywała. O ile w latach 80. Stany Zjednoczone przeznaczały na zbrojenia 6–7 proc. PKB, to ZSRS wydawał nie mniej niż 15 proc. , a według niektórych ekonomistów nawet 25 proc. , i dalsze zwiększanie takich wydatków musiało prowadzić do katastrofy[3]. Znany amerykański strateg Edward Luttwak pisał: "Prawdziwym zyskiem z amerykańskiego programu SDI było zwiększanie wydatków sowieckich na podobny system obronny, co pozbawiło finansowania znacznie groźniejsze przedsięwzięcia"[4].
Poziom napięcia w stosunkach amerykańsko-sowieckich był w tym czasie tak wysoki, że o mało nie doszło do opartego na nieporozumieniu rzeczywistego konfliktu nuklearnego. Poczynając od 2 listopada 1983 r., wojska NATO przeprowadziły w Europie doroczne ćwiczenia wojskowe Able Archer. Były one tak realistyczne, że część dowódców sowieckich uznała, iż NATO w istocie rozpoczyna konflikt, a manewry są tylko działaniem kamuflażowym. Pogląd ten częściowo podzielił ówczesny przywódca ZSRS Jurij Andropow, który polecił rozpoczęcie przygotowań do wyprzedzającego uderzenia nuklearnego.
Reagan rozumiał, że siły strategiczne muszą być stale modernizowane i zapowiedział wprowadzenie do eksploatacji nie tylko "niewidzialnego" bombowca F-117 Stealth, bombowca B-2 Stealth i łodzi podwodnych klasy Trident II, lecz także międzykontynentalnych pocisków balistycznych MX z dziesięcioma głowicami każdy, pierwszej amerykańskiej broni interkontynentalnej od dziesięciu lat. Miały one zostać umieszczone w wyrzutniach mobilnych, co uniemożliwiałoby ich zniszczenie w pierwszym uderzeniu. Pojawiła się nawet koncepcja zbudowania podziemnego toru kolejowego łączącego 4,6 tys. betonowych wyrzutni w stanach Utah i Nevada. Oznaczałoby to jednak podjęcie największego w historii przedsięwzięcia budowlanego i ostatecznie rakiety MX umieszczono w silosach.
Natomiast gospodarcza polityka amerykańska wobec Związku Sowieckiego nie była konsekwentna. Wkrótce po objęciu urzędu Reagan pod naciskiem wyborców ze stanów farmerskich zniósł embargo zbożowe, wprowadzone przez Cartera po sowieckiej agresji na Afganistan. Po ogłoszeniu stanu wojennego w Polsce w grudniu 1981 r. prezydent wprowadził pewne sankcje wobec Warszawy, natomiast w stosunku do Związku Sowieckiego Waszyngton zakazał amerykańskim firmom sprzedaży do ZSRS elementów potrzebnych do budowy liczącego 6 tys. km gazociągu z Półwyspu Jamalskiego. Ale wielkie firmy i państwa zachodnioeuropejskie, które liczyły na tani gaz syberyjski, nie chciały tracić kontraktów. Reagan usiłował uzyskać poparcie sojuszniczych rządów dla swojej decyzji i w czerwcu 1982 r. udał się w tym celu do Londynu, Bonn i Paryża, ale jego argumenty nie okazały się dość przekonujące. Ostatecznie sprawił jedynie, że gazociąg jamalski miał przez długi czas jedną nitkę zamiast dwóch i był kosztowniejszy, niż planowano.
W 1982 r. prezydent ogłosił zamiar przystąpienia do rozmów START, które miały zastąpić proces SALT. W odróżnieniu od rozmów SALT, negocjacje START dotyczyły redukcji istniejącej broni rakietowej. Ich pierwsza faza zakończyła się w 1991 r. już za prezydentury George’a Busha podpisaniem Traktatu o redukcji zbrojeń strategicznych START I.
Negatywne stanowisko Reagana wobec Związku Sowieckiego nie oznaczało rezygnacji ze spotkań na szczycie. Do pierwszego z nich z udziałem nowego przywódcy sowieckiego Michaiła Gorbaczowa doszło 19–21 listopada 1985 r. w Genewie. Miało ono charakter rozpoznawczy, w odróżnieniu od kolejnego szczytu odbytego w Reykjaviku 11–12 października 1986 r. Był on przygotowywany w niestandardowym pośpiechu i nic nie zapowiadało jego rewolucyjnego wręcz przebiegu. W trakcie dwudniowych rozmów, w tym ponad dziewięciu godzin spotkań w cztery oczy z Reaganem, Gorbaczow składał bowiem coraz dalej idące propozycje rozbrojeniowe. Zasugerował zmniejszenie o 50 proc. liczby pocisków nuklearnych we wszystkich kategoriach, wyraził zgodę, by nie wliczać do przyjętych limitów francuskiej i brytyjskiej broni atomowej, a wreszcie zaproponował całkowitą likwidację broni atomowej w ciągu dziesięciu lat. Reagan początkowo przystawał na te zaskakujące sugestie, ale do zawarcia porozumienia nie doszło, Gorbaczow postawił bowiem warunek, że USA przez następne dziesięć lat ograniczą prace nad SDI do studiów laboratoryjnych. Reagan zdecydowanie odrzucił ten wymóg, a przez to i całość propozycji sowieckich, co Moskwa odebrała jako ostateczny dowód, że amerykańskie prace nad nową bronią posuwają się naprzód.
W czasie kolejnych szczytów w Waszyngtonie w grudniu 1987 r. i w Moskwie w maju 1988 r. obaj przywódcy zawarli porozumienia ograniczające posiadane arsenały broni jądrowej, ale żadne z nich nie zbliżało się do sowieckiej oferty z Reykjaviku. Niemniej podczas szczytu w Waszyngtonie podpisano traktat przewidujący całkowitą likwidację dwóch klas pocisków, zasięgu krótkiego (500–1000 km) i pośredniego (1000–5500 km). Było to pierwsze porozumienie mocarstw, które nie ustanawiało limitu uzbrojenia na przyszłość, lecz eliminowało istniejącą broń.
Ważnym elementem globalnej strategii Reagana była ofensywna doktryna nosząca jego nazwisko, ogłoszona w lutym 1985 r. Zakładała ona wspomaganie demokratycznych ruchów antykomunistycznych na świecie i przeciwdziałanie sowieckiej dominacji:
Musimy stać u boku wszystkich naszych demokratycznych sojuszników. Nie możemy zawieść tych, którzy ryzykują życie na wszystkich kontynentach, od Afganistanu po Nikaraguę, by przeciwstawić się wspomaganej przez Sowietów agresji i uzyskać prawa, które my posiadamy od urodzenia[5].
Tak sformułowane stanowisko oznaczało kres koncepcji powstrzymywania na rzecz koncepcji odpychania (rollback), zakładającej pomoc wrogom wrogów Ameryki. Doktryna Reagana zaprzeczała jednocześnie doktrynie Breżniewa z 1968 r. proklamującej nieodwracalność włączenia państwa w skład bloku sowieckiego. Oparta na wierze w fundamentalne znaczenie pojęcia wolności, doktryna Reagana oznaczała zarazem, że Stany Zjednoczone mają prawo czy wręcz obowiązek interweniować poza swoimi granicami, nawet gdy ich własne bezpieczeństwo nie było zagrożone. Odnosiło się to szczególnie do takich obszarów, jak Angola (gdzie Stany Zjednoczone wspierały rebelię Jonasa Savimbiego i jego ruchu UNITA), Mozambik, Afganistan (gdzie USA konsekwentnie wspomagały mudżahedinów przeciw wojskom sowieckim), Kambodża (w której różne grupy starały się obalić rząd ustanowiony przez wojska wietnamskie) czy Gwatemala.
Aby mogło dojść do interwencji amerykańskiej na rzecz opozycji wewnętrznej, niezbędne było spełnienie trzech warunków: ruch wyzwoleńczy musiał być rodzimy i autentyczny, rząd musiał korzystać z pomocy sowieckiej, a ludność pozbawiano swobód obywatelskich. Interwencje amerykańskie zmuszały Moskwę do wydatków, na które nie było jej stać. Prezydent natomiast skutecznie wykorzystywał fakt, że wspomaganie partyzantów nie było szczególnie kosztowne. Podczas gdy Stany Zjednoczone wydawały na pomoc dla antykomunistycznych rebeliantów 1 mld dolarów rocznie, ZSRS musiał przeznaczać na walkę z nimi 8 mld dolarów. Inna
sprawa, że wielu beneficjentów pomocy amerykańskiej przekazywanej pod auspicjami doktryny Reagana nie podpisałoby się pod hasłem demokratyzacji, co szczególnie dotyczyło Czerwonych Khmerów w Kambodży czy też afgańskich mudżahedinów.
Ronald Reagan niezbyt aktywnie angażował się natomiast w próby rozwiązania kryzysu bliskowschodniego. Sytuacja w regionie uległa jednak zaognieniu w czerwcu 1981 r., gdy Izrael przeprowadził nalot na Irak, niszcząc reaktor, który mógł służyć do produkcji broni atomowej. Gdy doszło z kolei do zamachu na izraelskiego ambasadora w Londynie izraelskie siły zbrojne wkroczyły do Libanu z zamiarem pozbawienia baz bojowników Organizacji Wyzwolenia Palestyny, PLO. Chcąc zapobiec eskalacji działań militarnych, prezydent Reagan zgodził się w lipcu 1982 r. na wysłanie do Libanu 1 250 marines w ramach międzynarodowych sił pokojowych ONZ. Było ich za mało, by mogli działać efektywnie, choć zarazem wystarczająco wielu, by ich obecność prowokowała milicje libańskie, czyli grupy walczące o kontrolę nad krajem.
18 kwietnia 1983 r. przeprowadzono zamach na ambasadę USA w Bejrucie, w którym zginęło m.in. szesnastu Amerykanów, a 23 października 1983 r. terroryści sponsorowani przez rząd irański wdarli się również w Bejrucie na teren amerykańskiego garnizonu ciężarówką wyładowaną materiałami wybuchowymi. W wyniku eksplozji zginęło 241 żołnierzy amerykańskich. Choć Reagan stwierdził, że wydarzenia te nie zmniejszą zaangażowania USA w Libanie, to polecił dyslokować marines na okręty zacumowane przy wybrzeżu, a w lutym 1984 r. całkowicie wycofał wojsko amerykańskie z tego kraju.
Dwa dni po tragedii w Bejrucie Reagan podjął decyzję o "interwencji ratunkowej" na Grenadzie, karaibskiej wyspie o powierzchni niewiele ponad 300 km2 i liczącej niecałe 90 tys. mieszkańców, leżącej na głównym szlaku wodnym wiodącym do Kanału Panamskiego. Według niektórych ówczesnych komentatorów interwencja miała zatrzeć pamięć o śmierci marines, choć w istocie stanowiła element wcześniej opracowanej strategii eliminowania marksizmu
z półkuli zachodniej. Prezydent Grenady zezwolił na przybycie na wyspę kilkuset cywilnych i wojskowych specjalistów z Kuby, którzy przystąpili do budowy pasa startowego. Sama Grenada nie dysponowała samolotami, ale premier Maurice Bishop wyraził zgodę na korzystanie z lądowiska przez sowieckie samoloty rozpoznawcze dalekiego zasięgu.
Zdając sobie sprawę ze strategicznego położenia wyspy, Reagan wykorzystał pretekst zagrożenia dla prawie 600 amerykańskich studentów uczęszczających do miejscowego kolegium medycznego, którzy mogli zostać użyci jako zakładnicy. 25 października 1983 r. skierował na Grenadę 6 tys. żołnierzy piechoty morskiej, którym towarzyszyli żołnierze z siedmiu innych państw regionu. Walki trwały dwa dni, straty amerykańskie wyniosły 19 zabitych, a po stronie rządowej zginęło 160 Grenadczyków i 71 Kubańczyków. Amerykanie pojmali też ponad 600 wysłanników Castro, głównie specjalistów od budownictwa, i odkryli zapasy broni wystarczające dla 10 tys. żołnierzy.
Pośrednim efektem wydarzeń w Libanie i Grenadzie było sformułowanie w listopadzie 1984 r. przez sekretarza obrony Caspara Weinbergera i płk. Colina Powella swoistej doktryny (nazywanej później "doktryną Powella") określającej sześć warunków, które powinny zostać spełnione, by można było bezpośrednio zaangażować żołnierzy amerykańskich w konflikt poza granicami Stanów Zjednoczonych. Najważniejszy z nich stanowił, że USA nie powinny angażować sił zbrojnych, chyba że w grę wchodzą żywotne interesy narodowe Stanów Zjednoczonych lub ich sojuszników. Zdaniem sekretarza stanu George’a Shultza, we współczesnym świecie zagrożenia rzadko są czarno-białe, a zaproponowana formuła sugeruje "bezczynność graniczącą z paraliżem."
Ruchy lewicowe przejawiały w tym czasie szczególną aktywność w lądowych państwach Ameryki Środkowej, szczególnie w Salwadorze i Nikaragui, gdzie trwały walki lokalnej partyzantki z władzami. W Salwadorze lewicowi rebelianci wchodzili w skład Narodowego Frontu Wyzwolenia (NLF) i w walce z prawicowym rządem
mogli liczyć na wsparcie Kuby i Związku Sowieckiego. W Nikaragui natomiast władzę sprawował od lipca 1979 r. rząd sandinistów, w skład którego wchodzili także komuniści, zarządzający dobrze przygotowaną armią. Przeciwstawiali się mu partyzanci znani jako contras, czyli 10 do 12 tys. pozbawionych ziemi chłopów oraz pewna liczba popleczników obalonego dyktatora Anastasio Somozy Debayle. Działania contras wspomagała CIA, która wybudowała ośrodek szkoleniowy i bazy wypadowe w sąsiednim Hondurasie, a w latach 1982–1985 przeznaczyła na potrzeby bojowników około 200 mln dolarów. Prezydent Reagan uważał contras za "bojowników wolności" i przyrównywał ich do Ojców-Założycieli państwa amerykańskiego.
Problem pojawił się, gdy w 1982 r. Kongres przyjął pierwszą z trzech tzw. poprawek Bolanda, zakazującą przekazywania amerykańskich funduszy rządowych partyzantom contras, jeśli celem ich działań miało być obalenie rządu nikaraguańskiego. Postanowienie to było stosunkowo łatwe do obejścia, ale w październiku 1984 r. Kongres uchwalił kolejną poprawkę Bolanda, drastycznie ograniczającą dopuszczalny poziom wspierania finansowego działań partyzanckich w Nikaragui bez względu na ich deklarowany cel. To z kolei zapoczątkowało ciąg wydarzeń, które złożyły się na największy kryzys prezydentury Reagana.
Związany on był z rozwojem sytuacji na Bliskim Wschodzie. W marcu 1984 r. szyickie grupy terrorystyczne w Libanie porwały sześciu obywateli amerykańskich, w tym szefa placówki CIA w Bejrucie. Porywacze mieli należeć do ugrupowań znajdujących się pod kontrolą Iranu, z którym Waszyngton nie utrzymywał kontaktów od czasu kryzysu zakładników. Władze amerykańskie postanowiły jednak wykorzystać fakt, że Iran, toczący wojnę z Irakiem, potrzebował części zamiennych do sprzętu zakupionego jeszcze przez szacha. W styczniu 1986 r. prezydent Reagan wyraził zgodę na sprzedaż broni Iranowi, a w maju były doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego Robert McFarlane i płk Oliver North z NSC udali się do Teheranu w celu omówienia szczegółów transakcji "broń za zakładników", choć wcześniej prezydent wyrzekał się negocjowania z terrorystami. Przez niemal półtora roku trwało przekazywanie broni, libański Hezbollah uwolnił jednak tylko trzech spośród sześciu przetrzymywanych Amerykanów i porwał trzech kolejnych.
Gdy 5 października 1986 r. sandiniści strącili samolot przewożący amerykańskie uzbrojenie dla contras, jego pilot przeżył i złożył obszerne zeznania. Działania amerykańskie ujawnił 3 listopada 1986 r. libański tygodnik "Al Shiraa", co zmusiło administrację do potwierdzenia, że taka operacja miała miejsce. Nie zdawano sobie jednak sprawy, że była to tylko jedna część złożonego przedsięwzięcia, nazwanego aferą Iran-Contras. Otóż doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego admirał John Poindexter oraz płk Oliver North, działając ponoć za wiedzą czy na polecenie szefa CIA Williama Caseya, zawyżali koszt sprzedawanej Iranowi broni, a uzyskane w ten sposób środki wykorzystywali na zakup uzbrojenia dla contras, co stanowiło jednoznaczne złamanie prawa[6].
Prezydent powołał komisję w celu przeprowadzenia analizy wydarzeń. Przesłuchała ona także jego samego, ale Reagan we wszystkich niemal istotnych kwestiach zasłaniał się niepamięcią, co zostało później uwiarygodnione rozwijającą się u niego chorobą Alzheimera. Ogłoszony 27 lutego 1987 r. raport zawierał sugestię, że prezydent częściowo utracił kontakt z rzeczywistością, wskutek czego urzędnicy Białego Domu mogli samowolnie organizować poważne przedsięwzięcia zagraniczne. Komisja nie znalazła natomiast niezbitego dowodu winy prezydenta.
Reagan stanął wobec dramatycznej alternatywy. Kluczową kwestię stanowiło bowiem pytanie, czy i od kiedy wiedział o bezprawnym wspieraniu contras. Jeśli przyznałby się, że świadomie uczestniczył w łamaniu prawa, musiałoby to prowadzić do impeachmentu, a jego wina byłaby oczywista. Z kolei twierdzenie, że nie wiedział o nielegalnych działaniach podwładnych, oznaczało, że jako prezydent nie panował nad własnym Białym Domem. W marcu 1987 r. Reagan w wystąpieniu publicznym przyjął na siebie ogólną odpowiedzialność za postępowanie podwładnych, choć nie za poszczególne decyzje. Ostatecznie w stan oskarżenia postawiono trzynaście osób, z których jedenaście zostało skazanych. North i Poindexter zdołali obalić skazujące wyroki w apelacji, a późniejszy prezydent George H. W. Bush skorzystał z prawa łaski w stosunku do pozostałych, w tym dla sekretarza obrony Caspara Weinbergera. Natomiast problem nikaraguański rozwiązał się niejako sam, gdy pewni siebie sandiniści ogłosili w kwietniu 1990 r. wolne wybory, a prezydentem została ich przeciwniczka Violeta Chamorro.
Trudno o jednoznaczną ocenę polityki zagranicznej Ronalda Reagana. Mało który Amerykanin kwestionowałby jego sukcesy, choć podobnie jak Jimmy Carter nie miał w tym zakresie przygotowania teoretycznego ani akademickiego. W przeciwieństwie do swego poprzednika nie starał się przy tym nadrabiać braków i nie był równie pracowity. Miał natomiast wyjątkową intuicję polityczną, dzięki której zasygnalizował początek końca zimnej wojny. 12 czerwca 1987 r. oświadczył w Berlinie: "Panie Sekretarzu Generalny Gorbaczow, jeśli pragnie Pan pokoju, jeśli pragnie Pan dobrobytu dla Związku Sowieckiego i Europy Wschodniej, jeśli pragnie Pan liberalizacji: Proszę podejść tu do tej bramy! Panie Gorbaczow, niech Pan otworzy tę bramę! Panie Gorbaczow, niech pan zburzy ten mur!"[7]. Jeden z doradców prezydenta ds. polityki zagranicznej z zadziwieniem konstatował, że choć "wiedział tak mało, osiągnął tak wiele"[8]. Natomiast naturę końca zimnej wojny Reagan wyraził w prostym stwierdzeniu: "My wygrywamy, oni przegrywają". Gdy jednak, jak w przypadku afery Iran-Contras, intuicja zawodziła go, nie miał narzędzi, które pozwoliłyby mu odwrócić bieg wydarzeń. Niemniej kończąc prezydenturę, Ronald Reagan mógł podsumować swoje osiągnięcia w polityce zagranicznej słowami: "Chcieliśmy zmienić kraj, a zmieniliśmy świat"[9].
[REKLAMA]
[1] https://www.reaganlibrary.gov/archives/speech/presidents-news-conference-1.
[2] Zob. np. P. Kengor, Ronald Reagan i obalenie komunizmu, przekł. Barbara Gadomska, AMF, Warszawa 2007 s. 237–238; Steven F. Hayward, The Age of Reagan, Rivers Press, New York 2009, s. 498.
[3] Zob. Christopher M. Davis, "Economic Influences on the Decline of the Soviet Union as a Great Power", w: David Armstrong, Erik Goldstein, eds., The End of the Cold War, Routledge, Portland 1990, s. 81–109.
[4] Cyt. za: Len Colodny, Tom Shachtman, The Forty Years War, Harper, New York 2009, s. 296.
[5] https://www.history.com/this-day-in-history/the-reagan-doctrine-is-announced.
[6] Jak się później okazało, zysk z transakcji wyniósł 16 mln dolarów, ale do contras trafiła broń warta tylko niecałe 4 miliony.
[7] https://www.historyplace.com/speeches/reagan-tear-down.htm.
[8] Cyt. za: Wesley Bagby, America’s International Relations Since World War I, Oxford University Press, New York 1999, s. 323.
[9] The Greatest Speeches of Ronald Reagan, Newsmax, West Palm Beach 2001, s. 248.