"My wygrywamy, oni przegrywają". Reagan, zimna wojna i strategia, która złamała Moskwę [FRAGMENT KSIĄŻKI]

    "My wygrywamy, oni przegrywają". Reagan, zimna wojna i strategia, która złamała Moskwę [FRAGMENT KSIĄŻKI]

    2244 odsłon
    "My wygrywamy, oni przegrywają". Reagan, zimna wojna i strategia, która złamała Moskwę [FRAGMENT KSIĄŻKI]

    Stany Zjednoczone liczą jako państwo 250 lat, ale na arenie międzynarodowej zaistniały jako mocarstwo dopiero w XX w. Przeszły długą drogę od swoistej separacji i pilnowania swych interesów na półkuli zachodniej do światowej dominacji. Zgodnie z amerykańską Konstytucją formułowanie założeń i realizacja polityki zagranicznej stanowią prerogatywę prezydenta (któremu pomaga sekretarz stanu), pewne uprawnienia w tej dziedzinie ma też Kongres.

    Począwszy od Franklina D. Roosevelta, który był lokatorem Białego Domu w latach 1932–1945, kolejni prezydenci tworzyli własne modele działania wobec sojuszników i wrogów w różnych częściach świata. Rządy i opozycje w wielu krajach oczekiwały pomocy ze strony Stanów Zjednoczonych. Mimo to po jej udzieleniu niejednokrotnie krytykowano Amerykę za ingerowanie w wewnętrzne kwestie innych państw.

    Profesor Zbigniew Lewicki, znawca historii i polityki Stanów Zjednoczonych, w sposób syntetyczny i przystępny ukazuje amerykańską politykę zagraniczną oraz jej głównych kreatorów od chwili uzyskania niezależności w 1776 roku aż do czasów współczesnych, do początku drugiej prezydentury Donalda Trumpa w swojej książce "Amerykańska polityka zagraniczna 1776—2025. Od separacji do dominacji". Przedstawiamy jej fragment.

    W dużej mierze za sprawą wcześniejszej kariery aktorskiej pre­zydent Ronald Reagan był postrzegany jako Great Communi­cator, mistrz przekazywania odbiorcom swoich przesłań. W polityce wewnętrznej umiejętność ta wyraziła się przezwyciężeniem poczu­cia wstydu wywołanego przebiegiem i wynikiem wojny wietnam­skiej: America Is Back, Standing Tall, "Ameryka powróciła i jest z sie­bie dumna". Natomiast w polityce zagranicznej istotę przekazu prezydenta stanowiło przekonanie o konieczności przeciwstawienia się komunizmowi na wszystkich polach. Zbudowany na nim Zwią­zek Sowiecki to po prostu evil empire, manichejskie imperium zła, które powinno ulec sile mocarstwa dobra, czyli Stanom Zjednoczo­nym Ameryki. Ameryka miała przeciwstawiać się sowieckiemu globalizmowi wszędzie tam, gdzie się objawiał, czy to w Afryce, Ameryce Środkowej, czy na Bliskim Wschodzie.

    Reagan wierzył w wyjątkowość Ameryki i często przywoływał sformułowanie XVII-wiecznego pastora Johna Winthropa o "mieście na wzgórzu". By trafić do każdego wyborcy starał się wyjaśnić trud­ne problemy globalne możliwie jak najprościej. Czyniąc tak, siłą rze­czy odwoływał się do nieskomplikowanej terminologii i na przykład określał wprowadzoną przez Nixona i Kissingera koncepcję détente mianem sowieckiego narzędzia pozbawienia Stanów Zjednoczonych należnego im miejsca w świecie. Miało ono dać Związkowi Sowiec­kiemu "prawo do dopuszczania się wszelkich przestępstw, kłamstw, oszustw"[1]. Nie tylko nie był, przynajmniej początkowo, zaintereso­wany jakimkolwiek ograniczaniem zbrojeń, lecz zwiększył amery­kański budżet wojskowy ze 174 mld dolarów w 1980 r. do prawie 300 mld dolarów osiem lat później. Chciał w ten sposób zasypać rzekomą przepaść dzielącą sowiecki potencjał militarny od amerykańskiego — choć nie mógł nie wiedzieć, że przepaść rzeczywiście istniała, ale na korzyść Stanów Zjednoczonych.

    Okładka książki "Amerykańska polityka zagraniczna 1776—2025. Od separacji do dominacji"

    fot. Materiały wydawnictwa Bellona / Partner Bellona

    Okładka książki "Amerykańska polityka zagraniczna 1776—2025. Od separacji do dominacji"

    W stosunkach amerykańsko-sowieckich okresu prezydentury Re­agana można wyróżnić trzy fazy. W latach 1981–1984 charakteryzo­wały się one wytężonym wyścigiem zbrojeń. W tym czasie prezydent USA nie spotkał się z żadnym przedstawicielem rządu sowieckiego, a symbolem pogorszenia się relacji było nagłośnione w mediach ode­branie ambasadorowi sowieckiemu specjalnego miejsca parkingowe­go, co zmusiło go do korzystania z ogólnego wejścia do Departamen­tu Stanu.

    Kolejny okres obejmował lata 1984–1985 i zakończył się szczytem Reagan–Gorbaczow w Genewie w listopadzie 1985 r., po czym nastą­piła trzecia faza stosunków wzajemnych. W jej trakcie obie strony an­gażowały się, choć ze zmienną intensywnością, w negocjacje dotyczą­ce przede wszystkim kontroli zbrojeń. Strategia nuklearna Reagana zawarta została w dyrektywie decyzyjnej NSDD-13. Jej istotą miała być zdolność Stanów Zjednoczonych do prowadzenia rozciągniętego w czasie konfliktu nuklearnego, złożonego z naprzemiennych punk­towych uderzeń nuklearnych i okresów działalności dyplomatycznej. Tego typu taktyka oznaczała jednak potrzebę dostarczenia armii ame­rykańskiej nowego wyposażenia i prowadziła do nowego wyścigu zbrojeń, na który Związek Sowiecki nie było stać.

    Reagan nie pomijał nadarzających się okazji do skonfundowania Moskwy i gdy przystąpiła ona do instalowania w Europie Wschod­niej rakiet Pionier, zwanych w terminologii amerykańskiej SS-20, za­powiedział wprowadzenie do Europy Zachodniej sprawniejszych rakiet Pershing II i pocisków manewrujących. Gdy Sowieci i ich europejscy poplecznicy zaprotestowali, Reagan zaproponował 18 li­stopada 1981 r. "opcję zero". W zamian za odstąpienie od planowa­nego na 1983 r. rozmieszczania na kontynencie europejskim amery­kańskich Pershingów Sowieci mieliby wyeliminować z zachodniej i azjatyckiej części ZSRS znajdujące się tam 440 rakiety pośredniego zasięgu SS-20 (oraz starsze SS-4 i SS-5), co Moskwa odrzuciła. Gdy natomiast amerykański negocjator Paul Nitze i jego sowiecki odpo­wiednik Julij Kwicinski wynegocjowali 16 lipca 1982 r. kompromiso­wą formułę, została ona zdezawuowane tak przez Waszyngton, jak i przez Moskwę. Poczynając od jesieni 1983 r. Stany Zjednoczone rozlokowały w Europie ponad 100 pocisków Pershing II i ponad 450 pocisków manewrujących Cruise.

    Prezydent przeznaczył 180 mld dolarów na pięcioletni program modernizacji sił strategicznych, przywracając między innymi wstrzymane przez Cartera prace nad bombowcem B-1 i aprobując plan zwiększenia floty wojennej do 600 jednostek. Przede wszyst­kim zaś opowiedział się za tworzeniem nowej broni, czego przeja­wem było ogłoszenie w marcu 1983 r. przystąpienia do prac na sys­temem zwanym Inicjatywą Obrony Strategicznej (SDI). Miał on kosztować 26 mld dolarów w ciągu pięciu lat i stanowić niezwykle zaawansowany technicznie system niszczenia rakiet przeciwnika w trakcie ich lotu w kosmosie. Uproszczoną wersję takiej broni sta­nowił system Nike Zeus z przełomu lat 50. i 60. XX w., a w 1982 r. jej unowocześnioną koncepcję przedstawił prezydentowi Edward Teller, twórca amerykańskiej broni wodorowej.

    Implementacja systemu niszczenia wrogich rakiet w kosmosie sprawiłaby, że jego posiadacz zyskałby możliwość zaatakowania przeciwnika bez obawy, że sam też zostanie unicestwiony, co stano­wiło istotę koncepcji odstraszania MAD, powstrzymującej mocar­stwa atomowe przed wywołaniem wojny. Prezydent wyjaśniał, iż jego celem jest stworzenie systemu obronnego, który uniemożliwił­by przeprowadzenie skutecznego ataku rakietowego i deklarował, że gdy tylko technologia SDI osiągnie poziom realizacyjny, udostęp­ni ją Związkowi Sowieckiemu. Sowieci byli natomiast przekonani, że zamiarem Reagana było nie tyle wzmocnienie bezpieczeństwa USA i świata, ile zapewnienie Ameryce zwycięstwa w przyszłym konflikcie.

    Prezydent doskonale wiedział, że Stany Zjednoczone nie dyspo­nują wystarczająco zaawansowaną technologią, by urzeczywistnić koncepcję SDI, ale skutecznie stwarzał wrażenie, że jest inaczej. Ostatnia z monitorowanych przez Moskwę prób, wykonana 10 czerw­ca 1984 r., wydawała się udana. Po latach okazało się jednak, że zo­stała ona sfalsyfikowana, gdyż strącona rakieta posiadała nadajnik umożliwiający jej lokalizację — o czym wiedziało tylko bardzo wą­skie grono osób i co częściowo ujawnił dopiero w 1993 r. "New York Times"[2]. Sowieci byli natomiast przekonani o skutecznym przebie­gu próby.

    Moskwa zdawała sobie sprawę z faktu, że system SDI nie będzie w pełni gotowy wcześniej niż po kilkunastu latach, ale wiedzieli, że sama praca nad nową bronią może zaowocować ogromnym sko­kiem technologicznym. Zgodnie z logiką wyścigu zbrojeń ZSRS mu­siał zainicjować niezwykle kosztowny proces własnych badań, cze­go jego gospodarka nie wytrzymywała. O ile w latach 80. Stany Zjednoczone przeznaczały na zbrojenia 6–7 proc. PKB, to ZSRS wyda­wał nie mniej niż 15 proc. , a według niektórych ekonomistów nawet 25 proc. , i dalsze zwiększanie takich wydatków musiało prowadzić do katastrofy[3]. Znany amerykański strateg Edward Luttwak pisał: "Prawdziwym zyskiem z amerykańskiego programu SDI było zwiększanie wydatków sowieckich na podobny system obronny, co pozbawiło finansowania znacznie groźniejsze przedsięwzięcia"[4].

    Poziom napięcia w stosunkach amerykańsko-sowieckich był w tym czasie tak wysoki, że o mało nie doszło do opartego na niepo­rozumieniu rzeczywistego konfliktu nuklearnego. Poczynając od 2 listopada 1983 r., wojska NATO przeprowadziły w Europie do­roczne ćwiczenia wojskowe Able Archer. Były one tak realistyczne, że część dowódców sowieckich uznała, iż NATO w istocie rozpo­czyna konflikt, a manewry są tylko działaniem kamuflażowym. Po­gląd ten częściowo podzielił ówczesny przywódca ZSRS Jurij Andropow, który polecił rozpoczęcie przygotowań do wyprzedza­jącego uderzenia nuklearnego.

    Reagan rozumiał, że siły strategiczne muszą być stale moderni­zowane i zapowiedział wprowadzenie do eksploatacji nie tylko "niewidzialnego" bombowca F-117 Stealth, bombowca B-2 Stealth i łodzi podwodnych klasy Trident II, lecz także międzykontynental­nych pocisków balistycznych MX z dziesięcioma głowicami każdy, pierwszej amerykańskiej broni interkontynentalnej od dziesięciu lat. Miały one zostać umieszczone w wyrzutniach mobilnych, co unie­możliwiałoby ich zniszczenie w pierwszym uderzeniu. Pojawiła się nawet koncepcja zbudowania podziemnego toru kolejowego łączą­cego 4,6 tys. betonowych wyrzutni w stanach Utah i Nevada. Ozna­czałoby to jednak podjęcie największego w historii przedsięwzięcia budowlanego i ostatecznie rakiety MX umieszczono w silosach.

    Natomiast gospodarcza polityka amerykańska wobec Związku Sowieckiego nie była konsekwentna. Wkrótce po objęciu urzędu Re­agan pod naciskiem wyborców ze stanów farmerskich zniósł em­bargo zbożowe, wprowadzone przez Cartera po sowieckiej agresji na Afganistan. Po ogłoszeniu stanu wojennego w Polsce w grudniu 1981 r. prezydent wprowadził pewne sankcje wobec Warszawy, na­tomiast w stosunku do Związku Sowieckiego Waszyngton zakazał amerykańskim firmom sprzedaży do ZSRS elementów potrzebnych do budowy liczącego 6 tys. km gazociągu z Półwyspu Jamalskiego. Ale wielkie firmy i państwa zachodnioeuropejskie, które liczyły na tani gaz syberyjski, nie chciały tracić kontraktów. Reagan usiłował uzyskać poparcie sojuszniczych rządów dla swojej decyzji i w czerwcu 1982 r. udał się w tym celu do Londynu, Bonn i Paryża, ale jego argumenty nie okazały się dość przekonujące. Ostatecznie sprawił jedynie, że gazociąg jamalski miał przez długi czas jedną nitkę zamiast dwóch i był kosztowniejszy, niż planowano.

    W 1982 r. prezydent ogłosił zamiar przystąpienia do rozmów START, które miały zastąpić proces SALT. W odróżnieniu od roz­mów SALT, negocjacje START dotyczyły redukcji istniejącej broni rakietowej. Ich pierwsza faza zakończyła się w 1991 r. już za prezy­dentury George’a Busha podpisaniem Traktatu o redukcji zbrojeń strategicznych START I.

    Negatywne stanowisko Reagana wobec Związku Sowieckiego nie oznaczało rezygnacji ze spotkań na szczycie. Do pierwszego z nich z udziałem nowego przywódcy sowieckiego Michaiła Gorba­czowa doszło 19–21 listopada 1985 r. w Genewie. Miało ono charak­ter rozpoznawczy, w odróżnieniu od kolejnego szczytu odbytego w Reykjaviku 11–12 października 1986 r. Był on przygotowywany w niestandardowym pośpiechu i nic nie zapowiadało jego rewolu­cyjnego wręcz przebiegu. W trakcie dwudniowych rozmów, w tym ponad dziewięciu godzin spotkań w cztery oczy z Reaganem, Gor­baczow składał bowiem coraz dalej idące propozycje rozbrojeniowe. Zasugerował zmniejszenie o 50 proc. liczby pocisków nuklearnych we wszystkich kategoriach, wyraził zgodę, by nie wliczać do przyjętych limitów francuskiej i brytyjskiej broni atomowej, a wreszcie zapro­ponował całkowitą likwidację broni atomowej w ciągu dziesięciu lat. Reagan początkowo przystawał na te zaskakujące sugestie, ale do zawarcia porozumienia nie doszło, Gorbaczow postawił bowiem warunek, że USA przez następne dziesięć lat ograniczą prace nad SDI do studiów laboratoryjnych. Reagan zdecydowanie odrzucił ten wymóg, a przez to i całość propozycji sowieckich, co Moskwa ode­brała jako ostateczny dowód, że amerykańskie prace nad nową bro­nią posuwają się naprzód.

    W czasie kolejnych szczytów w Waszyngtonie w grudniu 1987 r. i w Moskwie w maju 1988 r. obaj przywódcy zawarli porozumienia ograniczające posiadane arsenały broni jądrowej, ale żadne z nich nie zbliżało się do sowieckiej oferty z Reykjaviku. Niemniej podczas szczytu w Waszyngtonie podpisano traktat przewidujący całkowitą likwidację dwóch klas pocisków, zasięgu krótkiego (500–1000 km) i pośredniego (1000–5500 km). Było to pierwsze porozumienie mo­carstw, które nie ustanawiało limitu uzbrojenia na przyszłość, lecz eliminowało istniejącą broń.

    Ważnym elementem globalnej strategii Reagana była ofensywna doktryna nosząca jego nazwisko, ogłoszona w lutym 1985 r. Zakła­dała ona wspomaganie demokratycznych ruchów antykomuni­stycznych na świecie i przeciwdziałanie sowieckiej dominacji:

    Musimy stać u boku wszystkich naszych demokratycz­nych sojuszników. Nie możemy zawieść tych, którzy ryzyku­ją życie na wszystkich kontynentach, od Afganistanu po Ni­karaguę, by przeciwstawić się wspomaganej przez Sowietów agresji i uzyskać prawa, które my posiadamy od urodzenia[5].

    Tak sformułowane stanowisko oznaczało kres koncepcji po­wstrzymywania na rzecz koncepcji odpychania (rollback), zakładają­cej pomoc wrogom wrogów Ameryki. Doktryna Reagana zaprze­czała jednocześnie doktrynie Breżniewa z 1968 r. proklamującej nieodwracalność włączenia państwa w skład bloku sowieckiego. Oparta na wierze w fundamentalne znaczenie pojęcia wolności, doktryna Reagana oznaczała zarazem, że Stany Zjednoczone mają prawo czy wręcz obowiązek interweniować poza swoimi granicami, nawet gdy ich własne bezpieczeństwo nie było zagrożone. Odnosiło się to szczególnie do takich obszarów, jak Angola (gdzie Stany Zjed­noczone wspierały rebelię Jonasa Savimbiego i jego ruchu UNITA), Mozambik, Afganistan (gdzie USA konsekwentnie wspomagały mudżahedinów przeciw wojskom sowieckim), Kambodża (w której różne grupy starały się obalić rząd ustanowiony przez wojska wiet­namskie) czy Gwatemala.

    Aby mogło dojść do interwencji amerykańskiej na rzecz opozycji wewnętrznej, niezbędne było spełnienie trzech warunków: ruch wyzwoleńczy musiał być rodzimy i autentyczny, rząd musiał ko­rzystać z pomocy sowieckiej, a ludność pozbawiano swobód oby­watelskich. Interwencje amerykańskie zmuszały Moskwę do wydat­ków, na które nie było jej stać. Prezydent natomiast skutecznie wykorzystywał fakt, że wspomaganie partyzantów nie było szcze­gólnie kosztowne. Podczas gdy Stany Zjednoczone wydawały na pomoc dla antykomunistycznych rebeliantów 1 mld dolarów rocz­nie, ZSRS musiał przeznaczać na walkę z nimi 8 mld dolarów. Inna

    sprawa, że wielu beneficjentów pomocy amerykańskiej przekazy­wanej pod auspicjami doktryny Reagana nie podpisałoby się pod hasłem demokratyzacji, co szczególnie dotyczyło Czerwonych Khmerów w Kambodży czy też afgańskich mudżahedinów.

    Ronald Reagan niezbyt aktywnie angażował się natomiast w próby rozwiązania kryzysu bliskowschodniego. Sytuacja w regio­nie uległa jednak zaognieniu w czerwcu 1981 r., gdy Izrael przepro­wadził nalot na Irak, niszcząc reaktor, który mógł służyć do produk­cji broni atomowej. Gdy doszło z kolei do zamachu na izraelskiego ambasadora w Londynie izraelskie siły zbrojne wkroczyły do Liba­nu z zamiarem pozbawienia baz bojowników Organizacji Wyzwole­nia Palestyny, PLO. Chcąc zapobiec eskalacji działań militarnych, prezydent Reagan zgodził się w lipcu 1982 r. na wysłanie do Libanu 1 250 marines w ramach międzynarodowych sił pokojowych ONZ. Było ich za mało, by mogli działać efektywnie, choć zarazem wy­starczająco wielu, by ich obecność prowokowała milicje libańskie, czyli grupy walczące o kontrolę nad krajem.

    18 kwietnia 1983 r. przeprowadzono zamach na ambasadę USA w Bejrucie, w którym zginęło m.in. szesnastu Amerykanów, a 23 paź­dziernika 1983 r. terroryści sponsorowani przez rząd irański wdarli się również w Bejrucie na teren amerykańskiego garnizonu cięża­rówką wyładowaną materiałami wybuchowymi. W wyniku eksplo­zji zginęło 241 żołnierzy amerykańskich. Choć Reagan stwierdził, że wydarzenia te nie zmniejszą zaangażowania USA w Libanie, to po­lecił dyslokować marines na okręty zacumowane przy wybrzeżu, a w lutym 1984 r. całkowicie wycofał wojsko amerykańskie z tego kraju.

    Dwa dni po tragedii w Bejrucie Reagan podjął decyzję o "inter­wencji ratunkowej" na Grenadzie, karaibskiej wyspie o powierzchni niewiele ponad 300 km2 i liczącej niecałe 90 tys. mieszkańców, leżą­cej na głównym szlaku wodnym wiodącym do Kanału Panamskie­go. Według niektórych ówczesnych komentatorów interwencja miała zatrzeć pamięć o śmierci marines, choć w istocie stanowiła element wcześniej opracowanej strategii eliminowania marksizmu

    z półkuli zachodniej. Prezydent Grenady zezwolił na przybycie na wyspę kilkuset cywilnych i wojskowych specjalistów z Kuby, któ­rzy przystąpili do budowy pasa startowego. Sama Grenada nie dys­ponowała samolotami, ale premier Maurice Bishop wyraził zgodę na korzystanie z lądowiska przez sowieckie samoloty rozpoznaw­cze dalekiego zasięgu.

    Zdając sobie sprawę ze strategicznego położenia wyspy, Reagan wykorzystał pretekst zagrożenia dla prawie 600 amerykańskich stu­dentów uczęszczających do miejscowego kolegium medycznego, którzy mogli zostać użyci jako zakładnicy. 25 października 1983 r. skierował na Grenadę 6 tys. żołnierzy piechoty morskiej, którym to­warzyszyli żołnierze z siedmiu innych państw regionu. Walki trwa­ły dwa dni, straty amerykańskie wyniosły 19 zabitych, a po stronie rządowej zginęło 160 Grenadczyków i 71 Kubańczyków. Ameryka­nie pojmali też ponad 600 wysłanników Castro, głównie specjali­stów od budownictwa, i odkryli zapasy broni wystarczające dla 10 tys. żołnierzy.

    Pośrednim efektem wydarzeń w Libanie i Grenadzie było sfor­mułowanie w listopadzie 1984 r. przez sekretarza obrony Caspara Weinbergera i płk. Colina Powella swoistej doktryny (nazywanej później "doktryną Powella") określającej sześć warunków, które po­winny zostać spełnione, by można było bezpośrednio zaangażować żołnierzy amerykańskich w konflikt poza granicami Stanów Zjed­noczonych. Najważniejszy z nich stanowił, że USA nie powinny an­gażować sił zbrojnych, chyba że w grę wchodzą żywotne interesy narodowe Stanów Zjednoczonych lub ich sojuszników. Zdaniem se­kretarza stanu George’a Shultza, we współczesnym świecie zagroże­nia rzadko są czarno-białe, a zaproponowana formuła sugeruje "bezczynność graniczącą z paraliżem."

    Ruchy lewicowe przejawiały w tym czasie szczególną aktywność w lądowych państwach Ameryki Środkowej, szczególnie w Salwa­dorze i Nikaragui, gdzie trwały walki lokalnej partyzantki z wła­dzami. W Salwadorze lewicowi rebelianci wchodzili w skład Naro­dowego Frontu Wyzwolenia (NLF) i w walce z prawicowym rządem

    mogli liczyć na wsparcie Kuby i Związku Sowieckiego. W Nikara­gui natomiast władzę sprawował od lipca 1979 r. rząd sandinistów, w skład którego wchodzili także komuniści, zarządzający dobrze przygotowaną armią. Przeciwstawiali się mu partyzanci znani jako contras, czyli 10 do 12 tys. pozbawionych ziemi chłopów oraz pewna liczba popleczników obalonego dyktatora Anastasio Somozy De­bayle. Działania contras wspomagała CIA, która wybudowała ośro­dek szkoleniowy i bazy wypadowe w sąsiednim Hondurasie, a w la­tach 1982–1985 przeznaczyła na potrzeby bojowników około 200 mln dolarów. Prezydent Reagan uważał contras za "bojowników wolno­ści" i przyrównywał ich do Ojców-Założycieli państwa amerykań­skiego.

    Problem pojawił się, gdy w 1982 r. Kongres przyjął pierwszą z trzech tzw. poprawek Bolanda, zakazującą przekazywania amery­kańskich funduszy rządowych partyzantom contras, jeśli celem ich działań miało być obalenie rządu nikaraguańskiego. Postanowienie to było stosunkowo łatwe do obejścia, ale w październiku 1984 r. Kongres uchwalił kolejną poprawkę Bolanda, drastycznie ograni­czającą dopuszczalny poziom wspierania finansowego działań par­tyzanckich w Nikaragui bez względu na ich deklarowany cel. To z kolei zapoczątkowało ciąg wydarzeń, które złożyły się na najwięk­szy kryzys prezydentury Reagana.

    Związany on był z rozwojem sytuacji na Bliskim Wschodzie. W marcu 1984 r. szyickie grupy terrorystyczne w Libanie porwały sześciu obywateli amerykańskich, w tym szefa placówki CIA w Bej­rucie. Porywacze mieli należeć do ugrupowań znajdujących się pod kontrolą Iranu, z którym Waszyngton nie utrzymywał kontaktów od czasu kryzysu zakładników. Władze amerykańskie postanowiły jednak wykorzystać fakt, że Iran, toczący wojnę z Irakiem, potrze­bował części zamiennych do sprzętu zakupionego jeszcze przez szacha. W styczniu 1986 r. prezydent Reagan wyraził zgodę na sprzedaż broni Iranowi, a w maju były doradca prezydenta ds. bez­pieczeństwa narodowego Robert McFarlane i płk Oliver North z NSC udali się do Teheranu w celu omówienia szczegółów transakcji "broń za zakładników", choć wcześniej prezydent wyrzekał się negocjo­wania z terrorystami. Przez niemal półtora roku trwało przekazy­wanie broni, libański Hezbollah uwolnił jednak tylko trzech spo­śród sześciu przetrzymywanych Amerykanów i porwał trzech kolejnych.

    Gdy 5 października 1986 r. sandiniści strącili samolot przewożą­cy amerykańskie uzbrojenie dla contras, jego pilot przeżył i złożył obszerne zeznania. Działania amerykańskie ujawnił 3 listopada 1986 r. libański tygodnik "Al Shiraa", co zmusiło administrację do potwier­dzenia, że taka operacja miała miejsce. Nie zdawano sobie jednak sprawy, że była to tylko jedna część złożonego przedsięwzięcia, na­zwanego aferą Iran-Contras. Otóż doradca prezydenta ds. bezpie­czeństwa narodowego admirał John Poindexter oraz płk Oliver North, działając ponoć za wiedzą czy na polecenie szefa CIA Willia­ma Caseya, zawyżali koszt sprzedawanej Iranowi broni, a uzyskane w ten sposób środki wykorzystywali na zakup uzbrojenia dla con­tras, co stanowiło jednoznaczne złamanie prawa[6].

    Prezydent powołał komisję w celu przeprowadzenia analizy wy­darzeń. Przesłuchała ona także jego samego, ale Reagan we wszyst­kich niemal istotnych kwestiach zasłaniał się niepamięcią, co zostało później uwiarygodnione rozwijającą się u niego chorobą Alzheime­ra. Ogłoszony 27 lutego 1987 r. raport zawierał sugestię, że prezy­dent częściowo utracił kontakt z rzeczywistością, wskutek czego urzędnicy Białego Domu mogli samowolnie organizować poważne przedsięwzięcia zagraniczne. Komisja nie znalazła natomiast nie­zbitego dowodu winy prezydenta.

    Reagan stanął wobec dramatycznej alternatywy. Kluczową kwestię stanowiło bowiem pytanie, czy i od kiedy wiedział o bezprawnym wspieraniu contras. Jeśli przyznałby się, że świadomie uczestniczył w łamaniu prawa, musiałoby to prowadzić do impeachmentu, a jego wina byłaby oczywista. Z kolei twierdzenie, że nie wiedział o niele­galnych działaniach podwładnych, oznaczało, że jako prezydent nie panował nad własnym Białym Domem. W marcu 1987 r. Reagan w wystąpieniu publicznym przyjął na siebie ogólną odpowiedzial­ność za postępowanie podwładnych, choć nie za poszczególne de­cyzje. Ostatecznie w stan oskarżenia postawiono trzynaście osób, z których jedenaście zostało skazanych. North i Poindexter zdołali obalić skazujące wyroki w apelacji, a późniejszy prezydent George H. W. Bush skorzystał z prawa łaski w stosunku do pozostałych, w tym dla sekretarza obrony Caspara Weinbergera. Natomiast pro­blem nikaraguański rozwiązał się niejako sam, gdy pewni siebie sandiniści ogłosili w kwietniu 1990 r. wolne wybory, a prezydentem została ich przeciwniczka Violeta Chamorro.

    Trudno o jednoznaczną ocenę polityki zagranicznej Ronalda Reagana. Mało który Amerykanin kwestionowałby jego sukcesy, choć podobnie jak Jimmy Carter nie miał w tym zakresie przygotowania teoretycznego ani akademickiego. W przeciwieństwie do swego po­przednika nie starał się przy tym nadrabiać braków i nie był równie pracowity. Miał natomiast wyjątkową intuicję polityczną, dzięki której zasygnalizował początek końca zimnej wojny. 12 czerwca 1987 r. oświadczył w Berlinie: "Panie Sekretarzu Generalny Gorba­czow, jeśli pragnie Pan pokoju, jeśli pragnie Pan dobrobytu dla Związku Sowieckiego i Europy Wschodniej, jeśli pragnie Pan libera­lizacji: Proszę podejść tu do tej bramy! Panie Gorbaczow, niech Pan otworzy tę bramę! Panie Gorbaczow, niech pan zburzy ten mur!"[7]. Jeden z doradców prezydenta ds. polityki zagranicznej z zadziwie­niem konstatował, że choć "wiedział tak mało, osiągnął tak wiele"[8]. Natomiast naturę końca zimnej wojny Reagan wyraził w prostym stwierdzeniu: "My wygrywamy, oni przegrywają". Gdy jednak, jak w przypadku afery Iran-Contras, intuicja zawodziła go, nie miał narzędzi, które pozwoliłyby mu odwrócić bieg wydarzeń. Niemniej kończąc prezydenturę, Ronald Reagan mógł podsumować swoje osiągnięcia w polityce zagranicznej słowami: "Chcieliśmy zmienić kraj, a zmieniliśmy świat"[9].

    [REKLAMA]

    • Fragment książki Zbigniewa Lewickiego "Amerykańska polityka zagraniczna 1776—2025. Od separacji do dominacji".

    [1] https://www.reaganlibrary.gov/archives/speech/presidents-news-con­ference-1.

    [2] Zob. np. P. Kengor, Ronald Reagan i obalenie komunizmu, przekł. Barbara Gadomska, AMF, Warszawa 2007 s. 237–238; Steven F. Hayward, The Age of Reagan, Rivers Press, New York 2009, s. 498.

    [3] Zob. Christopher M. Davis, "Economic Influences on the Decline of the Soviet Union as a Great Power", w: David Armstrong, Erik Goldstein, eds., The End of the Cold War, Routledge, Portland 1990, s. 81–109.

    [4] Cyt. za: Len Colodny, Tom Shachtman, The Forty Years War, Harper, New York 2009, s. 296.

    [5] https://www.history.com/this-day-in-history/the-reagan-doctrine-is-an­nounced.

    [6] Jak się później okazało, zysk z transakcji wyniósł 16 mln dolarów, ale do contras trafiła broń warta tylko niecałe 4 miliony.

    [7] https://www.historyplace.com/speeches/reagan-tear-down.htm.

    [8] Cyt. za: Wesley Bagby, America’s International Relations Since World War I, Oxford University Press, New York 1999, s. 323.

    [9] The Greatest Speeches of Ronald Reagan, Newsmax, West Palm Beach 2001, s. 248.

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era

    Stanowski

    Co dzisiaj majstrujemy do sekcji RAK LIVE?

    Stanowski