
— Dlatego tak nienawidzimy Anglików — tłumaczy mi po zakończeniu półfinału mundialu zapłakany kibic Argentyny. Gdy widzę jego autentyczne łzy, już wiem, że to nie jest odpowiedni moment, żeby punktować dziury w wygłaszanych przez niego tezach. Jego argumenty uświadamiają mi za to, skąd się wzięło takie zachowanie Argentyńczyków na meczu z Anglią.
Korespondencja z Atlanty
Mogłoby się wydawać, że przed takim spotkaniem nikt nie musi specjalnie zagrzewać piłkarzy do boju. Jeśli wyświechtane hasło o ciężarze gatunkowym danego meczu można by zmierzyć jakąś skalą, to przed półfinałem Anglia — Argentyna (1:2) by jej zabrakło. A i tak przed pierwszym gwizdkiem na boisku pojawił się słynny Michael Buffer i swoim zaśpiewem zaanonsował, żeby przygotować się na grzmoty. Argentyńczycy nad wyraz wzięli to sobie do serca.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Brytyjski hymn został przez nich kompletnie zagłuszony. Zamiast słów o tym, by Bóg chronił miłościwego króla, słychać było tylko to, że kto nie skacze, jest Anglikiem. Podopieczni Thomasa Tuchela tylko niepewnie spoglądali na trybuny.
Diego Maradona dobrze by już wiedział, jak zareagować. Gdy w półfinale mistrzostw świata 1990 argentyński hymn został wygwizdany przez Włochów na stadionie jego SSC Napoli, od razu rzucił do kamery "skur****y".
W Atlancie kibice z Wysp skrywali twarze w dłoniach, a aniołowie o brudnych twarzach tylko się nakręcali. Nie zdeprymowało ich nawet to, że po chwili Synowie Albionu odwdzięczyli im się w podobny sposób. Tyle że "Himno Nacional Argentino" całkowicie nie zagłuszyli.
"El que no salta es un inglés" robi furorę wśród Argentyńczyków już od 1982 r. Gdy wybuchła wojna o Falklandy/Malwiny, Plaza de Mayo przed pałacem prezydenckim szczelnie wypełniał się ludem, który w rytm tej przyśpiewki wyrażał swoją niechęć do narodu brytyjskiego.
Argentyńskie władze podjęły wtedy nieudaną próbę odebrania Brytyjczykom tych wysepek na końcu świata, ale skończyło się to totalnym fiaskiem. Dlatego teraz każda rywalizacja z Synami Albionu to dla Albiceletes sprawa honoru.
Te resentymenty wpaja się każdemu Argentyńczykowi od małego. Uczy się tego w szkołach, jest o tym wzmianka w konstytucji, a na co dzień nawet naklejki w komunikacji publicznej w Buenos Aires przypominają, że "Malwiny są argentyńskie".
Dariusz Dobek / Onet
Naklejka na szybie autobusu w Buenos Aires z napisem "Malwiny są argentyńskie"
To wszystko trafia na niezwykle podatny grunt. Argentyńczycy są narodem, który bardzo często odwołuje się do przeszłości. Wystarczy wspomnieć, z jakim sentymentem wspominają nie tylko Diego Maradonę, ale także pierwszą damę z przełomu lat 40. i 50. Evitę Perón czy zmarłego w 1935 r. śpiewaka Carlosa Gardela.
O Malwinach przypomina się równie często, choć jest to sypanie soli na wciąż niezabliźnioną ranę, a nie ciepłe wspomnienia o wielkiej Argentynie z pierwszej połowy poprzedniego wieku. Utracona duma nadal boli, o czym można było się przekonać podczas półfinału mundialu 2026.
— Dla Argentyńczyków to nie tylko mecz piłki nożnej. Rywalizacja z Anglią zawsze jest wyjątkowa. Nasi piłkarze grają wtedy z jeszcze większym sercem, tak jak zagraliby sami kibice — tłumaczy mi po końcowym gwizdku jeden z kibiców Argentyny.
Przez całe spotkanie to on w zasięgu mojego wzroku najbardziej dopingował Albicelestes. Jeszcze dobrze nie wybrzmiał pierwszy gwizdek sędziego, a już posłał w kierunku Anglików wiązankę przekleństw, po czym intonował kolejne przyśpiewki. Także te, w których jest mowa o "chłopakach z Malwinów, których nigdy nie zapomni".
— To nie była wojna prowadzona na tych samych warunkach. Wielka Brytania jest potęgą militarną, a Argentyna… — w tym momencie mojemu rozmówcy łamie się głos. — Argentyna wysłała wielu młodych, 18- czy 19-letnich chłopców, z bardzo małą liczbą broni. To było niesprawiedliwe. Zginęło tylu Argentyńczyków... Dlatego tak nienawidzimy Anglików — dodaje już zapłakany.
Nie kontruję, że przecież to rządząca Argentyną junta wojskowa wywołała tę wojnę, żeby odwrócić uwagę narodu od szeregu problemów społecznych. Gdy widzę jego autentyczne łzy, serce samo się kraje. Nie jestem w stanie go punktować.
Pytam go więc o emocjonalną reakcję. Wygląda bowiem na to, że z jakiegoś względu los ofiar szczególnie leży mu na sercu. — To po prostu dla nas wszystkich sprawa honoru. Osobiście nie znam nikogo, kto straciłby kogoś bliskiego na wojnie. Ale jest dużo Argentyńczyków, którzy z jej powodu bardzo cierpią. Wielu straciło swoje dzieci i musi sobie radzić z tym do dzisiaj. Są też Anglicy, którzy wychowywali się bez ojców zabitych na Falklandach — zauważa.
Dariusz Dobek / Onet
Kibic Argentyny z repliką koszulki Diego Maradony z MŚ 1986, na których zaliczył legendarny występ przeciwko Anglii
To właśnie konflikt z 1982 r. tak nakręcił Diego Maradonę i spółkę na mundialu cztery lata później. "El Pelusa" poprowadził wtedy Albicelestes do wygranej 2:1 z Anglią. Najpierw pokonał Petera Shiltona "ręką Boga", a później przeprowadził rajd przez pół boiska zakończony to "golem stulecia".
— To, co zrobił Maradona w '86, było rodzajem zemsty. W inny sposób nie mogliśmy się zrewanżować. Argentyna to kraj, która nie jest w stanie rywalizować z militarnymi potęgami jak równy z równym. Możemy rywalizować tylko na boisku — twierdzi mój rozmówca.
— Diego na pewno wspierał nas z nieba — kończy.
Pewnie byłby także dumny ze swoich następców, którzy po końcowym gwizdku paradowali po murawie z transparentem — a jakże! — "Malwiny są argentyńskie".