![Michael Jordan pod ostrzałem mediów. Biały Dom, Dream Team i "Jordan Rules" Sama Smitha [FRAGMENT KSIĄŻKI]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fetbqmwshkzabnrehgtcd.supabase.co%2Fstorage%2Fv1%2Fobject%2Fpublic%2Farticle-imports%2Fzero%2Fonet-michael-jordan-pod-ostrzalem-mediow-bialy-dom-dream-team-i-jordan-rules-sam%2F7963e7488ef95d02.jpg&w=1920&q=75)
Michael Jordan po zdobyciu pierwszego mistrzostwa NBA z Chicago Bulls przekonał się dobitnie, z czym wiąże się status bohatera całej Ameryki. Kiedy postanowił odpuścić wizytę drużyny Byków w Białym Domu i rozważał rezygnację z gry w Dream Teamie, część dziennikarzy zaczęła kwestionować podejmowane przez niego decyzje i patriotyzm.
Jordan odpowiadał im gniewem. Był coraz bardziej nieufny wobec reporterów, a w tle narastało napięcie wokół kontrowersyjnej publikacji Sama Smitha "Jordan Rules", która pokazywała prawdziwą twarz gwiazdora, o czym wspomniał Johnny Smith w książce "Jumpman. Jak Michael Jordan stał się globalną ikoną". Oto jej fragment.
"Nie wasza sprawa", wycedził ostro Jordan tonem, którego rzadko używał wobec reporterów. Podczas konferencji prasowej na początku października, w przededniu obozu treningowego, który miał przygotować drużynę do obrony tytułu mistrzowskiego, grupa niemal stu dziennikarzy sportowych otoczyła koszykarza w sali ośrodka treningowego drużyny w Deerfield. Natarczywie dopytywano o jego nieobecność podczas wizyty Bulls w Białym Domu. Spotkania mistrzów NBA z prezydentem stały się tradycją. Reporterzy chcieli wiedzieć, czemu najlepszy gracz zespołu odrzucił zaproszenie George’a H.W. Busha. To pytanie go rozsierdziło. Stwierdził, że ekipa Bulls zaplanowała to wydarzenie akurat na okres, gdy przebywał z rodziną na wakacjach w Hilton Head w Karolinie Południowej. Jerry Krause powiedział jednak przedstawicielom mediów, że nikt w organizacji nie wiedział o możliwej nieobecności Jordana. Bombardowany pytaniami gwiazdor stwierdził, że nie musi się przed nikim tłumaczyć, nawet przed prezydentem. "Możecie mnie pytać, co wtedy robiłem, ale ja nie muszę wam odpowiadać", rzucił.
Poirytowanie koszykarza mediami zaczęło się już kilka tygodni wcześniej, gdy niektórzy dziennikarze skrytykowali go za to, że rozważał rezygnację z gry na igrzyskach olimpijskich w 1992 roku — pierwszych, do których dopuszczono graczy NBA. Jordan uznał, że skoro ma już złoty medal z 1984 roku, nie ma potrzeby, by grał w Barcelonie. Sądził, że po wyczerpującym dziewięciomiesięcznym sezonie NBA kolejne dwa miesiące treningów i gry z kadrą zwiększą ryzyko kontuzji i wypalenia. Wolał spędzić lato na odpoczynku i unikaniu uwagi mediów. Choć wielokrotnie powtarzał, że kocha Amerykę, pomysł, że być może nie zagra na igrzyskach, natychmiast wzbudził wątpliwości co do jego patriotyzmu, tak jakby odwracał się od kraju, który zapewnił mu bogactwo i sławę. Krytycy twierdzili, że ma obowiązek reprezentowania Stanów Zjednoczonych, patriotyczną powinność pozytywnej odpowiedzi na powołanie. Że musi okazać wdzięczność za wszystko, co ma — takie wymagania powszechnie stawiano czarnym sportowcom. Innymi słowy, Michael Jordan, czarny okrzyknięty niegdyś "prawdziwym amerykańskim bohaterem", miał udowodnić swoje oddanie krajowi, przywdziewając trykot drużyny narodowej.
Pod koniec września, na kilka tygodni przed wizytą Bulls w Białym Domu, stacja NBC wyemitowała reportaż The Dream Team: The USA Basketball Selection Show. Bob Costas wyczytywał w nim po kolei nazwiska zawodników, zostawiając Jordana na sam koniec. Podobno gwiazdor dał się przekonać Magicowi Johnsonowi i Charlesowi Barkleyowi. Niektórzy reporterzy twierdzili, że swoje zrobiła także presja ze strony NBA oraz sponsorów, którzy przypominali mu, jak wielkie pieniądze są do zgarnięcia na rynku międzynarodowym. Być może z perspektywy Jordana najważniejsza była wiadomość otrzymana od dyrektora NBA Roda Thorna — generalnego menedżera, który wybrał go w drafcie 1984 roku — w której zapewniał, że w Dream Teamie nie zagra Isiah Thomas.
Na jakiś czas pytania dotyczące jego patriotyzmu ucichły. Gdy jednak opuścił spotkanie w Białym Domu, zaledwie kilka dni po tym, jak gościnnie poprowadził program Saturday Night Live, został ostro skrytykowany za brak szacunku wobec prezydenta. Skoro miał czas, by pojawić się w SNL w skeczu Pierwszy czarny gracz Harlem Globetrotters i zapowiedzieć występ zespołu Public Enemy, to powinien też, według krytyków, znaleźć chwilę na spotkanie z Bushem. "To chyba najbardziej niepokojące, nieodpowiedzialne i irracjonalne publiczne zachowanie Jordana w całym jego życiu — pisał Jay Mariotti w swoim niezwykle kry tycznym felietonie w "Chicago Sun-Timesie". — Można się zastanawiać, czy pod wpływem blasku tytułu mistrza Mike nie stał się zbyt arogancki i samolubny". Dziennikarz twierdził, że Bulls powinni byli zmusić go do pojawienia się w Białym Domu lub nałożyć na niego karę, jeśli to konieczne, tak jakby Jordan nie miał tu nic do gadania i nie mógł decydować o tym, jak spędza wolny czas przed rozpoczęciem obozu treningowego.
Oczekiwanie na koszykarza w Białym Domu nie miało jednak nic wspólnego z jego patriotyzmem, za to bardzo wiele z próbą poprawienia wizerunku prezydenta, który ubiegał się o reelekcję mimo krytyki dotyczącej podejścia jego administracji do praw człowieka. W 1988 roku, podczas kampanii prezydenckiej, w której mierzył się z Michaelem Dukakisem, Bush wykorzystał kontrowersyjny spot telewizyjny z wizerunkiem Williego Hortona, ukazujący twarz brutalnego czarnego przestępcy, który zgwałcił białą kobietę po tym, jak wykorzystał weekendową przepustkę na ucieczkę z więzienia w Massachusetts. Kampania republikanina skupiała się na strachu białych przed czarnymi. Telewizyjne spoty sugerowały, że Dukakis, gubernator Massachusetts, jest zbyt miękki dla przestępców i odpowiada za program przepustek, dzięki któremu Horton opuścił mury więzienia, choć w rzeczywistości nie miał z tą sprawą nic wspólnego. Wielebny Jesse Jackson stanął w obronie Jordana. "Gdyby Michael poszedł [do Białego Domu — przyp. aut.], uśmiechał się i pozował do zdjęć z prezydentem, który wykorzystał Williego Hortona do wzbudzenia strachu i wygrania wyborów, a także zawetował Ustawę o prawach obywatelskich z 1990 roku […], wiele osób byłoby na niego bardzo złych". Duchowny przypomniał reporterom, że nikt nie oskarżał Larry’ego Birda o obrazę Ronalda Reagana, gdy w 1984 roku nie udał się z ekipą Boston Celtics na spotkanie w Białym Domu. Stwierdził, że postrzeganie przez opinię publiczną tych dwóch przypadków, Birda i Jor dana, było różne wyłącznie ze względu na kwestie rasowe.
Fani w Chicago także debatowali na temat tego, czy Jordan powinien był pojawić się w Białym Domu. Niektórzy twierdzili, że Bush wiele by zyskał na zdjęciu z gwiazdorem Bulls, który jednak nie odniósłby w tej sytuacji żadnej korzyści. Ich wspólna fotografia na pierwszej stronie amerykańskich gazet była dla prezydenta warta dużo więcej niż jakiekolwiek zaangażowanie Jordana w kampanię. Choć niektórzy kibice uważali zachowanie koszykarza za samolubne i twierdzili, że nie sprostał obowiązkom kogoś, kto jest wzorem do naśladowania, inni kontrowali, że administracja Busha zamierzała wykorzystać sportowca, by przekonać do siebie czarnych wyborców. "Jeśli Bush tak bardzo chce się promować kumpelską fotką z Michaelem Jordanem, wysyłać ją do wszystkich gazet i w ten sposób promować się wśród Afroamerykanów — pisał jeden z czytelników "Sun-Timesa" — niech zrobi to samo co Gatorade, Coca-Cola, McDonald’s czy Nike: zapłaci".
Choć niektórzy koledzy Jordana z drużyny narzekali pod nosem na jego nieobecność w Waszyngtonie, to jedynie Horace Grant zdecydował się na głośną krytykę. Skrzydłowy pierwszej piątki narzekał, że gwiazda drużyny może liczyć ze strony zarządu na specjalne przywileje. Jordanowi się to nie spodobało. Reporterzy zauważyli napięcie panujące między tymi zawodnikami w ośrodku treningowym zespołu. MJ twierdził, że cała ta historia została "sztucznie rozdmuchana" przez dziennikarzy usiłujących "namieszać", w rzeczywistości jednak wielu chicagowskich przedstawicieli prasy broniło jego prawa do zrezygnowania ze wspólnej fotki z prezydentem.
W trakcie konferencji prasowej lider Bulls lodowato spoglądał zwłaszcza na jednego dziennikarza: Sama Smitha. Choć wielu reporterów dopytywało go, co robił podczas ceremonii w Białym Domu, to odpowiedział, że nie musi konsultować ze Smithem tego, jak może spędzać swój czas wolny. Reporter "Chicago Tribune" zazwyczaj dobrze dogadywał się z Jordanem, dlatego uznał za nieco dziwne, że koszykarz ciągle przywoływał jego nazwisko. Zastanawiał się, czy zawodnik zasłyszał krążącą w środowisku plotkę, że mająca się niedługo ukazać książka Smitha jest mocno krytyczna wobec niego. A może jakiś dziennikarz ze "Sports Illustrated" przeczytał już egzemplarz promocyjny i podzielił się nim z Jordanem? Smith nie miał pewności, jednak po treningu tamtego dnia przekonał się, że trafił na listę wrogów gwiazdy. Wychodząc z sali treningowej, Jordan stanął na moment przed nim i wypalił: "Pieprzony dupek z ciebie".
Dziennikarz był w szoku. Komentarz zawodnika pokazywał, jaka przemiana nastąpiła w nim przez ostatni rok. Mistrzostwo zmieniło społeczny odbiór jego postaci w sposób, którego nie potrafił kontrolować. Było przyczynkiem do większej krytyki i presji niż kiedykolwiek wcześniej. Polityka i pułapki sławy sprawiały, że nie był w stanie dłużej sprostać wizerunkowi bohatera kreowanemu przez producentów telewizyjnych i speców od reklamy, którzy tworzyli jego spoty. Ta presja sprawiła, że chciał się ukryć, lecz nie mógł unikać kamer, które otaczały go za każdym razem, gdy pojawiał się w miejscu publicznym. Nie mogąc znaleźć równowagi między życiem publicznym i prywatnym, zaczął się wycofywać, szukać sposobu na odgrodzenie się od intruzów. Teraz jednak, gdy Sam Smith napisał książkę Jordan Rules (Zasady Jordana), w której ujawniał jego wady i odzierał jego postać z mistycyzmu, musiał odpowiadać na kolejne padające zewsząd pytania. Michael Jordan, człowiek, który niegdyś marzył o zostaniu mistrzem oraz o wiążącej się z tym chwale, teraz dowiedział się, że koszykówka to okrutny biznes.
Tłumaczenie: Jakub Michalski
Partner Wydawnictwo SQN
Okładka książki "Jumpman. Jak Michael Jordan stał się globalną ikoną".
[REKLAMA]