Marcin Możdżonek pisze o ślepym systemie. Nie zgadzam się

    Marcin Możdżonek pisze o ślepym systemie. Nie zgadzam się

    826 odsłon
    Marcin Możdżonek pisze o ślepym systemie. Nie zgadzam się

    Po powrocie z krótkiego wyjazdu (jego tenisowe odpryski już za chwilę) z zainteresowaniem wczytałem się w dyskusję dwóch osób, które cenię i szanuję. W social mediach swym punktem widzenia na stypendium dla Mai Chwalińskiej podzielili się były siatkarski mistrz świata Marcin Możdżonek oraz wieloletni trener Igi Świątek Piotr Sierzputowski.

    Komentarz

    Marcin Możdżonek pisze o ślepym systemie. Nie zgadzam się

    Poniżej streszczenie artykułu:

    Skrót przygotowany przez Onet Czat z AI, może zawierać błędy.

    • Marcin Możdżonek i Piotr Sierzputowski dzielą się swoimi opiniami na temat wsparcia finansowego dla młodych tenisistów, w tym Mai Chwalińskiej.
    • Możdżonek krytykuje tzw. "ślepy system", który nie wykrywa potencjalnych talentów na czas, co dotyczy też innych polskich tenisistek.
    • Ważne jest, aby w Polsce obniżyć koszty gry w tenisa, co mogłoby zwiększyć dostępność tego sportu dla szerszego grona osób.
    • W artykule porównano ceny wynajmu kortów w Polsce do innych krajów, gdzie są one znacznie niższe.
    • Autor apeluje o systemowe zmiany, które umożliwiłyby większej liczbie osób uprawianie tenisa, podobnie jak w lotnictwie po otwarciu rynku.

    Posłuchaj artykułu

    Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy

    Po powrocie z krótkiego wyjazdu (jego tenisowe odpryski już za chwilę) z zainteresowaniem wczytałem się w dyskusję dwóch osób, które cenię i szanuję. W social mediach swym punktem widzenia na stypendium dla Mai Chwalińskiej podzielili się były siatkarski mistrz świata Marcin Możdżonek oraz wieloletni trener Igi Świątek Piotr Sierzputowski.

    • Więcej ciekawych historii przeczytasz w serwisie premium Przeglądu Sportowego Onet

    Przytoczę tu ich argumenty, a także dodam garść kwestii istotnych z mojej perspektywy. Z zastrzeżeniem, że w politykę (na myśl o tym szambie bierze mnie obrzydzenie) i PR bawić się nie zamierzam.

    Na wstępie na szybko ważna uwaga. Wszyscy choć odrobinę interesujący się tenisem wiedzą, że w przeciwieństwie do wielu innych dyscyplin na korcie znacznie trudniej jest zdefiniować nastolatkę / nastolatka jako potencjalny megatalent. Ten sport — i usłyszałem to od ludzi z kilkunastu różnych krajów — na etapie transformacji z młodzieżowca w zawodowca często staje się loterią. Dlatego zasadniczo nie zgadzam się z tezą Możdżonka, że kiedyś nasz system był ślepy. Ślepy, bo nie wyłowił i nie przyznał pieniędzy, który taki paryski rajd umożliwiłby Chwalińskiej potencjalnie znacznie wcześniej. Tak samo — można by powiedzieć — nie zapewnił na tym etapie finansowania młodej Agnieszce Radwańskiej, Idze Świątek czy Magdzie Linette. Tego w tak skrajnie zindywidualizowanej i opierającej się na ogromnej liczbie zmiennych specjalizacji z wieloletnim wyprzedzeniem po prostu nie da się zrobić.

    Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

    W tej ciekawej wymianie zdań pojawiły się też wątki deweloperskie dotyczące obiektów czy klubów tracących przestrzeń do działania w miastach na rzecz biznesów "niech się mury pną do góry". Zasłużonych np. w kontekście Dąbrowy Górniczej czy stolicy, ale niebędących absolutnie jądrem problemu. Jeśli chcemy wzrostów i emocji na najwyższym poziomie, te czy inne korty (chodzi o lokalizację) nie mają na wyniki większego przełożenia. W Garrosie czy Wimbledonie — nie oszukujmy się, że szeroka publika interesuje się challengerami — decydują już zupełnie inne zasoby.

    Być może należałoby się więc zastanowić nad ogólnymi zasadami wsparcia dla topowych zawodników dochodzących w szlemach czy tysięcznikach powiedzmy do półfinałów. Czyli, porównując z innymi biało-czerwonymi bohater(k)ami startującymi w MŚ czy ME — na pozycje medalowe. Szczegółowe kryteria można łatwo ustalić. Jeśli uważamy rakiety za "dobro narodowe", tym, którzy trzy czy cztery razy w sezonie dotrą do tej strefy w tourze, oferujmy po prostu pewne benefity. Wszystkim — niezależnie od tego, jaki szum wywołał ich rezultat.

    Co mają korty tenisowe do baru mlecznego

    Jako osobę trenującą amatorsko i mającą wśród znajomych ludzi z dziećmi próbującymi pójść drogą Chwalińskiej zainteresował mnie w dyskusji obu panów segment cenowy. Możdżonek ocenił, że "jedne z najdroższych kortów w Warszawie są w dwóch miejscach. Klub DeSki oraz Warszawianka. Co je łączy? W obu przypadkach otrzymywały wsparcie z Ministerstwa Sportu i Turystyki". Akurat tu dawno nie grałem, więc sprawdziłem aktualny cennik. W sezonie letnim godzina na Warszawiance kosztuje od 65 zł w górę, na DeSkach faktycznie trochę więcej. Zimą będzie dużo gorzej. Każdy, kto prowadzi jednak taki interes, doskonale zdaje sobie sprawę, że cena jest od tej czy innej dotacji kompletnie niezależna. Szybko odniósł się zresztą do tego trener Sierzputowski. "Jedne z najdroższych linii lotniczych latających z Polski to linie LOT, jedno z miejsc do konsumpcji jedzenia na Żoliborzu to bar mleczny. Co je łączy? W obu przypadkach otrzymywały wsparcie z Ministerstwa Finansów. Ale co ma piernik do wiatraka?" — zauważył.

    I tutaj oczywiście pełna zgoda. Niestety fakty są też takie, że koszty wynajmu kortów w Polsce przypominają ceny biletów naszego flagowego przewoźnika. Oj, potrafią drenować konta! Podczas wizyt w innych krajach zawsze badam przynajmniej jeden obiekt tenisowy (taka obsesja), by ustalić, za ile można tam sobie poćwiczyć. W zamożniejszej od nas Italii w Bergamo codziennie do godz. 17 parę dni temu było to możliwe za 14 euro (niecałe 60 zł). W maju sprawdzałem także w Bukareszcie (40 lei, czyli 32 zł, ale można i za połowę tego podczas "happy hours"), a w kwietniu w Splicie (ziemia 6, hard 7 euro, czyli 25–30 zł). Do tego dochodziły zniżki na karty Multisport. Na miejscu były gym i odnowa, kluby trzymały standard. O państwach typu Wietnam czy Chiny nawet nie wspominam, bo tam zajęcia to grosze. Doliczając trenera — np. na sprawdzonym obiekcie we Włoszech 20 euro/h — w zestawieniu z Warszawą też wychodziło taniej. Na dłuższym dystansie, a tenis to przecież nie sprint, a maraton, różnice robią się już potężne.

    Powinniśmy systemowo zbijać koszty gry w tenisa

    Jeśli dziś stawiamy na powszechność i zainteresowanie tenisem społeczeństwa, powinniśmy więc ogarnąć, jak systemowo zbijać te koszty. Co zrobić, żeby bariera wejścia do dużego sportu obniżyła się niczym w lotnictwie. Kiedy w przeszłości w powietrzu mieliśmy tylko wspomnianego tu już monopolistę z żurawiem i trzema literami na ogonie, tanie i szybkie podróże były niedostępne dla znakomitej większości Polaków. Po otwarciu rynku latamy po Europie za 100–300 zł i cieszymy się nowymi opcjami. Chciałbym wierzyć, że sukces Chwalińskiej też stanie się początkiem "nowej tenisowej dostępności". Chciałbym, ale na razie po prostu jakoś tego nie widzę…

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era

    Rozmowa na żywo

    Stanowski

    Co dzisiaj majstrujemy do sekcji RAK LIVE?

    Stanowski