
W czwartek Robert Lewandowski miał zadebiutować w MLS. Ze względu na zanieczyszczenie powietrza w Chicago, związane z ogromnymi pożarami w Kanadzie, starcie z Vancouver Whitecaps przełożono jednak na październik. Szkoda, ale… dzięki temu "PS" mógł odwiedzić centrum dla sponsorów i kibiców o nazwie Dear Chicago Experience oraz spotkać się z polskim piłkarzem.
Lewandowski przebywa w USA od ubiegłego poniedziałku. We wtorek odbył pierwszy trening i został zaprezentowany przez Chicago Fire na konferencji prasowej. Mimo jet lagu i krótkiej integracji z nową drużyną, trener Gregg Berhalter miał w planach dać Polakowi możliwość debiutu już w meczu z Whitecaps. W potyczce z drużyną Thomasa Müllera, wicemistrzem MLS i aktualnym liderem Konferencji Zachodniej, Polak miał wejść na boisko na ostatni kwadrans.
Zainteresowanie tym wydarzeniem było ogromne. Średnia frekwencja na domowych meczach Strażaków wynosi w tym sezonie nieco poniżej 20 tysięcy osób. Najwięcej kibiców pojawiło się na ostatniej grze u siebie przed przerwą na mundial: 23 maja Fire pokonali Toronto FC 2:1, a oklaskiwało to 26 752 fanów. Tymczasem na rywalizację z Whitecaps sprzedano ponad 40 tysięcy biletów, z czego większość już po przylocie Lewandowskiego.
Ku niepocieszeniu fanów do awizowanej przez MLS jako "spotkanie dwóch kolegów z Bayernu" rywalizacji jednak nie doszło. Wszystko z powodu ponad 900 pożarów, z którymi walczą strażacy w Kanadzie i na północy stanu Minnesota. W wyniku trawiącego olbrzymie połacie przestrzeni ognia pojawił się gęsty dym, który do Chicago dotarł w środę. W połączeniu z brakiem ruchu powietrza i dokuczliwym letnim upałem, unoszące się w powietrzu pyły utworzyły niebezpieczny i mocno ograniczający widoczność smog.
Jakość powietrza w mieście plasowała się w światowej czołówce najgorszych wyników. Wszystko to wyglądało nieco apokaliptycznie: drapacze chmur spowite były w brudnej mgle, a ludzie chodzili po ulicach w maskach na twarzach. Mimo tej ochrony dym i tak sprawiał, że po zaledwie kilku minutach przebywania na zewnątrz pojawiało się nieprzyjemne drapanie w gardle. Oprócz meczu odwołano wszystkie plenerowe wydarzenia w mieście, jak występy zespołów podczas Grant Park Music Festival czy koncert muzyki Mozarta w ramach festiwalu Ravinia. Zamknięto nocny market i targ.
Zamiast meczu na zewnątrz, piłkarze Fire odbyli więc ciężki trening w siłowni. A ludzie z klubu wykorzystali ten czas na zaproszenie przedstawicieli polskich mediów do nowego, otwartego w lutym tego roku centrum dla sponsorów i kibiców. Ma ono nazwę The Dear Chicago Experience Center i mieści się na 14. piętrze ikonicznego wieżowca Wrigley Building, który należy do właściciela Fire Joe Mansueto. 69-letni miliarder (według "Forbesa" jego szacowany majątek netto wynosi 4,6–6.7 miliarda dolarów) wydał na jego utworzenie 6 mln USD.
Przy takiej kwocie nie można dziwić się, że już od wyjścia z windy wszystko pachniało nowością i wyglądało szalenie imponująco. Po przejściu przez duże czerwone wrota powitali nas: David Baldwin (dyrektor ds. biznesowych), Paweł Szynalik (chief financial officer; Polak), członkowie media teamu pod wodzą Dana Cohena oraz trener Fire Gregg Berhalter. Przewodnikiem był Baldwin, który na początku wyjaśnił, że to, co zobaczymy, jest serwowane potencjalnym sponsorom już pod kątem wykupywania karnetów typu premium oraz lóż biznesowych na nowiuteńkim obiekcie, który będzie kosztował 750 milionów dolarów, zostanie oddany do użytku w marcu 2028 roku i będzie nosił miano McDonald’s Park.
Tomasz Moczerniuk / Przeglad Sportowy
Spotkanie w nowoczesnym centrum sponsoringowym Chicago Fire
— Kontaktowało się z nami wiele firm, ale na szczycie naszej listy był McDonald’s. Ta powszechnie rozpoznawalna marka, która nie potrzebuje dodatkowego marketingu, nigdy wcześniej nie wykupowała nigdzie praw do nazwy. My jesteśmy pierwsi. To dla nas kluczowy i strategiczny partner nie tylko dlatego, że siedziba tej firmy jest w Chicago. Zdecydowali się bowiem wesprzeć nasz program piłkarski dla uczniów klas 3–5 szkół publicznych. Aż 97 procent jego uczestników pochodzi z rodzin żyjących poniżej granicy ubóstwa. To wiek, w którym często obserwuje się spadek poziomu umiejętności czytania. W ramach tej inicjatywy szkolimy nauczycieli, trenerów i instruktorów oraz wykorzystujemy piłkę nożną do wspierania rozwoju emocjonalnego i społecznego dzieci. Dzięki wsparciu McDonald’s skala tego programu ma szansę w ciągu najbliższych kilku lat wzrosnąć czterokrotnie — tłumaczy Baldwin.
Pierwszą atrakcją był tzw. Sound the Alarm, czyli charakterystyczny dla Chicago Fire rytuał poprzedzający mecz. Na około 20 minut przed pierwszym gwizdkiem na murawę stadionu wychodzi specjalny gość, który toporem rozbija szybę skrzynki i poprzez pociągnięcie dźwigni w dół uruchamia arcygłośny alarm przeciwpożarowy. Wszystko po to, aby poderwać tłum do dopingu.
W następnej kolejności wyświetlono multimedialną prezentację dotyczącą historii klubu oraz kierunku, w jakim podąża. — Jesteśmy drugim po Miami najszybciej rozwijającym się komercyjnie obszarem. Działania pod kierownictwem Joe Mansueto, pozyskanie świetnego trenera, jakim jest Gregg Berhalter, oraz zawodników pokroju Roberta Lewandowskiego sprawiają, że do współpracy z nami chętnie dołącza wielu sponsorów — mówi Baldwin, który zdradził także marketingowy plan na Lewandowskiego.
— Mimo iż przyjechał tu przede wszystkim po to, aby dać jakość na boisku to planujemy, aby angażował się w różne lokalne inicjatywy, w tym rzecz jasna w polskim środowisku. Robert to globalna marka. W Chicago mieliśmy już takich sportowców, jak np. Michael Jordan. Nie możemy obiecać, że Robert pozna MJ-a, ale z pewnością odda ceremonialny rzut piłką na meczu baseballa i usiądzie w pierwszym rzędzie na meczu Chicago Bulls. W krótkim czasie stanie się lokalnym celebrytą. Może to się wydać zabawne, ale dziś rano wychodząc z domu do pracy zauważyłem reklamę okularów Bossa, której twarzą jest Robert. Więc on już zaczyna funkcjonować w świadomości tutejszych konsumentów — dodaje dyrektor.
Potem była okazja do zadania kilku pytań jemu, Szynalikowi oraz trenerowi Berhalterowi (rozmowa obok). Baldwin wyjaśnił, dlaczego Chicago nie jest miastem gospodarzem tegorocznych MŚ. — Moment, kiedy trzeba było zadbać o złożenie propozycji do FIFA, lokalna administracja przespała. Organizacja mundialu w Wietrznym Mieście nie była dla niej priorytetem. Być może gdyby Joe był już wtedy właścicielem Fire, decyzja byłaby inna. Ale Chicago pozostaje miastem piłki nożnej. W czerwcu na Soldier Field odbyło się towarzyskie starcie USA — Niemcy. Oglądał je komplet publiczności. Już podczas mundialu dostaliśmy pod wynajem największy bar w mieście, gdzie każdego dnia mistrzowskie zmagania śledziło po 3–5 tysięcy fanów soccera — opowiadał.
Tomasz Moczerniuk / Przeglad Sportowy
Spotkanie Roberta Lewandowskiego z dziennikarzami
Nie obyło się także bez niespodzianki. W pewnym momencie do pomieszczenia wszedł uśmiechnięty i wyluzowany Lewandowski. Towarzyszył mu bliski przyjaciel Tomasz Zawiślak. Polski napastnik przywitał się ze wszystkimi i spędził kilkanaście minut na pogawędkach. Wyjaśnił m.in., że już dużo mniej dokucza mu jet lag, że Hugo Cuypers — który oddał mu swój numer 9 na koszulce — to bardzo fajny kolega oraz że trening w siłowni był wymagający, co go ucieszyło. Zdradził także, że będzie obecny na finale MŚ w New Jersey.
Po tym, jak salę opuścili Lewandowski i Berhalter, Baldwin zaprosił całą resztę do zwiedzenia modeli pakietu sponsorskiego typu premium box. Za projekt odpowiada Gensler — globalna firma zajmująca się architekturą, projektowaniem i planowaniem, ta sama, która stoi za zaprojektowaniem niesamowitego Chase Center dla koszykarzy NBA Golden State Warriors. W takiej opływającej luksusami loży jest miejsce dla szesnastu osób. Jej centralnym elementem jest kuchenna wyspa, przy której — podobnie jak na imprezach rodzinnych — mają się zbierać ludzie z lampką wina i toczyć konwersacje na tematy sportowe lub biznesowe.
Podobną aurę: intymną, personalną, ale najwyższej klasy, ma mieć nowy stadion. Jego pojemność wynosić będzie 23 tysiące osób na mecze piłkarskie oraz 31 tysięcy na koncerty. Całość jest zaprojektowana w ten sposób, że nie ma tam ani jednego przeciętnego miejsca, a wszyscy kibice są tak blisko akcji, że będzie można niemal dotknąć zawodników.
O tym wszystkim ze szczegółami opowiadał Baldwin, który zakończył to miłe spotkanie w sali, w której mieści się imponująco prezentująca się makieta stadionu. Po wyjściu z budynku jeszcze przez długi czas można było być pod wrażeniem tego, co doświadczyliśmy. Nikt już nie odczuwał ani krzty zdziwienia, że Lewandowski na kolejny przystanek w swojej karierze wybrał Chicago. Klub — jeśli chodzi o biznes — działa z rozmachem i wyobraźnią. I dopóki za jego powodzeniem stoi Mansueto, powinno być tylko lepiej, jeżeli tylko sportowo też wszystko będzie się zgadzało. Ale od tego jest przecież Lewandowski.