Każdy ma coś do ukrycia. Fragment kryminału "Zło nad jeziorem Iron" Williama Kenta Kruegera

    Każdy ma coś do ukrycia. Fragment kryminału "Zło nad jeziorem Iron" Williama Kenta Kruegera

    1765 odsłon
    Każdy ma coś do ukrycia. Fragment kryminału "Zło nad jeziorem Iron" Williama Kenta Kruegera

    William Kent Krueger, mistrz klimatycznych kryminałów osadzonych w surowych krajobrazach amerykańskiej Północy, zabiera czytelników do świata, w którym pozorny spokój skrywa mroczne tajemnice.

    W miasteczkach, gdzie wszyscy dobrze się znają, każdy może mieć coś do ukrycia. Aurora, niewielka społeczność położona wśród lasów północnej Minnesoty, wydaje się miejscem, gdzie najgorsze rzeczy omijają ludzi szerokim łukiem. A jednak pod taflą skutego lodem Jeziora Iron kryją się sekrety, których nikt nie chce wypowiedzieć na głos. Kiedy dochodzi do tajemniczej śmierci miejscowego sędziego, były szeryf Cork O’Connor zostaje wciągnięty w śledztwo, które otworzy stare rany i podzieli lokalną społeczność.

    W jego powieściach śledztwo staje się pretekstem do wnikliwego spojrzenia na ludzką naturę oraz więzi, które potrafią zarówno chronić, jak i niszczyć.

    "Zło nad jeziorem Iron" to mistrzowska odsłona serii z Corkiem O’Connorem — bohaterem, który wie, że w małych miasteczkach najtrudniej jest odkryć prawdę właśnie dlatego, że wszyscy są ze sobą zbyt blisko.

    fragment

    Pod koniec posiłku zadzwonił telefon. Odebrała Rose. Dociskając słuchawkę do obfitych piersi, oznajmiła:

    — Do ciebie, Cork. Darla LeBeau.

    — Darla? — zdziwił się, wstał i rzucił do słuchawki:

    — Cześć, Darla. Co tam? — Słysząc odpowiedź, nagle spoważniał. — To na pewno nic takiego. To odpowiedzialny chłopak. — Ponownie wsłuchał się w słowa Darli.

    — Mam przyjechać? Nie, żaden kłopot.

    — Z czym żaden kłopot? — spytała Rose, jak tylko się rozłączył.

    — Paul LeBeau roznosił po południu gazety i nie wrócił.

    Minęło już prawie pięć godzin.

    — Myślisz, że błąka się gdzieś w śnieżycy?

    — Nie sądzę. Nawet jeśli nie dałby rady iść, mógł zapukać do jakiegoś domu. Każdy by go wpuścił. Ale Darla obawia się, że Joe John wrócił i go uprowadził.

    Rose potrząsnęła głową.

    — Nie wierzę, że mógłby zrobić coś takiego.

    — Wszystko jest możliwe — odparł Cork.

    — Porwałby własnego syna? — zdumiała się Rose.

    — Jezu, ciociu, takie rzeczy dzieją się na okrągło — wtrąciła się Jenny.

    — Nie bluźnij — pouczyła siostrę Anne.

    — Jezu Chryste — dorzuciła Jenny z okrutnym uśmiechem.

    — Jenny! — upomniała ją Rose.

    — Ma rację — zainterweniował Cork. — To najczęstszy typ porwań. Ale tak szczerze, jeśli faktycznie ktoś go uprowadził, to lepiej niech to będzie ktoś, kto zrobił to z miłości.

    — To nie jest miłość — oceniła Jo.

    — Dla Joego Johna może jest — odparł Cork i ruszył do kuchni.

    — Nie wkurza cię, że musisz tam jechać? — spytała Rose.

    — Nie — rzucił przez ramię. I była to szczera prawda. Już dawno nikt go nie wzywał w takiej sytuacji i cholernie dobrze się z tym poczuł.

    Rozdział 5

    Darla otworzyła, jeszcze zanim zdążył zapukać. Miała czerwone i opuchnięte od płaczu oczy. Łzy wyżłobiły szlak na jej upudrowanych policzkach.

    — To Joe John, wiem to na pewno — oświadczyła.

    Pracowała w dziale PR kasyna i wciąż miała na sobie biurową granatową marynarkę i spódniczkę oraz kremową bluzkę. Wokół szyi i na nadgarstkach połyskiwało złoto.

    Cork wszedł do środka i otarł twarz z topniejących płatków śniegu.

    — Dlaczego tak myślisz?

    — Bo to w jego stylu. Najpierw znika bez wieści na dwa miesiące, a potem wycina taki numer. Jego typowa zagrywka po pijaku. — Darla wzięła od Corka parkę, strzepnęła z niej śnieg i powiesiła ją w szafie. Cork zzuł buty i postawił je na wycieraczce.

    Znał Darlę od czasów liceum. Była wtedy długowłosą blond cheerleaderką z ładnymi nogami i obfitością tego, co interesowało wszystkich chłopaków pod jej bluzą. W drugiej klasie zaczęła się prowadzać z Joem Johnem LeBeau, pełnej krwi Indianinem, którego autobus dowoził do szkoły z rezerwatu, oddalonego o kilkanaście kilometrów od Aurory. W normalnych okolicznościach zadawanie się z kimś stamtąd przysporzyłoby Darli poważnych kłopotów, ale nie z Joem Johnem, gwiazdorem drużyny koszykarskiej o niespotykanym talencie. Dziennik "St. Paul Pioneer Press" określił go mianem drugiego Jima Thorpe’a i zabiegali o niego skauci z koledżów na całym Środkowym Zachodzie. Zdecydował się na stypendium w Indianie, ale tuż przed rozpoczęciem drugiego roku miał wypadek w Bloomington. Gdy przechodził przez ulicę, potrąciła go jakaś staruszka, która nie zdołała zatrzymać na czerwonym swojego wielkiego Cadillaca, miażdżąc mu prawą nogę od kostki po biodro. Mimo że lekarzom udało się ją odbudować, odtąd Joe John utykał i, bez szans na powrót na koszykarski parkiet, postanowił wrócić do domu. Niedługo potem ożenił się z Darlą.

    — Chyba powinnaś powiadomić szeryfa.

    — Nie chcę pakować Joego Johna w kłopoty, byle tylko Paul bezpiecznie wrócił do domu.

    — Dzwoniłaś do jego kolegów?

    — Obdzwoniłam, kogo się dało, jego przyjaciół, naszych krewnych i sąsiadów. Nawet do Pizza Hut, bo grywał tam w gry wideo, kiedy już rozniósł gazety.

    — Nikt go nie widział?

    — Nikt. Mam kawę, chcesz?

    — Chętnie.

    Podążył za Darlą do kuchni.

    — Jesteś pewna, że poszedł z tymi gazetami?

    — Tak, zostawił liścik na lodówce. To świetny nawyk.

    Cork usiadł na stołku w nieskazitelnej kuchni Darli.

    Nieraz siadywał tu z Joem Johnem, kiedy ściągał go z pijackich eskapad. Joe John nie pił, żeby rozrabiać. Zwykle dopadała go wtedy nostalgia. Cork często natykał się na niego na boisku do kosza w Knudsen Park, gdzie przychodził porzucać. Nawet pijany nieźle sobie radził. Czasami przepadał na jakiś czas, zwykle na tydzień, góra dwa, i wracał trzeźwy, skruszony i pełen obietnic, że już na dobre zerwał z flaszką.

    Wielu białych z Aurory czerpało radość z upadku Joego Johna. Ach, ci Indianie, powtarzali z satysfakcją. Pijaki. I nie było ważne, że miasto zawdzięczało mu sporo pięknych chwil, ani to, że banery ustawione na rogatkach głosiły "Dom drużyny Warriors, koszykarskiego mistrza stanu", co było wyłącznie zasługą jego talentu. Nie liczyło się też, że Joe John nie z własnej winy przeżył wielkie rozczarowanie. Indianin, i tyle.

    Wielokrotnie próbował zerwać z nałogiem. W końcu pomogła mu siostra, Wanda Wiele Czynów. Podobnie jak Henry Meloux była midewiwin i członkinią Wielkiej Rady Szamanów. Przekonała brata, by Henry uleczył go jak za dawnych czasów. Mogła to zrobić sama, ale szaman nigdy nie leczy krewnych. O samej kuracji ani ona, ani Meloux, ani Joe John nie chcieli rozmawiać, ale najwyraźniej poskutkowała. Joe John przez ponad rok pozostał trzeźwy. Rozkręcił firmę sprzątającą biura w Aurorze. Nieźle mu szło. Wyglądało, że wszystko dobrze się ułoży.

    Aż tu dwa miesiące temu Joe John nagle przepadł. Jego roztrzaskanego o drzewo pickupa odnaleziono przy lokalnej drodze, a w kabinie zalatywało whiskey. Kierowca zwyczajnie zwiał i już nie wrócił.

    — Odzywał się do ciebie ostatnio?

    — Ani słowem. — Ręka Darli drżała, gdy nalewała mu kawy. — Zawsze się bałam, że coś takiego się stanie. Joe John nienawidził tego miasta. Jak wypił, zawsze się odgrażał, że

    kiedyś zabierze stąd Paula, tam gdzie nikt go nie zna, i nie będzie szydził, że jest synem indiańskiego pijusa. — Spojrzała na swoją drżącą rękę i odstawiła imbryk.

    — Przez telefon wspomniałaś, że nie ma go już pięć godzin. Skąd wiesz, że tyle?

    — W tym liściku tuż przed wyjściem napisał, że jest druga. Nie wiem, co mu przyszło do głowy, żeby roznosić gazety w taki dzień. Nikt by się nie przejął, gdyby ich nie dostał. Wszyscy by zrozumieli. — Przygarbiła się ze znużeniem. — Dobrze zarabiam w kasynie. Paul nie musi roznosić gazet, ale pewnie chce pokazać, że nie jest jak ojciec.

    — Jak się ostatnio dogadujecie?

    — W sensie?

    — Były jakieś napięcia, kłótnie?

    — Że niby uciekł z domu? W życiu by tego nie zrobił.

    — Też tak myślę — uspokoił ją Cork. — Ale i taką ewentualność musimy brać pod uwagę. — Pociągnął łyk kawy. — Mówił coś o ojcu? Może, że chce go odnaleźć? Pytam, bo wiem, jak to jest, kiedy tracisz ojca w tym wieku. Ja zrobiłbym wszystko, żeby do mnie wrócił.

    — Nie, nic. Ostatnio jakby przycichł, ale składam to na karb jego wieku.

    — Dzwoniłaś do Wandy? Wiedziałaby, gdyby Joe John się pojawił.

    — Próbowałam, ale widocznie linia jest uszkodzona.

    Cork starał się zebrać myśli. Lodówka stęknęła i zagrzechotały ustawione w niej butelki. Wiatr zaświszczał w oknie w kąciku jadalnym.

    — Dobra, wiemy, że wyszedł, a wiemy, czy w ogóle ruszył w kurs i czy go skończył?

    — Nie.

    — Znasz jego trasę i nazwiska klientów?

    — Nie — odpowiedziała zrozpaczona Darla. — Nie znam.

    Cork dotknął jej ręki.

    — W porządku. Niby dlaczego miałabyś je znać? Czy Paul gdzieś je zapisywał?

    Nagle jej twarz rozpromieniła nadzieja.

    — Ma zeszyt z pokwitowaniami, którego używa, zbierając co miesiąc pieniądze.

    — Świetnie. Przejrzyjmy go.

    — Zaraz przyniosę.

    Cork nie widział jeszcze powodu, żeby się martwić. Aurora to małe miasto, a dzieci tak ot tu nie znikają. Pewnie to sprawka Joego Johna, który wstydzi się pokazać żonie, ale

    tęskni za synem, tym bardziej że zbliżają się święta. Cork wiedział z doświadczenia, że nastolatki najczęściej wyparowują z domu z własnej woli.

    Darla wróciła z granatowym zeszytem i wręczyła go Corkowi. Paul sumiennie prowadził zapiski i sądząc po adresach, które zaczynały się na Center Street i podążały do ostatniego przy North Point Road, O’Connor wywnioskował, że pewnie zbierał pieniądze wzdłuż tej samej trasy.

    — I co teraz? — spytała Darla.

    — Podzwonię po jego klientach, ustalę, czy dostarczył gazety i ewentualnie o której godzinie, a wtedy będziemy mieli na czym się oprzeć. Kto wie, może ktoś coś widział?

    Zaczął od adresu przy North Point Road. Sędzia Robert Parrant. Na linii trzeszczało i nie doczekał się nawet sygnału. Obdzwonił kilka kolejnych domów na północ od torów. Brak połączenia. Ci po drugiej stronie, którzy odebrali telefon, dostali swoje gazety, ale żaden z nich nie widział Paula.

    — Jakieś problemy z liniami telefonicznymi na północy.

    Chciałbym się dodzwonić do tego sędziego, bo dowiedziałbym się, czy Paul dokończył trasę. W Darli na moment odżyła nadzieja.

    — Czasami zostaje tam dłużej. Sędzia najwyraźniej go lubi i opowiada mu różne historie. Paul tego nie znosi, ale upomniałam go, żeby był dla niego grzeczny.

    — Pewnie się tam zasiedział i się nie odzywa, bo telefon nie działa. Chyba powinienem tam pojechać. Przynajmniej przekonam się, czy Paul dokończył kurs.

    — Pojadę z tobą.

    Cork pokręcił głową.

    — Zostań na wypadek, gdyby się odezwał. Na pewno nic mu nie jest. To dobry, odpowiedzialny dzieciak, który umie o siebie zadbać.

    — A co, jeśli go tam nie ma? — zaniepokoiła się Darla.

    — To jest gdzie indziej, nic mu się nie stało i go znajdziemy — zapewnił ją Cork. Podchodząc do drzwi, rzucił jeszcze: — Zadzwoń do kogoś, niedobrze, żebyś siedziała sama.

    — Tak zrobię — odpowiedziała.

    Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
    Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era

    Stanowski

    Co dzisiaj majstrujemy do sekcji RAK LIVE?

    Stanowski