RAK
    Henryk Kasperczak rozlicza się z karierą. "Okłamali mnie"

    Henryk Kasperczak rozlicza się z karierą. "Okłamali mnie"

    654 odsłon
    Henryk Kasperczak rozlicza się z karierą. "Okłamali mnie"

    — Wiecie, jaka jest moja ulubiona fraszka? "Krytyk i eunuch z jednej są parafii. Obaj wiedzą jak, żaden nie potrafi".

    — Przyznaję, że był czas, że chciałem być selekcjonerem Biało-Czerwonych. Stanowisko prezesa PZPN być może dawniej też by mnie interesowało, bo miałem dużą wiedzę z zagranicznych federacji. Ani jedno, ani drugie nigdy się nie wydarzyło. Dlaczego?

    Może się mnie bali? Może woleli mnie nie widzieć w takich rolach, bo potrafię być pryncypialny i mam mocny charakter? Bywałem za to swoistym słupem jako kandydat na selekcjonera i tu jest pewna zadra do tych ludzi, którzy mnie okłamali, bo jednak zatrudnili kogoś innego. Nie będę już tego rozdrapywał.

    Nie mam natomiast pretensji do prezesa Michała Listkiewicza, bo on konkretnie proponował mi funkcję selekcjonera. Pracowałem wtedy w Wiśle Kraków i właściciel Bogusław Cupiał nie pozwalał na moje odejście z klubu, ale ewentualnie zgadzał się, bym równocześnie pracował i z Wisłą, i z kadrą. To z kolei dla mnie było nie do przyjęcia, bo zajmowanie się reprezentacją wymagało stuprocentowej koncentracji. Pod względem osobistego doświadczenia, wtedy rzeczywiście był dla mnie najlepszy moment, aby zostać selekcjonerem naszej reprezentacji. Nie udało się, trudno. Gdybanie niczego już nie zmieni.

    Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

    Pływałem na medal

    Gdybym nie został piłkarzem, to możliwe, że byłbym mechanikiem samochodowym. Naprawiałbym auta, w końcu w tym kierunku się kształciłem. Jestem z Zabrza i uczyłem się w pobliskim Technikum Samochodowego w Gliwicach. Sport pochłaniał mnie od dziecka, ale nie tylko futbol. Koszykówka, piłka ręczna, siatkówka, głównie dyscypliny kolektywne, ale jako dziesięciolatek zostałem wicemistrzem Polski w pływaniu na 50 metrów kraulem. Pływałem w Stali Zabrze, w którym mój kolega Henryk Depta był wielokrotnym mistrzem kraju w stylu grzbietowym. On mnie namówił na ten basen.

    A jednak piłka była dla mnie najbardziej pociągająca. Zajmowała mi kawał dzieciństwa. Te wszystkie mecze, ulica na ulicę, podwórko na podwórko, osiedle na osiedle. Grało się wszędzie, na placu, na betonie, na klepisku, na łące. Wychowywałem się w zabrzańskim familoku, jednym z moich kolegów był Wolfgang Volstaedt — Polak, ale jego matka wyszła za Niemca i stąd takie nazwisko, a imię też po ojcu. Wolfgang wyjechał do Stali Mielec i zaczął mnie namawiać, abym poszedł w jego ślady, przynajmniej spróbował. Przede wszystkim musiałem skończyć szkołę i zdać maturę, bo po przenosinach mógłby być z tym problem. W Mielcu dawali mi niezłe jak na tamte czasy pieniądze, a mamie obiecali nawet lodówkę. Wtedy to było naprawdę coś!

    • Polecamy również: Rywal prawdę ci powie. Nie pasowalibyśmy do mundialu

    Niby chciał mnie też Górnik, ale był wielkim klubem, do niego szło się na kolanach. Gdyby mu naprawdę zależało, na pewno dopiąłby swego. Nie wykazywał jednak determinacji, w przeciwieństwie do Stali. Do Mielca trafiało zresztą wielu chłopaków z Górnego Śląska. To był porządnie poukładany klub, z perspektywami rozwoju, choć wtedy w II lidze.

    Henryk Kasperczak jako selekcjoner reprezentacji Tunezji

    ABACA/NEWSPIX.PL POLAND ONLY! / newspix.pl

    Henryk Kasperczak jako selekcjoner reprezentacji Tunezji

    Musiałem się schować

    Najpierw byłem tam tylko jeden sezon, bo odezwała się Wisła Kraków, klub wtedy ekstraklasowy, z tak znaczącymi postaciami jak Fryderyk Monica czy Władysław Kawula. Chciała mnie kupić, ale Stal nie dawała zgody na transfer. Powiedziałem w Mielcu — róbcie, co chcecie, ale ja zamierzam grać w Wiśle, odchodzę.

    Byłem w wieku poborowym, lecz ten problem miała załatwić Wisła. Wiadomo, że mieli tam kontakty znaczący ludzie ze Służby Bezpieczeństwa. Poradzono mi, żebym przez jakiś czas się schował. Trenowałem z pierwszą drużyną, ale po kryjomu, bo w meczach oficjalnych oczywiście nie miałem prawa zagrać. Czekałem na rozwój wypadków, zapisałem się na studia wieczorowe na Politechnice Krakowskiej. Tyle że po drugiej stronie też była wielka determinacja. W Mielcu mieli jednostkę wojskową, więc przygotowali dla mnie bilet do wojska, a gdy nie udało im się ustalić miejsca mojego pobytu, rozesłali za mną list gończy!

    Próba sił z wojskiem

    Mieszkałem w baraczku niedaleko stadionu przy Reymonta. Gwardyjski klub miał swoje kontakty, więc dowiedział się, że żandarmeria wojskowa przyjedzie na trening, żeby mnie zwinąć. Tego dnia oczywiście nie pojawiłem się w klubie. Doszło do zabawnej sytuacji, bo funkcjonariusze Wojskowej Służby Wewnętrznej omyłkowo zwinęli z zajęć Fryderyka Monicę. Był do mnie trochę podobny. Wisła chyba przeceniła swoje "chody". To była próba sił z resortem wojskowym, jak się okazało, przegrana dla wiślaków.

    Całkiem możliwe, że za wszystkim stała Legia, która wiedziała, że jak pójdę do wojska, to trafię na Łazienkowską. Skoro jednak do wojska się nie zgłaszałem, armia użyła wszystkich sił, żeby mnie do tego zmusić. Sprawa była zbyt poważna, nie mogłem się dłużej ukrywać, za chwilę uznano by mnie za dezertera. W Wiśle powiedzieli mi, że nie są w stanie załatwić tej sprawy tak, jak sobie planowali. Ależ ja byłem zły! Przez nich wpakowałem się w wielkie kłopoty. Najpierw namawiali, a na koniec powiedzieli, żebym radził sobie sam.

    Henryk Kasperczak w barwach reprezentacji Polski podczas MŚ 1974

    IMAGO/NEWSPIX.PL / newspix.pl

    Henryk Kasperczak w barwach reprezentacji Polski podczas MŚ 1974

    Niczego nie zataiłem

    Jedynym wyjściem było zgłoszenie się do wojska, póki nie spotkało mnie coś gorszego. Zostałem wysłany do koszar, w Dębicy, ale tam czekało na mnie miejsce w pace. Prokuratura wojskowa prowadziła śledztwo i założyła mi sprawę. Siedziałem, jak to się mówi, w ciupie i jeździłem do Rzeszowa na przesłuchania. Nie chciałem powiedzieć prawdy, dlaczego WSW nie było w stanie namierzyć mojego miejsca pobytu, odgrywałem niewiniątko, czym pogarszałem swoją sytuację. Prokuratorzy czuli, że kręciłem i nie odpuszczali. Gdy trzeci raz jechałem do Rzeszowa, w charakterystycznej "suce", z kajdankami na dłoniach, bo taka była procedura, towarzyszący porucznik powiedział mi, że jest z Kolbuszowej, kibicuje Stali Mielec i dobrze pamięta mnie z poprzedniego sezonu. Poradził mi, żebym o wszystkim szczerze opowiedział, bo w przeciwnym razie grozi mi pięć lat więzienia.

    Od tego momentu do końca podróży miałem nad czym myśleć. Zrozumiałem, że sytuacja jest dla mnie bardzo niebezpieczna, że szkodzę przede wszystkim sobie. Opowiedziałem, jak było, niczego nie zataiłem. Potem jeszcze chwilę posiedziałem w koszarach pod kluczem, aż przyszła decyzja, że moja sprawa jest umorzona. Ale poczułem ulgę! Mogłem już normalnie jak każdy poborowy przygotowywać do przysięgi w dębickiej jednostce. Nie zdziwiłem się, że od razu po przysiędze dostałem przydział do warszawskiej Legii.

    Nieszczęście na treningu

    W Legii też nie zagrałem ani jednego oficjalnego meczu. Do coraz mocniejszej drużyny załapali się Kaziu Deyna i Robert Gadocha, a ja nie, bo miałem niewyobrażalnego pecha. Dwa razy złamałem kość piszczelową, do tego kostka była wykręcona w drugą stronę, więzadła pozrywane. Doskonale pamiętam, że do nieszczęścia doszło na treningu, w parku na Agrykoli, w styczniu. Długo nie mogłem nawet normalnie chodzić. Klubowy lekarz Henryk Soroczko powiedział otwarcie: ty dla piłki jesteś już stracony, będzie ci strasznie ciężko wrócić. Nie czułem wsparcia, ale byłem zawzięty, powtarzałem sobie, że mogę wrócić i wrócę. Gdy już wszystko się zrosło, zająłem się rehabilitacją. Dużo dały mi zajęcia na łyżwach, w czasie których systematycznie wzmacniałem staw skokowy. Chodziłem na treningi hokeistów Legii, wśród których też miałem życzliwych kolegów, choćby Staszka Fryźlewicza i gdy oni kończyli zajęcia, ja wskakiwałem na lód i zasuwałem z moim planem zajęć. A jednak przez półtora roku nie grałem w piłkę.

    Henryk Kasperczak

    Michał Trzpis / newspix.pl

    Henryk Kasperczak

    Sam musiałem walczyć

    Prawda jest taka, że w trudnym momencie w Legii o mnie zapomniano, najwyraźniej ktoś uznał — zgodnie z opinią lekarza — że piłkarza już ze mnie nie będzie. Gdy już kończyła mi się obowiązkowa służba i dochodziłem wreszcie do normalnej dyspozycji, zacząłem grać w rezerwach, miałem nawet ofertę kontraktu. Nie skorzystałem. Były propozycje z warszawskiej Gwardii i z Polonii Bytom. Odmówiłem wszystkim. Chciałem się odbudować w klubie, w którym mógłbym regularnie grać. Wróciłem do Stal Mielec i był to strzał w dziesiątkę, bo choć grała wtedy w III lidze, z perspektywy czasu wiemy, że rozpoczynała marsz na szczyty polskiego futbolu. Trenerem drużyny zostawał Andrzej Gajewski. Gdy jeszcze byłem w Legii, przyjechał z prezesami, żeby namówić mnie do powrotu. Jak to dobrze, że się zgodziłem! Ze Stali poszedłem do reprezentacji, najpierw młodzieżowej u Andrzeja Strejlaua, no i potem do kadry seniorów Kazimierza Górskiego.

    Złoty zegarek

    Na igrzyskach olimpijskich w Monachium nie wystąpiłem, ale trener Górski miał mnie już na oku, na pewno pomagały mi też niezłe oceny z młodzieżówki trenera Strejlaua. Latem 1971 roku dostałem powołanie do pierwszej reprezentacji, graliśmy w Gdańsku ze Związkiem Radzieckim, który jednak wystąpił pod szyldem Ligi ZSRR, dlatego mecz nie mógł zostać zaliczony do oficjalnych występów. Zremisowaliśmy 1:1, a trener Górski uznał, że się nie sprawdziłem. Musiałem długo poczekać na kolejną szansę, ale gdy wiosną 1973 roku zacząłem grać w kadrze to regularnie aż do 1978 roku. Po drodze było Wembley, mundial w RFN, Montreal, mundial w Argentynie...

    • Polecamy również: Baraże o Ekstraklasę na neutralnym stadionie? Jasna odpowiedź szefa 1. Ligi

    Każdy z nas marzył o wyjeździe na Zachód. Od razu po medalu w 1974 roku pojawiały się konkretne oferty, lecz gdy poprosiłem o wyrażenie zgody na wyjazd, to szef sportu Bolesław Kapitan wręczył mi złoty zegarek. Ale i tak nie było źle. Mieliśmy zabezpieczenie finansowe. Etaty w zakładach pracy, wojsku, czy milicji. Po mundialu w RFN bodaj ośmiu naszych zawodników kupiło sobie samochody BMW. Ja też. Opłacało się, bo dostaliśmy 50 procent rabatu.

    Zaczęło się w Metz

    Wyjechałem wreszcie do FC Metz, gdzie jako 32-letni piłkarz dobrze radziłem sobie w Ligue 1. Już po półtora roku zostałem trenerem tej drużyny i to na kilka sezonów. Myślałem, że pogram w Metz dwa lata i wrócę do Polski, żeby u nas spróbować pracy szkoleniowej. Naszym trenerem był Jean Snella, wcześniej współtwórca wielkich sukcesów AS Saint-Etienne. Zachorował na raka, było już z nim bardzo źle. Zaprosił prezesa do szpitala, otwarcie powiedział, że na ławkę trenerską już na pewno nie wróci, ale chciałby zaproponować następcę i wymienił moje nazwisko. Prezes wysłuchał jego argumentów, zaakceptował pomysł. Niestety, trener Snella już nie zdążył ocenić, czy dobrze poradził prezesowi. Zmarł kilka dni po tej rozmowie w szpitalu.

    Z Metz odchodziłem po w sumie sześciu latach obecności w roli piłkarza i trenera. Zdobyłem z nim w 1984 r. Puchar Francji po finałowym zwycięstwie 2:0 na Parc des Princes nad AS Monaco, w którym grały takie gwiazdy jak Ettori, Amoros, Genghini czy Bellone. Przypomnę, że francuski futbol w ogóle miał wtedy plejadę znakomitych piłkarzy, za chwilę Francja została mistrzem Europy. No więc przyszedł moment, kiedy uznałem, że potrzebuję zmiany, nowych wyzwań. Przeniosłem się do Saint-Etienne, a potem były kolejne kluby i następne osiągnięcia, którymi chyba mogę się pochwalić, aż do ćwierćfinału Pucharu Zdobywców Pucharów z Montpellier w 1991 roku, kiedy odpadliśmy z Manchesterem United.

    Henryk Kasperczak w barwach reprezentacji Polski podczas MŚ 1974

    IMAGO/NEWSPIX.PL / newspix.pl

    Henryk Kasperczak w barwach reprezentacji Polski podczas MŚ 1974

    Namówiłem Blanca

    Pracowałem z wieloma znakomitymi piłkarzami, takimi jak Patrick Battiston, Laurent Blanc, Roger Milla, Vincent Guerin, Carlos Valderrama. Wszyscy wymienieni byli znakomici w swoim rodzaju. Milla — cudowny napastnik, absolutnie niepowtarzalny, strzelał dużo goli. Valderrama był niekonwencjonalnym pomocnikiem, z nieprzeciętną techniką użytkową. Blanc okazał się niesamowicie solidnym obrońcą i miałem szczególną satysfakcję, bo to ja go namówiłem, aby z defensywnego pomocnika przekwalifikował się na libero. Przyszedłem wtedy do Montpellier, zastępując Aime Jacqueta. Blanc miał predyspozycje do tej nowej roli, boiskową inteligencję, czytanie gry, umiejętność odpowiedniego poruszania się z piłką i bez piłki. Przypominał mi Franza Beckenbauera. Skoro mówimy o bardzo dobrych piłkarzach, których prowadziłem jako trener, trzeba też wspomnieć o Jacku Zioberze. Wspaniały gracz, o nie do końca wykorzystanym potencjale.

    Szkoda, że musiałem odejść z Montpellier, ale nie nigdy nie pozwalałem, aby ktoś mi w kaszę dmuchał, nie chciałem z pewnymi ludźmi pracować, w tych sprawach bywałem bezkompromisowy. Może to jednak był mój błąd, nie wiem. Z podobnych powodów odszedłem wcześniej z St. Etienne.

    Przygody w Afryce

    Zaczął się nowy etap w moim życiu, czyli praca z narodowymi drużynami na kontynencie afrykańskim: w dwóch kadencjach Tunezja, w dwóch Mali, Senegal, Wybrzeże Kości Słoniowej, Maroko. Z Tunezją byłem na igrzyskach olimpijskich, na mundialu. Jest niedosyt, że nie udało się zdobyć Pucharu Narodów Afryki, choć bywałem w czołówce. W Afryce nie miałbym takich możliwości wykazania się, gdyby nie wcześniejsze dokonania w lidze francuskiej, znajomość języka, zdobyte doświadczenie. Na początek zostałem selekcjonerem Wybrzeża Kości Słoniowej, które miało bronić mistrzostwa Afryki. Nie udało się, zajęliśmy trzecie miejsce, ale i tak mówiono, że to najlepsza drużyna turnieju.

    Znowu w Polsce

    No i była też praca w Polsce. Gdy przychodziłem do Wisły Kraków, wiedziałem, że to duży jak na polską skalę projekt. W kraju byliśmy na szczycie, pokazaliśmy się w Europie, z kilku meczów zostaliśmy w niej zapamiętani. Byłem też w Górniku Zabrze, ale tam z kilku powodów, nie udało się zrealizować planów, sprawy poszły w złym kierunku.

    Nadal obserwuję polską piłkę. Czasem coś powiem, ocenię, ale już jestem z boku. Gdy się mieszka głównie za granicą, a ja we Francji spędzam w skali roku jakieś 70 proc. czasu, to trudno się skutecznie udzielać i wchodzić w tak zwane piekiełko. Żeby się naprawdę zaangażować, trzeba być ciągle na miejscu. Natomiast gdy jestem w Krakowie, staram się bywać na meczach Wisły

    Co sądzę o naszej dzisiejszej reprezentacji? Niestety, nie idziemy do przodu. Raczej stoimy w miejscu. A jak stoimy, to się cofamy. Dużo by mówić o powodach. Całe nasze struktury — piłkarska, ale przede wszystkim finansowa — nie odpowiadają współczesnym wyzwaniom, na miarę polskich ambicji. Pod tym względem zachodnia Europy nam uciekła i nie potrafimy jej dogonić. Polski piłkarz w jednym czy drugim zagranicznym klubie potrafi nieźle funkcjonować w dobrym otoczeniu, ale nie umie tego przełożyć na reprezentację, kiedy to otoczenie się zmienia. Będę się też upierał, że mało jest u nas zawodników mentalnie przygotowanych do tego, żeby narodową drużynę polską poprowadzić do sukcesów. UEFA umiała zadbać, by także polskie drużyny potrafiły odnosić sukcesy w Lidze Konferencji, ale to są pucharowe rozgrywki trzeciej kategorii. Do polskich trenerów szefowie nie mają zaufania, największe kluby chętnie biorą obcokrajowców. To błąd, nie powinno tak być. Nasi trenerzy nie są rozchwytywani na zachodzie, bo ocenia się ich, że są słabi. A słabi są dlatego, bo mają słabych, w stosunku do czołowych zagranicznych lig, zawodników.

    Henryk Kasperczak jako trener Wisły Kraków

    TOMASZ JAGODZINSKI NEWSPIX.PL / newspix.pl

    Henryk Kasperczak jako trener Wisły Kraków

    W książce musi być prawda

    Dużo jest spraw, którym warto się przyjrzeć. Grubą książkę mógłbym o tym wszystkim napisać, nawet mnie namawiają do tego, ale nie chcę. Bo w takiej książce musiałaby sama prawda, bez pudrowania, a to nie wszystkim by się spodobało. Nie ma sensu walczyć z wiatrakami. A druga rzecz, że z samego gadania nic nie będzie. Wiecie, jaka jest moja ulubiona fraszka? "Krytyk i eunuch z jednej są parafii. Obaj wiedzą jak, żaden nie potrafi". Dlatego zawsze wolałem działać, pracować

    Od paru tygodni jestem w Polsce i tutaj obchodzę 80. rocznicę urodzin — z rodziną i przyjaciółmi. Lipiec to dla nas wyjątkowy miesiąc, bo żona ma urodziny piętnastego, a siedemnastego będziemy świętować 55-lecie naszego małżeństwa — kończy swoją opowieść Henryk Kasperczak.

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era

    Co o tym sądzisz?