
— Media zawsze trąbią o "El quinto partido", ale ja każdemu mówię, że nie możemy tak myśleć. Grając w Niemczech, nauczyłem się, że najważniejszy jest następny mecz — mówi nam Pavel Pardo, 146-krotny reprezentant Meksyku, były mistrz Niemiec.
TOMASZ MOCZERNIUK: Za miesiąc będzie obchodził pan 50. urodziny. Na pewno szykuje się niezłe przyjęcie.
PAVEL PARDO: Jako ambasador Guadalajary i kadry Meksyku jestem teraz tak zajęty, że planowanie urodzin musi poczekać. Po mundialu będą więc najpierw rodzinne wakacje, a dopiero potem gruba impreza…
Jako ambasador dużo pan podróżuje. Obecnie jest pan w Phoenix. Jak postrzegany jest tam turniej?
W Phoenix nie ma meczów, ale atmosfera jest wspaniała. W każdym barze czy restauracji są wielkie ekrany i nie leci tam nic innego prócz meczów.
A w pana rodzinnej Guadalajarze?
Trwa jedna wielka fiesta! Niedawno Meksyk wygrał tam z Koreą i awansował do kolejnej fazy, więc radość była olbrzymia. To jest najlepszy mundial w historii Meksyku. Ludzie są szczęśliwi i dumni, że mogą być jego częścią. Chcemy, aby kibice nie tylko dobrze się bawili, ale czuli się u nas komfortowo.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Rozmawiamy zaraz po meczu Niemcy — Wybrzeże Kości Słoniowej. Jak podobało się to spotkanie?
Świetna gra, emocje i jak zwykle: wszyscy grają w piłkę, a na końcu i tak wygrywają Niemcy.
Tylko czterech piłkarzy: Andres Guardado, Claudio Suarez, Guillermo Ochoa i Rafael Marquez ma więcej spotkań w kadrze Meksyku niż pan. Co pan czuje, będąc wymienianym w tym gronie?
Aby rozegrać tyle meczów w reprezentacji, najpierw trzeba cały czas utrzymywać dobry poziom w klubie. Miałem w sobie dyscyplinę i ciężko pracowałem, aby tak właśnie było. I dostrzegali to dziennikarze, kibice i trenerzy.
Czy drużyna Meksyku z 1999, która wygrała Puchar Konfederacji, była według pana najlepsza w historii?
4:3 w finale z Brazylią dało nam najpiękniejsze zwycięstwo i najważniejsze trofeum w historii. Niektórzy mówią, że to nie była najmocniejsza Brazylia, ale przecież grali Ronaldinho, Ze Roberto, Emerson czy Dida. Wygrać taki mecz u siebie na Estadio Azteca w obecności 110 tys. widzów… To było coś nieprawdopodobnego. Zrobiliśmy to dla 130 mln Meksykanów.
ZUMA / newspix.pl
Pavel Pardo w 2018 r.
Co było większym szokiem: ogranie Brazylii czy triumf w Bundeslidze z VfB Stuttgart w 2007 r.?
Oba momenty były niesamowite. Triumf w Bundeslidze, w której panuje hegemon z Monachium i zwykle gra się o drugie miejsce, to było coś wspaniałego. Całe miasto oszalało, bo wywalczyliśmy tytuł po 15-letniej przerwie. Do dziś ze wzruszeniem oglądam zdjęcia czy filmiki z tamtych czasów.
Grał pan na dwóch mistrzostwach świata. W obu przypadkach w grupie szło dobrze, ale w czwartym meczu eliminowały was potęgi: Niemcy w 1998 i Argentyna w 2006. Taki sam los spotkał Meksyk na kilku innych mundialach: choćby w 2014, gdzie mimo kapitalnego meczu odpadliście z Holandią czy w 2018, kiedy lepsza okazała się Brazylia. Czy istnieje "klątwa piątego meczu"?
Media zawsze trąbią o "El quinto partido", ale ja każdemu mówię, że nie możemy tak myśleć. Grając w Niemczech, nauczyłem się, że najważniejszy jest następny mecz. Musimy iść krok po kroku. Aby wygrać mecz numer cztery, trzeba najpierw wygrać spotkania pierwsze, drugie i trzecie. Każde jest trudne, bo na mistrzostwach gra się z najlepszymi.
Debiutował pan na mundialu w meczu z Koreą Płd. w 1998 r. Wygraliście go łatwo 3:1. Tymczasem obecna reprezentacja wygrała 1:0, ale po mękach i błędzie bramkarza.
W pierwszej połowie to nie było dobre widowisko, ale to także część strategii. Mecz trwa 90 minut. Na początku drugiej części byliśmy już lepsi, dzięki czemu udało się strzelić gola. A zwycięzców się nie sądzi.
Był pan specjalistą od rzutów wolnych. Na MŚ 2026 pada z nich bardzo mało goli. Dlaczego?
Zauważyłem, że u zawodników panuje większa dyscyplina i nie faulują w pobliżu pola karnego. To może wynikać ze wskazówek od trenerów. Wiedzą też, że sędziowie są na to uczuleni. A skoro nie ma fauli, to nie ma okazji.
Jak panu podoba się mundial z 48 drużynami?
Nie chcę nikogo obrażać, ale wyniki 1:7 czy 1:5 nie powinny mieć miejsca podczas mistrzostw świata. Niektórym zespołom brakuje jakości. Powinniśmy zostać przy 32 drużynach.
Kto jest pana faworytem?
Jak zwykle Francja, Argentyna i Niemcy. Hiszpania i Portugalia mają najlepsze zespoły na papierze, ale nie rozpoczęły turnieju najlepiej. No i Holandia, która zawsze gra dobry futbol i melduje się w najlepszej ósemce lub czwórce.
Meksyk?
Możemy zajść daleko, bo gramy u siebie i w USA, gdzie mieszka 40 mln Meksykanów. Po fazie grupowej poprzeczka pójdzie w górę, ale wszystko zależy od nas i naszej mentalności.
Czy zobaczymy na tym mundialu Ochoę, dla którego to już szóste mistrzostwa?
Mam nadzieję, bo to jeden z czterech najlepszych bramkarzy w historii Meksyku. Prócz niego są tam Jorge Campos, Oswaldo Sanchez czy Oscar Perez. Znam go bardzo dobrze, bo kiedy miał 17 lat i był w rezerwach Club America, często zostawał po treningach i bronił moje rzuty wolne. To wybitny bramkarz, który wciąż ma jakość.