
Można go nazywać wilkiem w owczej skórze, a nawet wcielonym diabłem, który denerwująco umacnia swoją pozycję dla jeszcze większej władzy i pieniędzy. W niczym nie zmienia to faktu, że Gianni Infantino jako wódz światowego futbolu jest nie do ruszenia, bo podobnie jak jego poprzednik Sepp Blatter przez wiele lat starannie przygotował się do tej roli — poznawał specyficzne mechanizmy, kontrowersyjne zasady oraz niejasne układy, których sam stał się częścią.
Komentarz
Poniżej streszczenie artykułu:
Skrót przygotowany przez Onet Czat z AI, może zawierać błędy.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Można go nazywać wilkiem w owczej skórze, a nawet wcielonym diabłem, który denerwująco umacnia swoją pozycję dla jeszcze większej władzy i pieniędzy. W niczym nie zmienia to faktu, że Gianni Infantino jako wódz światowego futbolu jest nie do ruszenia, bo podobnie jak jego poprzednik Sepp Blatter przez wiele lat starannie przygotował się do tej roli — poznawał specyficzne mechanizmy, kontrowersyjne zasady oraz niejasne układy, których sam stał się częścią.
Znowu zrobiło się u nas głośno o przyszłości Infantino jako sternika FIFA, bo wiarygodne zagraniczne media podały, że jednym z jego kontrkandydatów w wyborach (marzec 2027) mógłby być Polak Dariusz Mioduski. Jest on nie tylko właścicielem Legii, wiceprezesem PZPN, ale zasiada we władzach Europejskich Klubów Piłkarskich (EFC) oraz może liczyć na realne wsparcie ludzi tak potężnych jak właściciel PSG Nasser Al-Khelaifi. Pewnie, że robi wrażenie, tyle że tego newsa należy traktować z lekkim uśmiechem, jako atrakcyjna ciekawostka.
Rzecz w tym, że Mioduski nie ma szans na pokonanie Infantino, a ten już oficjalnie zadeklarował, że jeszcze raz będzie się ubiegał o reelekcję. Jeżeli nie dojdzie do jakiegoś radykalnego przewrotu, który zaszkodziłby obecnemu włodarzowi (hipotetycznie: jakiś skandal korupcyjny, ale bezwzględnie połączony z zarzutami prokuratorskimi i postępowaniem sądowym), to przedłuży kadencję, bo w swoich zabiegach jest imponująco biegły i brutalnie skuteczny. Nie chodzi tu o powątpiewanie w kompetencje i atuty Mioduskiego — w takim pojedynku z obecnym przewodniczącym FIFA nikt nie wygra. Nikt.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Mocną pozycję Infantino będzie nam znacznie łatwiej zrozumieć, jeśli potraktujemy go jak polityka i przywódcę wpływowego państwa. A właśnie trochę tak funkcjonuje światowa federacja futbolu. Dlaczego? Bo ma swój niezależny system prawny. I co jeszcze ważniejsze: nie musi się obawiać, że jakiś kraj, choćby nawet supermocarstwo zlekceważy stanowione przez nią prawa. FIFA ma monopol na organizację piłkarskich rozgrywek, zatem jeżeli ktoś zachce na niej coś znaczącego wymusić, reakcją jest groźba wykluczenia z uczestnictwa w meczach międzypaństwowych. Nikt rozsądny takiej groźby nie odważy się zlekceważyć, a drżą przed nią zwłaszcza politycy. Zakochani w futbolu wyborcy nie wybaczyliby im takiej nonszalancji.
Dlatego Infantino pozwala sobie na występy niczym głowa państwa i to taka z zacięciem moralizatorskim, co często wywołuje mdłości, bo zdawałoby się, że są granice hipokryzji. No i bez skrupułów pokazuje się z przywódcami politycznymi. To już nie są kurtuazyjne pogawędki i pozowanie do wspólnych fotek, ale twarde deale — takie jak w przypadku odwieszenia kary czerwonej kartki dla kapitana gospodarzy mistrzostw, bo o to poprosił prezydent Stanów Zjednoczonych. Infantino chętnie "dealuje" też z przywódcami świata arabskiego, jest w dobrej komitywie z prezydentem Chin i w jeszcze lepszej z Władimirem Putinem. Niewielu polityków z pierwszego rzędu ma takie relacje z możnymi tego świata, a Infantino ma. Niby w imię szlachetnej idei futbolu, który łączy ponad wszelkimi podziałami, ale darujmy sobie te ociekające obłudą truizmy.
IMAGO/NEWSPIX.PL / newspix.pl
Zarazem trzeba się zgodzić, że jakkolwiek Infantino jest cynikiem, który dba o swój interes, dogląda też interesu organizacji, którą kieruje. Przychód z mundialu może przekroczyć 10 miliardów dolarów, więc za chwilę znowu będzie się chwalił zaradnością i gospodarnością. Daje ludziom igrzyska, a zwiększając liczbę uczestników, sprawia, że rosną dochody ze sprzedaży praw telewizyjnych i marketingowych uzyskiwane w kolejnych krajach, które wysłały na turniej swoją reprezentację. Na tym ognisku Infantino zapewne upiecze jeszcze jedną pieczeń — zaskarbi sobie wymierną wdzięczność narodowych federacji, które dzięki napęczniałemu mundialowi mogą też uszczknąć coś dla siebie z pańskiego stołu. A wiadomo, że każda federacja — nawet ta najmniejsza — to jeden cenny głos w wyborach.
Co z tego, że bogata Europa przygotuje kontrkandydata. Infantino i tak wygra wsparciem państw Azji, Afryki i Ameryki Południowej. Mundial za cztery lata odbędzie się w Portugalii i Hiszpanii, ale też w Maroku. A trzy pierwsze mecze — w Urugwaju, Argentynie i Paragwaju. Za osiem lat gospodarzem jest Arabia Saudyjska. Zresztą przyszłoroczny kongres wyborczy w FIFA odbędzie się w Maroku. Infantino ma w głębokim poważaniu tę sytą, naburmuszoną Europę. Z fałszywą życzliwością uśmiecha się jej prosto w twarz i zapewnia, że naturalnie bardzo ją szanuje.
IMAGO/NEWSPIX.PL / newspix.pl
"Bez hojności FIFA nie byłoby piłki nożnej w 150 krajach świata" — powiedział całkiem niedawno szef tej organizacji. Oczywiście grubo przesadził, ale przy okazji udało mu się streścić cały pomysł na kampanię wyborczą w jednym zdaniu. To jest jego niezawodna recepta na sukces. Świat tak zwanych piłkarskich działaczy jest różnobarwny i nierzadko wewnętrznie skłócony, ale także ten ostatni mundial pokazał, że co do zasady beznadziejnie uzależnił się od przewodniej roli Gianniego Infantino. I proszę wybaczyć, żaden Dariusz Mioduski nie zdoła tego zmienić.