
Jerry Krause wierzył, że otrzymał boską iskierkę w postaci dostrzegania przyszłych koszykarskich gwiazd. Były menedżer generalny Chicago Bulls był człowiekiem obsesyjnie oddanym skautingowi. Mimo że początki jego kariery w "Bykach" nie obfitowały w sukcesy to ostatecznie stworzył zespół, który zdominował NBA w latach 90., o czym wspomniał Johnny Smith w książce "Jumpman.
Fragment książki
Podobnie jak wielu innych skautów menedżer Bulls uważał, że jego oko do wypatrywania sportowych talentów to dar, a nie coś, czego można się nauczyć. "Dostałem go od Boga", wyjaśniał.
Zbudował wokół siebie aurę człowieka, który potrafi lepiej od innych wyczuwać wybitne zdolności u sportowców. Przez niemal ćwierć wieku, nim w 1985 r. Reinsdorf zatrudnił go jako generalnego menedżera drużyny, Krause wypatrywał utalentowanych koszykarzy i baseballistów. Lubił chwalić się tym, że jest jedynym skautem w historii, który pracował na dyrektorskim stanowisku zarówno w NBA, jak i w Major League Baseball. Oceniał baseballowe talenty dla Cleveland Indians, Oakland Athletics, Seattle Mariners i Chicago White Sox, w NBA współpracował zaś z Baltimore Bullets, Phoenix Suns, Los Angeles La kers i oczywiście z Chicago Bulls.
Krause uczył się fachu u weteranów, którzy przekazywali mu tajniki swojej pracy. "Lubił słuchać opowieści — pisał w magazynie "Chicago" Mark Vancil. — O tym, jak to jeden skaut pokonał drugiego, bo wślizgnął się gdzieś tylnym wejściem. O tym, jak inny potarł oczy cebulą przed wejściem do domu utalentowanego gracza, żeby rodzice tego dzieciaka myśleli, że płacze ze szczęścia na samą myśl o podpisaniu umowy z ich synem". Z perspektywy Krause’a "to nie były brudne sztuczki fałszerzy, a genialne pociągnięcia pędzlem artystów tworzących iluzje farbą na płótnie".
Traktował skauting niczym tajną operację. Gdy w 1969 r. generalny menedżer Bulls Pat Williams zatrudnił go jako głównego skauta, szybko zdał sobie sprawę, że ma w klubie detektywa — to przezwisko przylgnęło do Krause’a na resztę jego kariery. "Typowy detektyw — mówił Williams. — Skradający się, podejrzliwy, tajemniczy, mówiący cicho i szybko, knujący, planujący, skrywający się za krzakami, noszący przebranie". Żył na walizkach "niczym stalker śledzący gwiazdkę", jak pisał Rick Telander.
Krause pakował do bagażu okulary przeciwsłoneczne, prochowiec i kapelusz z szerokim rondem, pod którym mógł ukryć twarz — miał nadzieję, że dzięki temu, gdy skryje się gdzieś w cieniu, nikt go nie rozpozna. Miał wręcz paranoję, usiłował stać się niewidoczny, gdy zajmował miejsce na trybunach. Podróżował sam, nie zależało mu na nawiązywaniu przyjaźni ze skautami innych drużyn. To zdecydowanie nie był jeden z tych gości, którzy po meczu stawiają wszystkim kolejkę i lubią się wymieniać ciekawymi historiami. "Jestem samotnikiem — powiedział kiedyś. — Przez te wszystkie lata w drodze byłem sam ze sobą i nie zdobyłem zbyt wielu przyjaciół. Miałem swoją robotę do wykonania".
Na ścianie w biurze Krause’a można było dostrzec niepodpisany cytat, który idealnie oddawał jego nastawienie do pracy: "SŁYSZ WSZYSTKO, WIDŹ WSZYSTKO, NIE MÓW NIC". Gdy Johnny Bach, zapalony czytelnik książek historycznych, po raz pierwszy dostrzegł ten napis, nie mógł uwierzyć, że Krause chwali się maksymą nazistowskiego szpiega, admirała Wilhelma Canarisa. "Jerry — zwrócił się do niego — to bardzo dziwny wybór jak na kogoś, kto jest Żydem". Bach był przekonany, że menedżer Bulls nie miał pojęcia, kim był Canaris — szef hitlerowskiego wywiadu w trakcie II wojny światowej. Krause jednak wiedział doskonale. Gdy Rick Telander spytał go o ten cytat, wyjaśnił: "Wśród szefów klubu mamy także Żydów i… — zawiesił głos. — Ludzie mówili, że jeśli Canaris byłby Amerykaninem, nigdy nie doszłoby do II wojny światowej. Wiedziałby o wszystkim, co ma się wydarzyć, z odpowiednim wyprzedzeniem".
Krause — wnuk imigrantów, rosyjskich Żydów — często opowiadał reporterom, że jako dzieciak zmagał się w Chicago z antysemityzmem. Jego ojciec, Paul Karbofsky, zamerykanizował nazwisko na Krause, gdy rozpoczął karierę amatorskiego boksera. Żydowscy pięściarze często się na to decydowali, by się zasymilować. Z trudem wiążący koniec z końcem Paul Krause prowadził delikatesy, a później otworzył także sklep obuwniczy w Norwood Park, w północno-zachodniej części miasta. Według Jerry’ego antysemici z tamtej okolicy "chcieli wykurzyć Żydów ogniem", ale dyskryminacja nie powstrzymała jego ojca przed pogonią za amerykańskim snem. Krause mówił także, że z dyskryminacją zmagał się również w liceum Taft jako jedyny uczeń żydowskiego pochodzenia. Jego prześladowcy obrzucali zadziornego, pulchnego dzieciaka różnymi obelgami. Nazywano go "mośkiem", "pejsem", "żydowskim pomiotem". On jednak walczył o swoje, podobnie jak jego ojciec w ringu. "Typowa historia. Jakiś koleś nazwał mnie »pejsem«, więc go walnąłem. Chwilę potem już się biliśmy. Miałem na koncie pewnie z kilkanaście takich bójek".
Z perspektywy czasu Krause uważał, że te starcia były najlepszym, co mogło mu się przytrafić, bo nauczyły go, jak radzić sobie z dyskryminacją — to cenna lekcja, która w jego ocenie pomogła mu w pracy dyrektora w NBA. "Gdy któryś czarny gracz mówi mi: »Nie wiesz, jak to jest być ofiarą uprzedzeń«, odpowiadam: »Stary, wyobraź sobie, że jesteś jedynym Żydem pośród dwóch tysięcy dzieciaków w szkole«". Tyle że Krause nieco naciągał fakty, opisując liceum Taft jako "wylęgarnię antysemitów". Według jego kolegów z klasy — także Żydów — zdecydowanie nie był jedynym Żydem w szkole, nie starano się także "wykurzyć ich ogniem" z okolicy. Wręcz przeciwnie — Taft miał opinię "jednej z najbardziej postępowych szkół średnich w Chicago".
Zakompleksiony Krause usilnie się starał, by ludzie widzieli w nim człowieka triumfującego, wygrywającego z przeciwnościami losu, a nie przysadzistą ofermę. Stworzył własną narrację, przedstawiając swoją drogę od zera do bohatera, w której nie było miejsca na żadne ułomności. Wyobrażał sobie siebie jako genialnego menedżera i zaciekłego negocjatora. Po tym, jak zbudował drużyny, które zdobyły dla Chicago sześć tytułów mistrzowskich, fani nie pamiętali już, że jego pierwszy okres pracy na stanowisku generalnego menedżera Bulls był klapą — i Krause wolał, żeby o tym nie pamiętano. W 1976 r., tuż po tym, jak Phoenix Suns zwolnili go z posady skauta ze względów finansowych, właściciel Bulls Arthur Wirtz zatrudnił go na stanowisku dyrektora drużyny. Była to dla Krause’a wymarzona praca. Reporterów zszokowało to, że Wirtz przyjął "małego Jerry’ego", 37-letniego maniaka koszykówki, który podkolorowywał swoje skautowskie résumé. "Nawet jeśli nigdy nie słyszeliście o Jerrym Krausie, znacie go dobrze — pisał w "Tribune" Rick Talley. — To ten dzieciak z waszej okolicy, który ciągle przyłazi, żeby wymieniać się kartami baseballistów. Zna każdego zawodnika z każdej dyscypliny sportowej, łącznie z numerami na ich koszulkach. Kolekcjonuje ulotki ze składami i programy meczowe, przy jednym uchu trzyma radyjko tranzystorowe z relacją z jednego meczu, drugi ogląda w tym samym czasie w telewizji, a do tego jednocześnie rozmawia przez telefon".
Zaledwie trzy miesiące później każdy fan Bulls wiedział już jednak doskonale, kim jest Jerry Krause. Wirtz zmusił go do rezygnacji, gdy ten postanowił bez konsultacji z właścicielami klubu zaproponować pracę pierwszego trenera Rayowi Meyerowi z DePaul University. Wściekły prezes powiedział Krause’owi, że nie ma zamiaru zatrudniać szkoleniowca akademickiego. Menedżer utrzymywał, że nigdy nie zaproponował Meyerowi pracy i że opiekun drużyny z DePaul źle go zrozumiał, lecz sam zainteresowany zdążył już oznajmić zarządowi uczelni, iż rozważa ofertę Bulls. Krytyczne wobec Krause’a nagłówki chicagowskich gazet — "stanowisko w Bulls to dla Jerry’ego za wysokie progi" — przyczyniły się do zszargania jego reputacji. Zrezygnował. Został wyśmiany, a pogrzebała go prasa z jego rodzinnego miasta. "Nigdy nie zapomnę tego uczucia, gdy tamtego dnia wychodziłem z biura. Całkowite poniżenie".
Reporterzy z Chicago wyśmiewali go, nazywali rozczochranym błaznem w za dużej marynarce, zbyt długich podwiniętych spodniach i poplamionym sosem krawacie. "W ich oczach — jak pisał Ben Joravsky z "Chicago Readera" — na zawsze pozostał przynoszącym kawę chłopcem na posyłki z redakcji gazety, przysadzistym dzieciakiem bez talentu sportowego, za to z niemal żałosną pasją do sportu. Nie miał żadnych innych zainteresowań. Był samotnikiem. Jego życie kręciło się wokół sportu do tego stopnia, że dziwiło to nawet dziennikarzy sportowych".
Po odejściu z Bulls Krause wrócił do pracy skauta dla baseballowej drużyny Chicago White Sox. Gdy w 1981 r. Jerry Reinsdorf kupił klub od Billa Veecka, odkrył, że łowca talentów pracuje bez wytchnienia i ma ogromną wiedzę o młodych graczach. Cztery lata później, gdy Reinsdorf nabył także drużynę Bulls, zatrudnił go na stanowisku generalnego menedżera, wprawiając w osłupienie niemal wszystkie osoby śledzące NBA. Mieli oni podobne spojrzenie na kwestie budowania zespołu poprzez draft i dwa lata później Krause postanowił skorzystać z okazji, która miała na nowo zdefiniować jego zawodową karierę: postawił na Scottiego Pippena.
Krause zachowywał się tak, jakby był jedyną osobą w świecie profesjonalnej koszykówki mającą pojęcie o istnieniu kogoś ta kiego jak Pippen. Niczym wytrawny pokerzysta trzymający asa w rękawie usiłował ukrywać swoje plany. "Jerry zachowywał się jak koci włamywacz — opowiadał Pippen. — Wszystko odbywało się w wielkiej tajemnicy. Nie chciał, by ktokolwiek odkrył, że w ogóle wie, kim jestem". Przed meczami pokazowymi organizowanymi pod kątem draftu Krause nie miał już wątpliwości, że odnalazł nieoszlifowany diament, lecz gdy Pippen spisał się znakomicie przeciwko najwyżej ocenianym graczom akademickim, jego notowania znacznie wzrosły. Zdesperowany menedżer usiłował przekonać Jimmy’ego Sextona, by ten zabrał młodego zawodnika jeszcze przed draftem na Hawaje na koszt Bulls, żeby ten nie miał okazji rozmawiać z innymi zespołami. Oczywiście agent koszykarza na to nie przystał.
Gdy Krause przedstawił Dougowi Collinsowi i jego asystentom taśmy z najlepszymi zagraniami perspektywicznych graczy, podał też ich imiona i nazwiska, wzrost, wagę i uczelnię, z której się wywodzili. Żadnych szczegółów. Po przejrzeniu filmików pierwszym pytaniem Collinsa było: "Kim, do cholery, jest Scottie Pippen?". Krause sprowadził swe odkrycie do Chicago, żeby trener mógł je poznać. W trakcie treningu Pippen zaprezentował "wyjątkową płynność ruchową", znakomicie poruszał się po parkiecie, a w dodatku zużywał na to znacznie mniej energii od większości graczy. Trener przygotowania kondycyjnego Bulls, Al Vermeil, zarządził ćwiczenie będące testem na poruszanie się na boki. Rozmieścił piłki w okolicy punktu rzutów wolnych i poinformował graczy, że ich zadaniem jest podnoszenie ich i zaliczenie jak największej liczby wsadów w ciągu pół minuty. Podobno Pippen zanotował 15 wsadów — rekord, który przekonał Krause’a, że znalazł przyszłą gwiazdę.
Nigdy nie usłyszałby jednak o Scottiem Pippenie, gdyby nie niejaki Donald Wayne, trener drużyny licealnej. Grając pod jego okiem w zespole liceum z Hamburga, chuderlawy rozgrywający Pippen, uczeń ostatniej klasy, został wybrany do najlepszych graczy w swoim dystrykcie. Choć nie był wówczas zbyt wysoki jak na koszykarza — mierzył około 183 centymetrów — Wayne uznał, że może jeszcze urosnąć i dojrzeć jako gracz. Co jednak najważniejsze, chciał, by Scottie poszedł do college’u, a ponieważ żadna z okolicznych uczelni nie była zainteresowana jego podopiecznym, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Zadzwonił do swojego dawnego trenera akademickiego, Dona Dyera, i zasugerował mu, by ten pozwolił Pippenowi pokazać się na treningu koszykarzy drużyny University of Central Arkansas. Dyer postanowił dać szansę nieśmiałemu dzieciakowi z Hamburga, który niewiele mówił poza "tak, proszę pana" i "nie, proszę pana". W pierwszym sezonie Pippen udowodnił, że zasługuje na stypendium sportowe, i zaczął pozwalać sobie na marzenia o wyrwaniu się z wiejskich terenów Arkansas. Jeszcze przed drugim rokiem gry, gdy Dyer poprosił zawodników, aby jak co 12 miesięcy wypełnili kwestionariusze dotyczące swoich "celów", Pippen napisał: "Chciałbym grać w NBA".
Na ostatnim r. studiów mierzył już dwa metry wzrostu i stawał się coraz bardziej pewny siebie na parkiecie. Przez dwa lata był najlepszym zawodnikiem Arkansas Intercollegiate Conference i za wszelką cenę chciał przekonać do siebie wszystkich niedowiarków. Często dzwonił do asystentów trenera z Uniwersytetu Arkansas — najlepszej koszykarskiej drużyny w stanie — i deklarował, że chciałby się do nich przenieść i że ogra każdego zawodnika ich zespołu. Nie przywiązywali do tego wagi. Wiele lat później, gdy Pippen był już regularnym uczestnikiem Meczów Gwiazd NBA, trener drużyny zwanej Razorbacks, Nolan Richardson, przyznał, że zignorowanie go było największym błędem w jego karierze.
Krause nie zamierzał popełnić takiej pomyłki. W przeddzień draftu 1987 r., o 2.30 w nocy, wypracował dość skomplikowaną umowę. Seattle SuperSonics zgodzili się wybrać Pippena z piątym numerem — pod warunkiem że niedostępni będą już wtedy Reggie Williams, gwiazda Georgetown, oraz wybrany do drużyny najlepszych graczy akademickich w kraju Armon Gilliam z University of Nevada, Las Vegas. Następnie Seattle ode słałoby Pippena do Chicago w zamian za ósmy wybór — centra Oldena Polynice’a z Wirginii — oraz zawodnika z drugiej rundy draftu. Było to dość ryzykowne posunięcie w tamtym czasie — stawiać tyle na gracza, o którym jeszcze sześć tygodni wcześniej nie słyszał żaden menedżer z NBA. Krause mówił potem, że gdy by Pippen nie stał się gwiazdą ligi, "zatłukliby mnie maszyną do pisania". Okazało się jednak, że był to najlepszy transfer w historii wieczorów draftowych.
Michael Jordan nie był wielkim fanem ruchów menedżerskich Krause’a, lecz nie mógł zaprzeczyć, że poprzez wybranie w drafcie Pippena oraz skrzydłowego z Clemson, Horace’a Granta — gracza r. konferencji ACC — zapewnił mu dwóch niezwykle ważnych partnerów, którzy mogliby mu pomóc w spełnie niu marzeń o mistrzostwie. Lider Bulls narzekał, gdy generalny menedżer oddał jego nieustraszonego ochroniarza, skrzydło wego Charlesa Oakleya, do Knicks w zamian za centra Billa Cartwrighta — boiskowego weterana, który najlepsze lata miał już za sobą — choć później przyznał, że to posunięcie pomogło drużynie. Najbardziej jednak irytowało go to, że Krause wyolbrzymiał swoje zasługi i często przypisywał sobie osiągnięcia graczy. Przewidywał, że pewnego dnia, gdy pamięć fanów nieco się już rozmyje, działacz przypisze sobie nawet jego wybór w drafcie.
Bez względu na to, jak bardzo Jordan gardził Krause’em, prawda wyglądała tak, że menedżer stworzył skład zdolny walczyć z każdą drużyną w NBA. Teraz, w sezonie 1990/91, przyszedł czas, by Jordan, Pippen i reszta graczy Bulls rzucili w końcu wyzwanie Detroit Pistons.
Tłumaczenie: Jakub Michalski
Partner Wydawnictwo SQN
[REKLAMA] Okładka książki "Jumpman. Jak Michael Jordan stał się globalną ikoną".