
Siedem ostatnich meczów w Lidze Narodów reprezentacja Polski zaczyna od przegrania pierwszego seta. — Nasi przeciwnicy stawiają wszystko na jedną kartę — uważa rozgrywający Marcin Komenda i zwraca uwagę na inny ważny aspekt. Mówi też, z kim w zespole musi się jeszcze zgrać i jak Polacy wyjaśniają nieporozumienia na parkiecie.
KATARZYNA PAW: Śni się jeszcze panu pierwszy set meczu z Argentyną w ramach drugiego turnieju Ligi Narodów w Gliwicach, w którym padł rekordowy wynik 50:48 dla rywali?
MARCIN KOMENDA (ROZGRYWAJĄCY REPREZENTACJI POLSKI): To był bardzo nietypowy set. Chyba jeszcze nigdy nie rozegrałem partii, która skończyłaby się wynikiem powyżej 40, a co dopiero dobiła do 50 punktów. Tamten set był nieprawdopodobny i stał na wysokim poziomie, bo jedna drużyna przełamywała drugą nie po błędzie przeciwnika a po swoim dobrym zagraniu. Ta partia robiła wrażenie. Choć ją przegraliśmy, to jednak wygrywaliśmy cały mecz 3:1, więc chyba nie ma powodu, aby za długo rozpamiętywać tamtą porażkę. Mimo wszystko szkoda, że był to kolejny przegrany przez nas pierwszy set i na pewno warto się zastanowić, z czego to może wynikać. Gdybyśmy te premierowe partie wygrywali, to z rywala schodziłoby powietrze, a nam grałoby się łatwiej, bo niepotrzebnie musieliśmy gonić wyniki.
Ma pan zatem pomysł, dlaczego tak się dzieje? Po raz ostatni pierwszego seta wygraliście w inauguracyjnym meczu Ligi Narodów z reprezentacją Kuby.
Na pewno nie chcieliśmy do tego doprowadzać, jednak koniec końców najważniejsze jest to, że większość takich meczów zakończyła się na naszą korzyść i te pierwsze sety w konsekwencji nie miały wpływu na finalne rezultaty. Według mnie nasi przeciwnicy w premierowych partiach stawiają po prostu wszystko na jedną kartę: ryzykują, grają bardzo odważnie i to przekłada się na wynik. W miarę rozwoju seta to my jednak przejmujemy inicjatywę, a rywalom trudno jest przez cały czas grać na takim samym ryzyku i utrzymywać skuteczność. W każdym meczu przydarzały nam się słabsze i lepsze chwile, każdy z nich miał swoją historię.
Gdyby nie powrót Wilfredo Leona czy Jakuba Popiwczaka, seria tie-breaków nie stanęłaby na pięciu, bo wszystkie cztery spotkania w Gliwicach zakończylibyście w piątych partiach?
Mam nadzieję, że to by się nie wydarzyło, ale trzeba oddać, że zarówno Wilfredo, jak i Kuba to wielkie postaci, które bardzo dużo wnoszą do drużyny. Ich przyjazd do Gliwic wraz z Kewinem Sasakiem i Marcelem Bakajem sporo dał naszej ekipie i fajnie, że wygraliśmy dwa ostatnie mecze za trzy punkty. Trudno powiedzieć, jakby się to wszystko potoczyło, gdyby ci zawodnicy do nas nie dołączyli, jednak i tak plan to przewidywał. Cieszy nas, że dzięki tym sześciu punktom zdobytym w meczach z Niemcami i Argentyną nasza sytuacja w tabeli Ligi Narodów jest dość dobra [Polska zajmuje trzecie miejsce].
Czy w takim razie siatkarze z mniejszym doświadczeniem nie są jeszcze gotowi na poziom gry w seniorskiej reprezentacji?
Absolutnie nie można tak powiedzieć. Wilfredo czy Kuba to zawodnicy ze światowego topu, którzy zawsze dają od siebie coś na plus. Uważam, że siatkarze z mniejszym doświadczeniem w trakcie Ligi Narodów też wielokrotnie pokazywali dużo fajnej jakości gry i każdy z nich dokładał cegiełkę do tego, aby nasze wyniki były jak najlepsze.
Marcin Golba/NurPhoto via Getty Images / Getty Images
Wilfredo Leon
Tym razem trener Nikola Grbić powiedział wprost, że to pan ma być reprezentacyjną jedynką na pozycji rozgrywającego w bieżącym sezonie. W Gliwicach w meczu z Turcją był pan jedynym rozgrywającym w zespole, bo urazu łydki doznał wówczas Jan Firlej. Jak się panu grało ze świadomością braku zmiennika?
Z tyłu głowy zawsze jest taka myśl, że trzeba pilnować swojego zdrowia, bo jeśli nie ma drugiej osoby na twojej pozycji, to w przypadku urazu pojawia się bardzo duży problem. To na pewno było ważne, żeby nic pod względem zdrowotnym się nie wydarzyło. A jeśli chodzi o funkcjonowanie na boisku, to każdy z nas chce dawać od siebie jak najwięcej i jak najlepiej się zaprezentować. Dlatego mnie przyświecało to, aby wykonywać swoją robotę jak najlepiej. Szkoda, że Jankowi przytrafił się uraz, jednak wierzę, że już niebawem do nas dołączy i będziemy mogli się fajnie uzupełniać.
Pańskim zdaniem ta sytuacja unaoczniła, że możemy mieć problemy na rozegraniu? W końcu w szerokim składzie nie ma już żadnego bardziej doświadczonego zawodnika na tej pozycji w kontekście ewentualnej kontuzji.
Pozostali rozgrywający rzeczywiście są młodzi, ale każdy z nas, doświadczonych zawodników, też kiedyś dostawał swoją szansę. Wydaje mi się, że każdy z tych chłopaków ma duży potencjał, potrzebują tylko dostać szansę i sprawdzić się na polu bitwy. Oczywiście doświadczenia z PlusLigi tacy siatkarze jak chociażby Marcel Bakaj nie mają, ale widzę ich na treningach i uważam, że są to zawodnicy z dużym potencjałem. Jestem przekonany, że przyjdzie taki moment, że ta młodzież wykona dobrą robotę.
W Gliwicach do największej rotacji dochodziło na pozycji środkowego. Jak się pan w tym wszystkim odnajdywał? Domyślam się, że każdy z nich, czyli Bartłomiej Lemański, Jakub Nowak, Szymon Jakubiszak i Mateusz Poręba, preferuje inny sposób wystawienia piłki.
To prawda. Każdy z nich ma inny styl gry, dlatego potrzebujemy jeszcze trochę czasu, aby złapać rytm zwłaszcza z tymi zawodnikami, z którymi gry było mniej. Myślę, że w trakcie Ligi Narodów właśnie o to chodzi. Zarówno treningi, jak i mecze mają służyć temu, aby odnajdywać się na boisku w różnych sytuacjach. Traktuję to też jako wyzwanie, aby ta praca zaowocowała w najważniejszych momentach sezonu kadrowego.
Antoni Dec / newspix.pl
Nikola Grbić
Trener Grbić powiedział, że musicie szukać zgrania pomiędzy panem a Lemańskim, który może bardzo pomóc drużynie zarówno w bloku, jak i w ataku. Niektórzy kierują jednak spojrzenie w pańską stronę, twierdząc, że już w Gliwicach można było jeszcze lepiej wykorzystać potencjał "Lemana". Jak to wygląda z pańskiej perspektywy?
Na pewno można było, bo zawsze można coś udoskonalić. Na moment, w którym się wówczas znajdowałem, próbowałem dać od siebie tyle, ile mogę. Zawsze chcę jak najwięcej dać od siebie drużynie, więc oczywiście zdaję sobie sprawę, że wiele rzeczy można było zrobić lepiej.
A jeśli chodzi o atakujących? Największą pracę chyba wykonuje pan teraz z Bartłomiejem Bołądziem, bo z Kewinem Sasakiem znacie się jak łyse konie. Zresztą pański kolega z Bogdanki LUK Lublin w meczu z Argentyną zagrał tak, jakby żadnej przerwy od gry nie miał, podobnie zresztą jak na środku Jakub Nowak.
Z Kewinem bardzo dobrze znamy się z gry w Bogdance i fajnie, że wraca do formy i łapie rytm. Z Bartkiem znamy się długo i choć nie graliśmy razem w żadnym klubie, to wydaje mi się, że ta współpraca wygląda bardzo dobrze. Choć oczywiście musimy popracować nad pewnymi elementami, co było widać też w Gliwicach.
W meczu z Turcją w rozegraniu sytuacyjnej piłki przeszkadzał panu Aleksiej Nasewicz. Miał pan wówczas do niego wyraźne pretensje. Wszystko między wami jest w porządku?
Tak. Takie rzeczy czasami się zdarzają. To było po prostu nieporozumienie komunikacyjne. Teoretycznie druga piłka jest zawsze rozgrywającego, ale na pewno Aleks chciał dobrze i nie miał w tym złych intencji. Wytłumaczyliśmy sobie wszystko po tamtym meczu. Czasami po prostu emocje w trakcie spotkania biorą górę, bo każdy chce jak najlepiej się zaprezentować i wygrać kolejną akcję. Gdy już ochłoniemy, to dialog między nami zawsze się pojawia.
Zwycięstwa w Gliwicach były kluczowe, abyście mogli pozostać w grze o awans do Final Eight Ligi Narodów w Ningbo. Wyobraża pan sobie scenariusz, w którym obrońców tytułu miałoby w niej zabraknąć?
Nie chcę sobie tego wyobrażać. Chcemy znaleźć się w Final Eight i walczyć o najwyższe cele. Cztery zwycięstwa w Gliwicach przybliżyły nas do awansu, ale przed nami teraz trudny turniej w Chicago z wymagającymi rywalami. Na pewno musimy być w pełni skoncentrowani, bo łatwo nie będzie, a trzeba tam jak najwięcej wygrać, aby zakwalifikować się do rundy finałowej. Stawką jest też jak najlepsza pozycja wyjściowa do fazy play-off, bo to, na kogo trafi się w ćwierćfinale, również jest istotne.
JAKUB PIASECKI/CYFRASPORT --- Newspix.pl / newspix.pl
Marcin Komenda
W Chicago zmierzycie się z Francją, Bułgarią, Brazylią i gospodarzami. Wszystkie te drużyny przeżywały większe lub mniejsze kryzysy i także do samego końca będą bić się o przepustkę. Czy w tych okolicznościach zapewnienie sobie przez was awansu rzutem na taśmę po raz drugi z rzędu jest zadaniem z gatunku tych możliwych do wykonania? W końcu przed rokiem w Gdańsku też walczyliście do ostatniej chwili.
Wydaje mi się, że system gry w Lidze Narodów został tak skonstruowany, aby emocje trwały właśnie do samego końca. Przed rokiem awansowaliśmy do Final Eight po odniesieniu ośmiu zwycięstw, a do uzyskania prawa gry wystarczało sześć. Teraz tyle ich właśnie mamy i wychodzi na to, że aby już zapewnić sobie awans, trzeba było wygrać wszystkie dotychczasowe mecze. Tak jest w przypadku Japończyków, którzy nie przegrali jeszcze ani jednego spotkania i są na czele tabeli. Pozostałe zespoły muszą o tę przepustkę jeszcze walczyć, a my chcemy ją sobie zagwarantować jak najszybciej. Część z naszych rywali ma jeszcze trudniejszą od nas sytuację, w związku z czym tej rywalizacji będzie towarzyszyć dużo emocji i każdy mecz zapowiada się bardzo ciekawie.
Trener Grbić mówił, że do Chicago zabierze już najmocniejszy skład, ale Jakub Kochanowski leczy kontuzję i w USA jeszcze nie zagra, a Tomasz Fornal ponoć daleki jest od optymalnej formy. Jak bardzo utrudni wam to sytuację w USA?
Każdy w swoim tempie będzie dochodził do pełnej dyspozycji, czy to zdrowotnej, czy to fizycznej. Zarówno Kuba, jak i Tomek to bardzo doświadczeni zawodnicy, którzy już z niejednego pieca chleb jedli. Na pewno wiedzą, jak razem ze sztabem to wszystko poprowadzić w dobrym kierunku. Jeśli pojedziemy do Chicago w najmocniejszym składzie, to właśnie po to, aby zrobić kolejny krok do przodu w tym sezonie.
Która z drużyn jest dla pana największym zaskoczeniem w tej edycji Ligi Narodów?
Przede wszystkim wspomniani już przeze mnie Japończycy. Zawsze jest to mocny zespół, ale osiem wygranych meczów po dwóch turniejach Ligi Narodów jest naprawdę wybitnym rezultatem. Poza tym wskazałbym na zespół z Ukrainy. Po dołączeniu do składu Ołeha Płotnickiego gra z tą ekipą stała się naprawdę nieprzyjemna i uważam, że może sporo namieszać. W czołówce są Słoweńcy, którzy grają w przemeblowanym składzie, a Serbowie przez pewien czas też byli wysoko w tabeli [zajmują obecnie 11. miejsce] i widać, że ich młode pokolenie idzie do przodu. Zwróciłbym też uwagę na Turków, którzy pokazują, że ich mocniejsza liga przekłada się już na grę reprezentacji.
Dzięki zwycięstwom w Gliwicach oraz dwóm porażkom Włochów po 12 dniach przerwy ponownie wróciliście na tron w rankingu FIVB, z którego zeszliście 12 czerwca, czyli dokładnie po czterech latach dominacji. Pierwsze miejsce daje większy spokój i komfort w głowie zwłaszcza w kontekście awansu do igrzysk olimpijskich w Los Angeles?
Pilnowanie rankingu na pewno jest ważne. Od długiego czasu znajdujemy się w jego ścisłej czołówce i przy tych nowych zasadach uzyskiwania awansu na igrzyska olimpijskie istotnym jest, aby unikać porażek z niżej sklasyfikowanymi zespołami. Myślę, że nieźle nam to na razie wychodzi.
Do Spały wróciliście po dwóch dniach wolnego i przez ten czas przygotowujecie się do trzeciego turnieju Ligi Narodów. Po drodze czeka was jedno towarzyskie starcie z Niemcami w Olsztynie. To będzie dla was bezcenny czas, czy jednak wolelibyście być w rytmie meczowym?
Trening w tym momencie na pewno jest ważny, bo jeszcze nie wszyscy mieli okazję wystąpić w meczu w tym sezonie. To będzie służyło zgraniu, dlatego jest to dla nas obecnie cenny czas, bo po wylocie do USA i uzyskaniu awansu do Final Eight, już nie będzie chwili na trening. Pojawi się ona dopiero po zakończeniu rywalizacji w Lidze Narodów, gdy będziemy się przygotowywać do mistrzostw Europy.