RAK
    Drugie dno słów Lewandowskiego. Nie powiedział całej prawdy

    Drugie dno słów Lewandowskiego. Nie powiedział całej prawdy

    1809 odsłon
    Drugie dno słów Lewandowskiego. Nie powiedział całej prawdy

    Z powitalnej konferencji Roberta Lewandowskiego w Chicago Fire płyną dwa kluczowe wnioski. Przede wszystkim taki, że marketingowcy polskich klubów piłkarskich nie muszą mieć już żadnych kompleksów wobec swoich kolegów po fachu z Zachodu. O ile oczywiście nadal je mieli.

    Korespondencja z Chicago

    To kluczowy przekaz, który płynie z prezentacji Lewandowskiego: reprezentacja Polski najprawdopodobniej będzie musiała poradzić sobie w nadchodzącym czasie bez swojego kapitana.

    Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

    Nie powiedział tego wprost, ale tak należy interpretować jego słowa o tym, że teraz będzie miał inne kwestie na głowie. Na przykład te związane z adaptacją w nowym klubie i na nowym kontynencie. A skoro nad grą dla Biało-Czerwonych nadal się zastanawia, to nikogo nie powinno zdziwić, że jesienią w narodowych barwach go nie zobaczymy.

    Zwłaszcza że Lewandowski pominął w swojej wypowiedzi kluczową kwestię. Do najbliższego zgrupowania reprezentacji narodowych jego nowy klub może rozegrać nawet 18 spotkań. Średnio jeden mecz na trzy dni. W międzyczasie trzeba znaleźć dom, sprowadzić rodzinę za Wielką Wodę, urządzić się. Brzmi jak idealny scenariusz pod to, żeby jesienną Ligę Narodów odpuścić.

    Jeśli do tego dojdzie, pozostaje mieć nadzieję, że zostanie to odpowiednio zakomunikowane i wytłumaczone. Zwłaszcza że między pierwszym a drugim jesiennym meczem Biało-Czerwonych Chicago Fire ma zaplanowane spotkanie ligowe, w którym polski napastnik pewnie wystąpi, jeśli nie stawi się na zbiórce wybrańców Jana Urbana. A kolejna afera pt. "Robert Lewandowski ma gdzieś kadrę" nie jest nikomu do szczęścia potrzebna.

    Zmarnowany potencjał

    Kilka osobnych akapitów należy się temu, jak Polak został w Chicago zaprezentowany. Przy czym trzeba zaznaczyć, że nie była to wina szeregowych pracowników.

    Ci byli przez cały dzień nad wyraz pomocni. Gdy po powrocie do ośrodka treningowego zatrzymałem się przed drzwiami wejściowymi, bo dostałem jakieś powiadomienie na telefon, z recepcji od razu wyskoczył jeden z przedstawicieli działu prasowego i otworzył mi drzwi. Chyba że po prostu obawiał się, że nie wiem, co począć z zawartością plecaka...

    Do ośrodka treningowego nie można wnosić broni palnej. Dobrze wiedzieć...

    Dariusz Dobek / Onet

    Do ośrodka treningowego nie można wnosić broni palnej. Dobrze wiedzieć...

    A będąc już bardziej serio, trzeba rozprawić się z tym, jak transfer Lewandowskiego został ograny. A właściwie jak ograny nie został. Marketingowcy polskich klubów piłkarskich do tej pory są w szoku. I jeszcze długo będą.

    Jeśli ktoś ma porównanie do wydarzeń sprzed czterech lat z Barcelony, musiał poczuć spory zawód. Nawet jeśli na takowy się zanosiło. Trudno, żeby było inaczej, skoro już po przylocie Lewandowskiego do Chicago coś poszło nie tak.

    Jednak ciągle był cień nadziei, że wydarzy się coś ekstra. Że Lewandowski nie zostanie potraktowany jak piłkarz z łapanki. Nie wynikał on z ojkofilii, a z niezaprzeczalnego faktu, że do klubu trafia jeden z najlepszych zawodników ostatnich lat. A dla Fire to epokowe wydarzenie, na które stawiła się nigdy tutaj niewidziana armia dziennikarzy. Co potwierdzali sami pracownicy klubu.

    Owszem, nikt nie oczekiwał, że wynajmą helikopter z funkcjonującej nieopodal wypożyczalni i w ten sposób dostarczą Polaka do ośrodka treningowego (choć w sumie czemu nie?). Że nagle do klubu wkroczy właściciel Joe Mansueto i wygłosi laudację pod adresem Lewandowskiego (choć w sumie czemu nie?). Że nagle zmienią zdanie, przełożą konferencję i uznamy sprawę za niebyłą (choć w sumie czemu nie?).

    Barcelona szybko naprawiła błąd w kwestii Lewandowskiego

    Barcelona też zaczęła od falstartu. Wideo z budki na plaży w Fort Lauerdale na Florydzie zostało obśmiane z góry na dół. Tyle że biuro prasowe Dumy Katalonii działało ad hoc. Tuż po podpisaniu kontraktu Lewandowski przyjechał do USA na przedsezonowy obóz i jego transfer trzeba było obwieścić jakkolwiek.

    Pierwsze wideo z Lewandowskim w barwach Barcelony:

    Jednak po powrocie do Hiszpanii to wszystko poszło w niepamięć. Uroczysta prezentacja przy kilkudziesięciu tysiącach widzów na Camp Nou była epokowym wydarzeniem w historii polskiego sportu. Byłem, widziałem, potwierdzam.

    Chicago Fire nie zamierzało jednak zawracać z obranej drogi. Prezentacja tuż przed półfinałem mistrzostw świata Francja — Hiszpania? Przecież skończyła się przed pierwszym gwizdkiem. Ot, zwykła konferencja prasowa bez żadnych fajerwerków? A na co to komu?

    Szansa na wypromowanie klubu nie tylko w Stanach, ale i poza ich granicami została spektakularnie pogrzebana. Zwłaszcza że jest wśród kogo ten transfer promować.

    Meksykański taksówkarz nie mógł uwierzyć, że Lewandowski zasila Fire. Polskiego napastnika oczywiście kojarzy, bo jak każdy przybysz zza południowej granicy USA piłką się interesuje. Tyle że nie do tego stopnia, żeby śledzić poczynania transferowe lokalnej drużyny. Takich jak on jest więcej.

    • Efekt "Lewego" już dał o sobie znać. Ludziom w klubie brakuje słów

    Ten transfer jest też po co promować. Podczas czwartkowego meczu z Vancouver Whitecaps trybuny jeszcze się wypełnią. Część kibiców kupiła bilety już wcześniej, bo po końcowym gwizdku wystąpi duet DJ-ów Two Friends.

    Zdecydowana większość przyjdzie jednak na koncert nowego nabytku klubu. Co, jeśli Lewandowski nie ruszy jednak z kopyta i nie zacznie szybko zdobywać bramek? Jak dział promocji będzie chciał wtedy przyciągnąć publiczność na trybuny? Znów pójdzie do polskiego sklepu, zrobi kilka zdjęć na tle naszych produktów, wrzuci na media społecznościowe i nic więcej?

    Pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. Prezentację swojej największej gwiazdy w historii — tym bardziej.

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era

    Co o tym sądzisz?