
— Pamiętam swój wstyd, gdy opowiadałam kuzynkom, że bardzo lubię sushi, ale nie wiem, czy tu, w Polsce je zjem — mówi Dominika, która po 27 latach wróciła na stałe do Polski z USA. — Ameryka dziś to już nie ten sam kraj co 30 lat temu, gdy tam przyjechałam. Teraz to tu w Polsce jest Ameryka — dodaje.
Być może żyję w internetowej bańce, która podrzuca mi takie treści, ale w ostatnim czasie praktycznie nie ma dnia, bym na Facebooku czy Instagramie nie zobaczył rolki, na której jakiś obcokrajowiec zachwyca się Polską. Nieważne, czy turysta przyleciał do nas na krótko, czy na chwilę. Z Zachodu, Wschodu, Południa czy Północy. Dla wielu Polska to dziś kwintesencja kraju bogatego, czystego, nowoczesnego i przede wszystkim bardzo bezpiecznego. I o ile takie pozytywne zaskoczenie u obcokrajowców nie wydaje się niczym dziwnym (mają oni często w głowie zaszczepione stereotypy o Europie Wschodniej i Środkowej), to okazuje się, że zszokowani wielkim skokiem, jaki zrobiła Polska, są też nasi rodacy, którzy przez lata mieszkali na obczyźnie.
Oto historie osób, które opuściły Polskę w latach 90. lub dwutysięcznych, a teraz wracają albo planują wrócić do kraju. W rozmowie z Onetem reemigranci mówią o powodach powrotu do ojczyzny, a także o tym, co najbardziej zaskakuje ich w Polsce w 2026 r.
— Gdy w 1999 r. wyjeżdżałam z Polski, raczej nie sądziłam, że kiedyś tu wrócę — przyznaje Dominika, mieszkanka wsi pod Zakopanem. Góralka ma dziś 47 lat i niemal całe swoje dorosłe życie spędziła w Chicago w USA. Wyleciała tam, mając 19 lat. Była zaraz po ukończeniu Technikum Tkactwa Artystycznego. Do Polski wróciła ponad rok temu i otworzyła własną pracownię krawiecką. Twierdzi, że klientów ma tyle, że po przyjeździe do ojczyzny finansowo żyje jej się lepiej niż za "wielką wodą".
— Wyjechałam z kraju do rodziców, którzy do Ameryki wyemigrowali dwa lata wcześniej — mówi Dominika. — Do czasu ukończenia szkoły zostałam z babcią, która dziś już nie żyje. Polskę końca lat 90. pamiętam jako kraj bardzo biedny. Albo może to nie jest tak, że pamiętam, ale najwyraźniej tak to musiałam sobie ułożyć w głowie. Kiedy tu mieszkałam, nic mi w sumie nie brakowało. Ale nie miałam nowych adidasów, a w wakacje nie jechałam nad jezioro, tylko szłam z rodziną w pole grabić siano. Zakupy robiłam na jarmarku w Nowym Targu. I wydawało mi się to wszystko wtedy po prostu normalne... Aż poleciałam do Chicago i zobaczyłam te wszystkie "mole" [górale w "polangu" mówią tak na centra handlowe, co jest skrótem od shopping mall — red.], "highway'e" [autostrady], wielkie samochody i ładne domki na przedmieściach. Nikt tam nie suszył siana, tylko co najwyżej kosił trawniczek — wspomina.
Moi rodzice pracowali ciężko cały tydzień, ale w niedzielę zawsze jechaliśmy na jakąś wycieczkę, do kina czy "Six Flags" [amerykańska sieć parków rozrywki — red.]. Pewnie, gdy taki młody człowiek jak ja porównał sobie to stare polskie życie i to nowe amerykańskie, uznał, że to pierwsze wynikało po prostu z biedy.
Moja rozmówczyni po przyjeździe do USA poszła na szybki kurs angielskiego, a następnie wraz z mamą zaczęła pracować w firmie sprzątającej prywatne domy. Kobiety wyrobiły sobie renomę i po czasie klienci zaproponowali im, by sprzątały ich domy już bez pośredników. Wówczas Dominika i jej mama same założyły własny biznes i zaczęły zatrudniać inne Polki, Czeszki i Litwinki do sprzątania.
— Mój tata pracował na budowie. Wiodło nam się dobrze. Rodzice kupili własny dom. Lataliśmy na wakacje na Florydę czy Hawaje. Cały czas mieliśmy jednak wielki problem. Nie mieliśmy legalnego prawa pobytu. Dlatego też przez ponad 20 lat żadne z nas nie mogło w tym czasie polecieć do Polski. Nie byliśmy nawet na pogrzebie babci — wspomina góralka. — Ostatecznie 5 lat temu pierwsza do Polski przyleciałam ja. Dwa lata wcześniej wyszłam za Pawła. Mój mąż ma amerykańskie obywatelstwo. Dzięki temu mam je dziś i ja — tłumaczy.
Dominika opisuje szok, jaki przeżyła po wylądowaniu na krakowskich Balicach.
— Wyszłam z nowoczesnego terminala i do Zakopanego pojechałam piękną autostradą — mówi mieszkanka Podhala. — Była zima i nie dało się ogrzać naszego rodzinnego domu, więc pierwsze kilka dni spędziłam w hotelu. To była klasa, a kosztował... całkiem przystępnie. W USA w tej samej cenie miałabym motel. Do tego te wszystkie nowoczesne sklepy. Pamiętam też swój wstyd, gdy opowiadałam kuzynkom, że bardzo lubię sushi, ale nie wiem, czy tu, w Polsce je zjem. Zabrały mnie do lokalu w Nowym Targu. Tak dobrego sushi w Ameryce nigdy nie jadłam. Później pojechałyśmy do marketu. Zaskoczyła mnie jakość produktów w sklepie.
Radek Pietruszka / PAP
Polacy w góralskich strojach w Chicago (2018 r.)
Dominika po powrocie do USA nie mogła otrząsnąć się z tego, co zobaczyła w Polsce. Wtedy jeszcze nie myślała o powrocie. To zmieniło się pół roku później, gdy zachorowała. Nie mogła pracować, a tym samym dochody jej rodziny spadły o połowę. Do tego doszły wielkie koszty leczenia. Gdy kobieta już wyzdrowiała, przyszło kolejne zwątpienie. Przed jednym z marketów zaczepiła ją grupa agresywnych osób w kryzysie bezdomności. Zdążyła schronić się w samochodzie, ale ten został zniszczony.
— Ameryka dziś to już nie ten sam kraj co 30 lat temu, gdy tam przyjechałam. Teraz to w Polsce jest Ameryka. Wróciliśmy do kraju z mężem i moją 12-letnią córką. Wyremontowaliśmy mój rodzinny dom i dziś prowadzimy w nim mały pensjonat. Mąż pracuje zdalnie, bo jest informatykiem. Zawsze miałam talent do szycia, dlatego założyłam pracownię krawiecką. Szyję głównie zasłony i firanki do podhalańskich hoteli i pensjonatów. Zamówień mam na pół roku do przodu. Żyje się nam świetnie. Jest bezpiecznie. W Polsce można spokojnie wyjść na spacer nawet o godz. 3 w nocy i nikt cię nie zaczepi. To jest wręcz niewiarygodne, jak bardzo rozwinęła i zmieniła się Polska — mówi Dominika.
Na Podhalu, Spiszu czy Orawie niemal każdy zna dziś kogoś, kto po latach emigracji wrócił do ojczyzny z USA. Powody, dla których ludzie zdecydowali się na reemigrację, są zazwyczaj podobne. Decydowało głównie bezpieczeństwo, tańsze, a przy tym wygodniejsze życie i większe możliwości, jakie dziś daje Polska. Podobne historie góralów opisywaliśmy już w Onecie, m.in. w tekstach: "Zwyciężyła randkowe show. Wróciła z Kanady do Polski. Mówi dlaczego" oraz "W USA była kierowcą luksusowej limuzyny. Porzuciła »amerykański sen« i wróciła do Polski".
Okazuje się, że do kraju po wielu latach emigracji wracają nie tylko górale. Wiktoria ma 36 lat. Do rodzinnej wsi pod Zamościem wróciła przed pięcioma miesiącami. Wcześniej mieszkała w angielskim Birmingham. Na Wyspy wyjechała w 2008 r. Miała wtedy 18 lat i była zaraz po maturze. Tam poznała swojego obecnego męża — Łotysza. Tam też siedem lat temu urodziła córeczkę Ivy.
— Przez te wszystkie lata cały czas regularnie odwiedzałam Polskę. Czasem nawet cztery razy w roku — mówi Wiktoria. — Nie mam więc czegoś takiego, że odczuwam szok odnośnie do tego, jak nasz kraj wygląda dziś i jak wyglądał, gdy wyjeżdżałam. Oczywiście, że Polska bardzo się rozwinęła. Obserwowałam to w miarę na bieżąco, choć z pewnego dystansu.
Kobieta mówi, że do kraju wróciła głównie ze względów bezpieczeństwa. Na taki krok, nawet bardziej niż ona, sama napierał jej mąż.
— W Anglii mieszkało mi się fajnie. Miałam dobrą pracę, grupę znajomych i życiowo też wszystko składałam do kupy. Ale od kilku lat, idąc ulicą w Wielkiej Brytanii, coraz częściej zastanawiałam się, czy jest bezpiecznie. Jest strach przed tym, czy zostaniesz napadnięty, okradziony lub po prostu zwyzywany. Mam wielu przyjaciół z dosłownie każdego zakątka świata, ale niestety na Wyspy przyjechało ostatnio tak wielu imigrantów, którzy nie chcą się dostosować do europejskich zasad, że to przestało być przyjemne. W przedszkolu, do którego chodziła moja córeczka, było więcej muzułmanów i hindusów niż Europejczyków. Wróciliśmy — opowiada.
Na razie Wiktoria mieszka z mężem u jej rodziców. W międzyczasie wykańczają własny dom.
— Mąż pracuje przy oklejaniu autobusów folią reklamową. Ma kontrakty po 2-3 tygodnie na Wyspach, a później na kolejne 2-3 tygodnie jest z nami. Ja pracuję jako recepcjonistka w lokalnej klinice dentystycznej. Córka od 1 września idzie do polskiej pierwszej klasy. Wszyscy jesteśmy zachwyceni tą zmianą — dodaje.
Reemigrantkę z Wysp Brytyjskich pytamy, czy brakuje jej w Polsce czegokolwiek, co miała w Birmingham.
— Nie ma takiej rzeczy. Dwadzieścia lat temu pewnie brakowałoby mi tu dostępu do smaków z całego świata, bo wtedy w Polsce nie było tylu restauracji z orientalną czy latynoską kuchnią. Dziś takich lokali jest już wiele, a egzotyczne produkty można kupić w każdym większym sklepie — tłumaczy.
— Jest taka piosenka zespołu "Perfect". Leci mniej więcej tak: "Nie mogę się jeszcze przyzwyczaić, do obrazków, które z kina znam. W głowie gdzieś nie mogę się przestawić, że to jest już całkiem inny kraj" — nuci Wanda, mieszkanka Śląska, która po 30 latach życia w Niemczech wróciła przed rokiem do Polski.
Kobieta wyjechała z kraju do Rajchu (jak na Niemcy często mówią Ślązacy) w 1996 r. W krótkim odstępie czasu upadł zakład przemysłowy, w którym pracował jej mąż oraz państwowa firma, w której ona była sekretarką. Miała wówczas 30 lat.