
Przyznam szczerze, że chce się po prostu soczyście przekląć. Siedziałem, patrzyłem na to, co dzieje się na londyńskiej trawie i absolutnie nie mogłem w to uwierzyć. Hubert Hurkacz miał w tym meczu wszystko.
Komentarz
Poniżej streszczenie artykułu:
Skrót przygotowany przez Onet Czat z AI, może zawierać błędy.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Przyznam szczerze, że chce się po prostu soczyście przekląć. Siedziałem, patrzyłem na to, co dzieje się na londyńskiej trawie i absolutnie nie mogłem w to uwierzyć. Hubert Hurkacz miał w tym meczu wszystko. I wtedy los postanowił zakpić z niego w najokrutniejszy sposób, i to na korcie, na którym w przeszłości zaczął się jego koszmar.
Kiedy po meczu z Tommym Paulem dowiedzieliśmy się, że Hubert znów zagra na drugim korcie, miałem złe przeczucia. To właśnie tam, niemal równo dwa lata temu, rozegrał się największy dramat w jego karierze. Koszmarna kontuzja kolana wywróciła wtedy jego życie do góry nogami i wyrzuciła z czołówki.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
W miniony piątek Polak ten kort odczarował, posyłając 20 asów. Wydawało się, że demony przeszłości zostały ostatecznie pogrzebane. Niestety, w niedzielę ta przeklęta arena upomniała się o swoje w najgorszym możliwym momencie.
A przecież przez ponad dwie godziny oglądaliśmy Huberta Hurkacza w absolutnie najlepszym wydaniu. Zbudował formę, o jakiej od dawna marzyliśmy. Pierwszy set wygrany 6:3 był pokazem mocy. Serwis funkcjonował jak szwajcarski zegarek, był wprost nienaruszalny. W drugiej partii Jan-Lennard Struff postawił twarde warunki, ale Polak w defensywie wyczyniał cuda. Kiedy po niesamowicie dramatycznym tie-breaku, w którym Hubert zmarnował dwie piłki setowe, ostatecznie dopiął swego i objął 2:0 w meczu, wierzyłem, że nic go już nie zatrzyma.
Było widać, że wspólny, piątkowy trening z Novakiem Djokoviciem i detale, o których sam wspominał, przełożyły się na gigantyczną pewność siebie. Niemiec grał dobrze, ale Hurkacz był po prostu o klasę skuteczniejszy. Byliśmy o krok od przypieczętowania awansu i szykowania się na bój z Jannikiem Sinnerem.
I nagle wszystko runęło jak domek z kart. Trzeciego seta Struff wyrwał w tie-breaku, ale to, co wydarzyło się w czwartej partii, było już tylko bolesnym obserwowaniem upadku. Przy stanie 5:5 Hubert wezwał fizjoterapeutę i zniknął w szatni. Gdy wrócił, nie był już tym samym zawodnikiem.
Patrzyłem z niedowierzaniem, jak ból w okolicach żeber i tułowia całkowicie odbiera mu jego największy atut. Zmienił ruch serwisowy, prędkość podania drastycznie spadła, a na jego twarzy malował się potężny grymas. Polak stracił czwartego seta 5:7, a jego frustracja sięgnęła zenitu, gdy sędzia odmówiła mu przerwy toaletowej przed decydującą partią.
W piątym secie z trudem poruszając się po korcie, zdołał przełamać Niemca. To była próba oszukania własnego organizmu. Niestety, biologii nie da się przeskoczyć. Przy stanie 2:4 Polak poddał mecz.
Trudno mi się z tym pogodzić. Zamiast analizować szanse w ćwierćfinale z liderem światowego rankingu, musimy teraz drżeć o wyniki badań medycznych, które mają nastąpić w poniedziałek. Hubert Hurkacz w Londynie grał tenis, który uprawniał go do marzeń o dużym wyniku. Zamiast tego, los zaserwował mu kolejny, brutalny cios na tym samym, pechowym kawałku trawy. To po prostu cholernie niesprawiedliwe.