![Debiut, który miał zmienić jej życie [FRAGMENT KSIĄŻKI]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fetbqmwshkzabnrehgtcd.supabase.co%2Fstorage%2Fv1%2Fobject%2Fpublic%2Farticle-imports%2Fzero%2Fonet-debiut-ktory-mial-zmienic-jej-zycie-fragment-ksiazki%2Fb6a88566e39acbd0.jpg&w=1920&q=75)
Warszawa, 1938 r. Justyna Mazurkiewicz, utalentowana wychowanka sierocińca, dzięki wsparciu profesora Małaczewskiego dostaje szansę na naukę i kończy swoją pierwszą powieść, która ma wkrótce zostać wydana. Jednak wybuch wojny brutalnie przekreśla jej plany.
Prezentujemy przedpremierowo fragment nowej powieści Joanny Jax. "Skradzione życie" ukaże się 15 lipca nakładem Wydawnictwa Literackiego.
Justyna niedawno skończyła dwadzieścia jeden lat, a swoją opowieść pisała niemal przez trzy lata. Obawiała się, że jest zbyt młoda, by ktoś zechciał wydać jej książkę. Nie z uwagi na wiek, ale doświadczenie w sztuce słowa pisanego. Wysłała jednak maszynopis do redakcji, ponieważ zależało jej, by tekst przeczytał profesjonalista. W odpowiedzi zaproszono ją na rozmowę z Jasińskim.
— Powiem krótko, panno Justyno. Ta powieść jest… Genialna. Jestem pełny podziwu, zwłaszcza że jest pani taka młodziutka — powiedział z emfazą.
Poczuła, jak ogromny głaz spada jej z serca. Pomyślała, że chyba naprawdę ma talent, a wysiłki rodziny Małaczewskich nie poszły na marne.
— Dziękuję — powiedziała cicho, mimo że miała wielką ochotę krzyczeć ze szczęścia.
— Może być pani drugą Orzeszkową! — Jasiński postanowił jeszcze bardziej ją docenić. — A może nawet Jane Austen!
Musiała się zarumienić, ponieważ dodał:
— Jest pani stanowczo za skromna.
— Jestem młoda, a Mgła nad jeziorami jest moją pierwsza powieścią — wymamrotała.
— I właśnie dlatego tak bardzo się zachwycam pani dziełem. Oczywiście, jesteśmy zainteresowani wydaniem pani książki. Myślę, że w tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym roku to się uda.
— Bardzo, ale to bardzo panu dziękuję. — Justyna w końcu się uśmiechnęła.
— To ja dziękuję, że miałem możliwość przeczytania tej historii jako pierwszy. Mam także nadzieję, że nie poprzestanie pani na jednej opowieści, a napisze ich dużo więcej. Jesteśmy ogromnym wydawnictwem, ale rzadko zdarzają się takie perełki jak pani książka — odparł Jasiński.
Stwierdziła, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Większość osób, z którymi miała okazję porozmawiać, twierdziło, że nie ma bardziej dosadnego i surowego redaktora aniżeli Tomasz Jasiński. Jedna z aspirujących pisarek opowiedziała jej swoją historię, która zakończyła się dla niej niezbyt pomyślnie. Otóż jej znajoma postanowiła nie wysyłać rękopisu pocztą, ale wręczyć redaktorowi brulion z zapiskami osobiście. Owszem, Jasiński ją przyjął i polecił przyjść za pół roku, by mogła poznać jego opinię. Kiedy to uczyniła i zapytała, ile warte są jej opowiadania, wskazał cenę wydrukowaną na brulionie. W ten sposób dał jej do zrozumienia, że nigdy nie zostanie wielką pisarką. Niestety, w innych wydawnictwach także odrzucono jej tekst. Tymczasem Justyna usłyszała same komplementy.
— Oczywiście, że będę pisała nadal. To moja największa radość w życiu — powiedziała, pokonując onieśmielenie.
— W takim razie przygotujemy umowę i myślę, że w przyszłym roku znowu się spotkamy, by domówić szczegóły dotyczące pracy na książką — odparł.
— Będę czekała… — uśmiechnęła się i dorzuciła: — Nie będę już zabierała panu cennego czasu. A od jutra zacznę wypatrywać listonosza.
— To może potrwać kilka tygodni — roześmiał się Jasiński. — Proszę więc już przygotowywać się do kolejnej powieści. Z takim talentem może pani zostać gwiazdą naszego wydawnictwa.
— To najpiękniejsze słowa, jakie dotychczas usłyszałam. Dzięki panu uwierzyłam w siebie — powiedziała cicho.
— Niechże pani nie przesadza. Pani powieść będą czytali wszyscy.
— Raz jeszcze dziękuję — odparła i wstała z krzesła. Pożegnała się z wydawcą i ze łzami wzruszenia w oczach wyszła z gabinetu Tomasza Jasińskiego.
Wróciła do swojego pokoju na stryszku jednej ze staromiejskich kamienic i otworzyła okno. Rześkie jesienne powietrze wdarło się do wnętrza, a ona pomyślała, że jeśli osiągnie sukces, raz na zawsze pożegna to ponure miejsce. Latem panowała tu duchota, zimą zaś straszny ziąb.
Po maturze znalazła pracę w banku, ale była tylko podrzędną urzędniczką wypisującą w księgach słupki cyfr. Liczyła w przyszłym roku na awans i lepsze uposażenie, ale być może coś innego sprawi jej większą radość. Wydana książka. Z piękną okładką i widniejącym na niej nazwiskiem "Mazurkiewicz".
Położyła się na twardym sienniku i wgapiała w brudny sufit.
— Już niedługo — powiedziała na głos, a potem rozpłakała się ze szczęścia.
Mimo trudnego dzieciństwa, miała go bardzo wiele. Wychowała się w sierocińcu i zapewne skończyłaby jako pomoc domowa albo opiekunka do dzieci, gdyby nie Hieronim Małaczewski. Człowiek, który w nią uwierzył.
Pamiętała dzień, który tak wiele zmienił w jej życiu. W tamtym momencie jeszcze nie wiedziała, jak bardzo decyzja Małaczewskiego wpłynie na jej życie. Tego poranka siostra Bonawentura nakazała jej założyć galowy mundurek, a potem zaplotła warkocze i zawiązała czerwone kokardy na ich końcach. Justyna wiedziała, skąd te zabiegi zakonnicy, ale sądziła, że i tym razem wysiłki sióstr zakończą się fiaskiem.
Około dziewiątej weszły do gabinetu matki przełożonej. Hieronim Małaczewski już na nią czekał. Justyna polubiła go od razu, bo mężczyzna miał dobroduszny wyraz twarzy i patrzył na nią nie z politowaniem jak inni, ale z ciekawością.
— A zatem to jest ta zdolna dziewczynka? — zagadnął i dodał, zwracając się bezpośrednio do niej: — Czytałem twoje opowiadania i myślę, że szkoda byłoby zmarnować taki talent.
Wiedziała, że Małaczewski jej nie przysposobi, ale istniała szansa, iż opłaci dalszą naukę. Najpierw w gimnazjum, a potem w liceum.
— Szacowny profesor Małaczewski zdecydował, że obejmie kuratelą i mecenatem właśnie ciebie — powiedziała siostra przełożona. Jak zawsze ton jej głosu był zimny i wyniosły. — Podziękuj, Justyno.
Dygnęła, jak ją uczono, ale nie wiedziała, co jeszcze się wiąże z owym mecenatem.
— W każdą niedzielę będziesz do nas przyjeżdżała, a ja będę sprawdzał twoje postępy w nauce — powiedział ciepło Małaczewski. — Moja żona na pewno zechce cię poznać. Nie myśl jednak, że będziesz musiała spędzać ten czas jedynie w gronie dorosłych nudziarzy. Mam córkę, Barbarę, która jest w twoim wieku, i nieco starszego syna. Powiem ci w tajemnicy, że Basia także marzy o tym, aby zostać pisarką. Może twoje doskonałe wprawki zmobilizują moją córkę do bardziej intensywnego wysiłku.
— Czy w tę niedzielę mam państwa odwiedzić? — zapytała grzecznie.
— Tak, Justyno, w tę niedzielę poznasz wszystkich swoich dobrodziejów — burknęła przełożona.
Kolejny raz dygnęła i chwilę potem wraz z siostrą Bonawenturą opuściły gabinet siostry przełożonej.
W drodze do klasy, w której odbywały się zajęcia szkolne, zakonnica powiedziała:
— Nie jesteś pierwszą osobą, której pomaga rodzina Małaczewskich. Profesor pochodzi z zamożnej rodziny ziemiańskiej, ukończył studia na Uniwersytecie Warszawskim, na którym teraz wykłada, i pewnego dnia postanowił wspierać młode talenty. Wykorzystaj to na tyle, na ile cię będzie stać, a wówczas los się do ciebie uśmiechnie, a Bóg obdarzy błogosławieństwem.
— Do gimnazjum trzeba zdać bardzo trudne egzaminy. A jeśli sobie nie poradzę? — zatrwożyła się Justyna.
— Profesor opłaci zarówno podręczniki, jak i korepetycje. Jesteś zdolna i mimo że z arytmetyki nie idzie ci najlepiej, na pewno przy wsparciu dobrego korepetytora dobrze sobie z nią poradzisz — pocieszała ją zakonnica.
Justyna zdawała sobie sprawę, jak wielką szansę otrzymała, i postanowiła dołożyć wszelkich starań, aby nie zawieść profesora.. A nade wszystko pragnęła wykorzystać ten dar losu. Odkąd skończyła dziesięć lat, marzyła o tym, aby pisać, ale nigdy nie pomyślała, że pewnego dnia sławny redaktor, Tomasz Jasiński, wypowie tak piękne słowa na temat jej debiutanckiej powieści.
Rodzina Małaczewskich zajmowała obszerną willę na Saskiej Kępie. Justyna po raz pierwszy w życiu przekroczyła próg tak pięknie urządzonego domu. W jadalni, w której służba zaserwowała obiad, stał ogromny dębowy stół z ośmioma krzesłami, rzeźbiony kredens i wisiało kilka obrazów olejnych, w tym jeden namalowany przez samego Józefa Chełmońskiego, którego dzieła były w Muzeum Narodowym. Oczywiście, gdy po raz pierwszy zjawiła się w willi Małaczewskich, nie miała o tym pojęcia.
Zresztą była zbyt onieśmielona, by skupiać się na autorach obrazów. Zerkała co chwilę na swoje paznokcie i sprawdzała, czy są wyczyszczone. Siostra Bonawentura powiedziała jej, że żałoba za paznokciami to największy grzech, jaki można popełnić, odwiedzając tak zacnych ludzi jak Małaczewscy.
Sądziła, że pojawienie się dzieci jej dobroczyńców nieco rozluźni sztywną atmosferę, ale wcale tak nie było. Ich córka, Barbara, wpatrywała się w nią z niesmakiem, a syn, Juliusz, kompletnie ją zignorował. Podczas obiadu jedynie pani Eleonora, żona profesora Małaczewskiego, zadawała jej pytania, a po każdej odpowiedzi wzdychała: "Biedne dziecko…".
Miała ku temu powody, bo Justyna była sierotą, a swoich rodziców nigdy nie poznała. Właściwie niewiele wiedziała o własnym pochodzeniu, a jedyny dom, który znała, to warszawski sierociniec przy Rakowieckiej. Złowrogie gmaszysko było bezdusznym miejscem, chociaż niektóre zakonnice chciały stworzyć w nim namiastkę domu. Mimo wysiłków nigdy się to nie udawało.
Po obiedzie profesor zaproponował Basi, żeby zaprowadziła nową znajomą do swojego pokoju, by mogły się bliżej poznać. Być może Małaczewski uznał, że Justyna zachęci jego córkę do pracy twórczej.
Dziewczynka jednak miała zupełnie irracjonalną wizję swojej pisarskiej kariery. Uznała, że nie musi się przesadnie starać, ponieważ cokolwiek napisze, na pewno każdy wydawca zechce opublikować jej dzieła. Oczywiście, z uwagi na nazwisko słynnego profesora. Mimo że w tamtym czasie obie miały niespełna czternaście lat, Basia bujała w obłokach, a Justyna twardo stąpała po ziemi i zdawała sobie sprawę, że nazwisko ojca może dziewczynie nie wystarczyć i powinna dużo pracować, by stworzyć coś niebanalnego. Nie chciała jednak deprymować nowej koleżanki, ponieważ doszła do wniosku, że życie samo zweryfikuje marzenia Basi Małaczewskiej.
Po godzinie służąca przyniosła im do pokoju ciasto i herbatę. Justyna pomyślała, że nigdy nie jadła trzydaniowego obiadu, po którym potem serwowano deser. Nie głodowały w sierocińcu, ale takie rarytasy jak słodkości zdarzały się rzadko. Posiłki były monotonne i miały jedynie zaspokajać głód, a nie pieścić podniebienia wychowanek.
Juliusz także do nich dołączył, ale był mrukowaty i jeśli już coś mówił, to kpił z pisarskich zapędów zarówno siostry, jak i Justyny.
Podniosła się z łóżka, podeszła do stolika, na którym stała maszyna do pisania Olympia i dotknęła jej palcami. Doskonale pamiętała, jak Juliusz przyniósł jej ten upominek trzy lata wcześniej. Nie chciała go przyjąć, uznając, że jest to zbyt drogi prezent, ale on oświadczył stanowczo, że kupił maszynę za bezcen, ponieważ była używana i jedna z liter odciskała się na papierze poniżej linii. Jej to nie przeszkadzało, ale zapewne jakiemuś urzędnikowi czy sekretarce, owszem. Uśmiechnęła się do siebie. To właśnie na Olympii stworzyła powieść, która w następnych latach miała oczarować czytelników.
Wiedziała, że musi pojechać do Małaczewskich i pochwalić się swoim sukcesem. W innych okolicznościach zrobiłaby to bez wahania, ale obawiała się, że natknie się na Juliusza. Człowieka, który zamienił jej lodowate serce w uczuciowy wulkan, a z którego miłości musiała pewnego dnia zrezygnować.
Partner Wydawnictwo Literackie
Okładka książki J. Jax, "Skradzione życie", WL 2026.
Joanna Jax — (właśc. Joanna Jakubczak) — bestsellerowa autorka, która mistrzowsko łączy emocjonujące historie z tłem historycznym, tworząc bohaterów, którzy na długo zapadają w pamięć.
Absolwentka Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Zadebiutowała w 2014 roku powieścią "Dziedzictwo von Becków". Od tego czasu regularnie wydaje kolejne książki, które nieprzerwanie cieszą się ogromnym zainteresowaniem. Finalistka Festiwalu Literatury Kobiecej "Pióro i Pazur", laureatka Wawrzynu — Literackiej Nagrody Warmii i Mazur za 2016 rok oraz wielokrotnie nominowana do tytułu "Książki Roku" serwisu Lubimyczytać.pl.