
Cudu nie było i Krono-Plast Włókniarz Częstochowa sromotnie przegrał w Toruniu z Pres Grupą Deweloperską Toruń aż 23:67. Nie brakuje jednak opinii, że nawet w przypadku wyjazdowej konfrontacji z mistrzem Polski pewna granica przyzwoitej postawy "Lwów" na torze została przekroczona. Obecnie to obraz nędzy i rozpaczy, a faza play-down już niebawem.
Od początku sezonu było jasne, że od Włókniarza nie należy oczekiwać cudów ani wymagać zbyt wiele. Ale czy nie należy wymagać choćby minimum przyzwoitej postawy u niektórych zawodników? Czy Włókniarz naprawdę musi być tak słaby i aż tak odstawać poziomem od reszty stawki? Część zawodników mogłaby uderzyć się w pierś, gdy spojrzy się na ich jazdę.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Ci bardziej optymistycznie nastawieni kibice spod Jasnej Góry liczyli zapewne, że uda się powalczyć z Apatorem i może nawet przekroczyć barierę 30 punktów — tak bardzo pożądaną przez Włókniarza w tym sezonie. Niestety, kolejny raz się nie udało. Ba, istniało niebezpieczeństwo, że nie uda się przekroczyć nawet... 20 "oczek", co byłoby już nie lada kompromitacją.
Koniec końców Włókniarz zdobył tylko 23 punkty, z czego 15 to regulaminowe za dojechanie do mety. A przecież menedżer gospodarzy Piotr Baron w kilku biegach dał szansę teoretycznie słabszym zawodnikom. W pełnym wymiarze pojechał Norick Bloedorn, a w ostatniej gonitwie zabrakło niepokonanego Emila Sajfutdinowa. Częstochowianie nie wygrali żadnego wyścigu indywidualnie (!) i przegrali podwójnie aż dziewięć gonitw.
Na domiar złego zawodnicy Włókniarza przeszkadzali sobie nawzajem na torze. Tak było w 13. gonitwie, gdy Rohan Tungate wytrącił z jazdy Jakuba Miśkowiaka, który o mało nie uderzył w bandę.
— Nie spodziewałem się tego. Po biegu podszedł do mnie i mnie przepraszał. Taki jest żużel i czasami nie przewidzisz wszystkiego — rzekł wymownie Miśkowiak w rozmowie z Canal+.
Problemem Włókniarza w tym sezonie jest nie tylko słabiutka kadra, ale brak chociaż jednego wyraźnego, pewnego lidera, który będzie w miarę możliwości solidnie punktował w każdym meczu. Kogoś, na kogo trener Mariusz Staszewski mógłby stawiać w ciemno i kto mógłby być przykładem dla innych. Kreowany na takiego lidera Rohan Tungate na razie nie spełnia oczekiwań. Jego średnia biegowa jest o wiele gorsza niż rok temu w Rybniku. Po meczach z Betard Spartą Wrocław i Orlen Oil Motorem Lublin wydawało się, że kimś takim może zostać Jaimon Lidsey, ale średnia biegowa 1,574 nie powala na kolana.
Najwięcej uwag należy mieć jednak do dwójki pozostałych seniorów, którzy mieli ciągnąć wynik Włókniarza. To Mads Hansen i Jakub Miśkowiak. Ten pierwszy odjechał już 150 wyścigów w PGE Ekstralidze. To już trzeci sezon Duńczyka w elicie, ale progresu nie widać. Parasol ochronny został już dawno zdjęty, wymagania rosną wprost proporcjonalnie do jego dyspozycji. W debiutanckim sezonie jego średnia biegowa wyniosła 1,649. Rok temu była 1,565, a teraz? Zaledwie 1,490. Jeszcze gorzej spisuje się Polak, który przecież jest najbardziej doświadczonym zawodnikiem w drużynie. Tymczasem w Toruniu wyszedł mu tylko jeden wyścig, w którym zdobył dwa punkty. W pozostałych aż czterokrotnie mijał linię mety na ostatniej pozycji.
— Myślę, że nie trafiłem z ustawieniami od początku. Dopiero od trzeciej serii poczułem prędkość. Później w 13. biegu prędkość była w porządku, ale moje błędy sprawiły, że źle pojechałem. Moja jazda wyglądała słabo, źle się czułem na torze, nie miałem prędkości. Trzeba wziąć się do roboty jako cała drużyna. Ja też muszę popracować. Życzyłem sobie, żeby jakieś spotkanie wygrać i mam nadzieję, że w tej najważniejszej fazie uda się to zrobić — powiedział Miśkowiak, ale w jego głosie trudno było usłyszeć powiew optymizmu.
Co może niepokoić fanów Włókniarza, to fakt, że kreowani na liderów zawodnicy przegrywają nie tylko z gwiazdami rywala, ale nawet ze znacznie niżej notowanymi żużlowcami. Tak było w Toruniu, gdzie Hansen nie potrafił pokonać Mikołaja Duchińskiego (dwukrotnie), podobnie jak Lidsey, który przegrał też z Kawczyńskim, a Miśkowiak z Bloedornem.
— Jak pojechałem szeroko, mogłem zostać na krawężniku i na odwrót. Cały czas źle. Mamy co robić, dużo pracy nas czeka. Chciałbym podziękować kibicom z Częstochowy, którzy przyjechali nas dopingować i są z nami na dobre i na złe — skwitował Miśkowiak.
Wspomnianym fanom z Częstochowy pozostaje czekać na play-down i totalny wstrząs w drużynie. Trzeba jednak przyznać, że utrzymanie Włókniarza byłoby prawdopodobnie najbardziej spektakularnym zwrotem akcji w historii polskiego speedwaya. Tymczasem Włókniarz musi walczyć, aby z twarzą dokończyć rundę zasadniczą, co wcale nie będzie takie łatwe. Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do degrengolady "Lwów", że zapomnieliśmy od nich czegokolwiek wymagać. Oby sami zawodnicy tego nie zrobili.