
Co może pójść nie tak, gdy do najbardziej magicznego miasteczka w Szkocji wraca czarownica obciążona rodzinnym przekleństwem, a na jej drodze staje burmistrz, który najchętniej widziałby ją jak najdalej od swoich granic?
Sloane MacGregor miała już nigdy nie wracać do Briarhaven. Los — a może sama magia — postanowił jednak inaczej. Gdy zbliżają się jej 25. urodziny, musi zmierzyć się nie tylko z tajemnicą ciążącą nad jej rodem od pokoleń, ale także z Knoxem Douglasem, ponurym burmistrzem, który doskonale pamięta, dlaczego jej obecność zwiastuje kłopoty. Iskry lecą od pierwszego spotkania, a stawką jest coś więcej niż urażona duma czy dawne uczucia. Jeśli Sloane nie zdoła przełamać klątwy, konsekwencje mogą okazać się katastrofalne dla całego Briarhaven.
Pełna magii, humoru i romantycznego napięcia opowieść udowadnia, że czasem największym zaklęciem jest miłość — zwłaszcza gdy obie strony zrobią wszystko, by się przed nią bronić. Przedstawiamy fragment książki "Wiedźma zwana miłością" Trici O'Malley
Sloane MacGregor
Witajcie w Briarhaven, najbardziej magicznym miasteczku w całej Szkocji.
Zerknęłam na film odtwarzany na telefonie mojej siostry Lyry i dojrzałam kobietę w różowym kostiumie i idealnie ułożonych blond włosach, szczerzącą zęby do kamery. Jej uśmiech kontrastował z napiętą skórą twarzy, a szeroko otwarte oczy miały w sobie coś szalonego.
— Wydaje się nieco spięta — zauważyłam, ponownie kierując wzrok na drogę wijącą się wśród koron drzew o poskręcanych gałęziach.
— Wygląda jak jakaś androidka — stwierdziła Nova, najmłodsza z naszej trójki, pochylając się do przodu z tylnego siedzenia.
— Pamiętajcie, żeby zarezerwować bilety z wyprzedzeniem, aby móc skorzystać z oferty VIP, którą oferujemy w Briarhaven. Jeśli będziecie mieli szczęście, może nawet uda wam się otrzymać podwyższony standard naszego Pakietu Pełni Księżyca! — Głos Różowego Kostiumiku brzmiał tak samo sztucznie, jak prezentowała się jej twarz.
— Przypomina mi trochę ludzi, którzy namawiają cię na zakup dodatkowego ubezpieczenia, gdy kupujesz jakiś nowy gadżet elektroniczny — dodałam.
— I pamiętajcie... w Briarhaven wierzymy w trzy rzeczy: magię, radość i arkana! Czary-mary odfruwamy!
— Czary-mary, odfruwamy? — powtórzyła Nova, odchylając się do tyłu. Parsknęłam śmiechem.
— Arkana? — Lyra powoli cedziła sylaby. — Kiedy ostatni raz słyszałyście, żeby ktoś użył słowa "arkana"?
— Zdarza się — powiedziała Nova, mrugając do mnie we wstecznym lusterku. — Chociaż moim zdaniem zdecydowanie zbyt rzadko.
Zwolniłam, gdy zbliżałyśmy się do wąskiego zakrętu na wzgórzach.— Arkana życia i przyszłości. — Lyra spojrzała groźnie, wydając z siebie ciche westchnienie i opadając na siedzenie.
Uśmiechnęłam się do mojej boleśnie pięknej siostry. Lyra miała ten typ urody, który sprawiał, że oglądali się za nią zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Zatrzymującym ją policjantom brakowało słów i nigdy nie wystawiali jej mandatów, a dorośli mężczyźni wysyłali jej ekstrawaganckie prezenty. Najbardziej ekstrawaganckim prezentem, jaki ja kiedykolwiek otrzymałam od chłopaka, był kupon na lody "kup jeden, drugi dostaniesz gratis" w Dairy Queen.
Jak na zawołanie, zza zakrętu wyłonił się pokryty pnączami i cierniami rustykalny drewniany znak. Zdawał się chować przy drodze pod cienistą altaną drzew, które stawały się gęstsze i ciemniejsze w miarę, gdy zbliżałyśmy się w ich stronę. "Briarhaven. Liczba mieszkańców: 3333".
— Cztery trójki, jakże oryginalne. — Niemal słyszałam, jak Nova przewraca oczami na tylnym siedzeniu.
Nova przywodziła mi na myśl kolce ukryte wśród róż. Była początkującą tatuażystką, która zdobywała rzesze obserwatorów w mediach społecznościowych i od chwili narodzin była o wiele fajniejsza, niż ja kiedykolwiek będę miała szansę się stać.
— Zaraz zaraz, czy wy to widzicie? Cholera, to miasto faktycznie przeszło niezłą metamorfozę. — Lyra pochyliła się do przodu, gdy opuściłyśmy tunel drzew i przed nami rozciągnęło się Briarhaven w całej okazałości. Położona u podnóża spiczastych gór wioska była kolorowa i urocza, jakby ktoś domalował na płótnie koloru głębokiej zieleni tuziny różnobarwnych plam. Złote drzewa, których liście właśnie zaczynały przybierać bursztynowy odcień, pokrywały wzgórza, a w oddali srebrzyście lśniło jezioro. Od czasu naszej ostatniej wizyty miasto wydawało się przemienić w park rozrywki. Do słownie przypominało jedną wielką atrakcję turystyczną.
Zszokowane tą przemianą, mogłyśmy tylko gapić się z otwartymi ustami, powoli przejeżdżając przez rynek. Złociste promienie słońca przebijały się przez puszyste, śnieżnobiałe chmury. Chodniki były pełne turystów: niektórzy ubrani byli w kostiumy z czarodziejskimi kapeluszami lub sztucznymi uszami wróżek. Wiatr rozwiewał pomarańczowe liście po ulicach, a przy chodniku ustawiono stragan ze świeżo zebranymi jabłkami. Plakat informujący o zbliżającym się konkursie kostiumów na Halloween był przyklejony do czarnego słupa ze staromodną latarnią na szczycie. Pokręciłam głową_. Jak turyści mogliby konkurować z prawdziwymi magicznymi istotami w kwestii przebierania się na Halloween?_
— Niesamowite, co zdołali osiągnąć w ciągu ostatnich ośmiu lat. Prawie nie poznaję tego miejsca — rzekła Nova. Skinę łam głową, czując narastające napięcie, bo właśnie skręciłyśmy w ulicę doskonale znaną mi z naszego dzieciństwa. Przemknęło mi przez myśl, że wygląda jak aleja wspomnień. Zgodnie zamilkłyśmy, gdy zatrzymałam się przed zaniedbaną chatą ukrytą pośród rzędu domów jednorodzinnych, które przeszły taką samą rewolucję, jak reszta miasteczka. Nasz dom zdecydowanie odstawał od reszty i to w negatywnym tego słowa znaczeniu.
— Obraz nędzy i rozpaczy.
— Żadnej nędzy, raczej… — urwałam, patrząc przez okno samochodu na dom, w którym spędziłyśmy większość dzieciństwa. Dwupiętrowy, porośnięty bluszczem zasłaniającym szare kamienne ściany, z jedną, ledwo wiszącą i do tego przekrzywioną, okiennicą. Doskonale rozumiałam niepewną sytuację tej okiennicy: ja też się ledwo trzymałam.
— Totalna rudera — zasugerowała Lyra. Nova skinęła głową w zgodzie, a ja westchnęłam.
— Potencjał. — Odpięłam pas bezpieczeństwa, uchyliłam drzwi samochodu, wstałam i przeciągnęłam się. Rześka je sienna bryza musnęła moje włosy, a kolorowe liście opadły mi pod stopy. Prezent od natury, pożegnalna feria barw przed zimowym snem roślin. Przyjrzawszy się uważnie, dostrzegłam nici wspomnień owijające dom — fragmenty kłótni, nieudane zaklęcia, rzadkie chwile, gdy rozbrzmiewał tu śmiech. Uważałam to miejsce za dom, ponieważ to właśnie tutaj klan MacGregorów mieszkał najdłużej. Udało nam się zostać w tym miejscu kilka lat, zanim klątwa, która nękała naszą rodzinę — niczym brzęczący komar, gdy desperacko pragniesz snu — zmusiła nas do odejścia. Minęły lata, odkąd ostatni raz byłyśmy w Briarhaven i nigdy bym tu nie wróciła, gdyby nie jeden konkretny powód. Powodem była kobieta, której nie mogłam odmówić. Wezwała mnie do domu, abym złamała klątwę rzuconą na naszą rodzinę. Owa kobieta stała teraz w otwartych drzwiach naszego zrujnowanego domu z chodzikiem ozdobionym jedwabnymi wstążkami, w podomce i okularach, które błyszczały z daleka. Elegancka, siwa fryzura w stylu boba otaczała radosną twarz, która dopiero zaczynała zdradzać oznaki wieku, a na jej ramieniu siedział czeszący swoje pióra sokół. Broca MacGregor, panie i panowie. Legenda we własnej osobie.
— Wyglądasz, jakbyś czekała na wiadomość o śmierci swojego bogatego męża w jakichś podejrzanych okolicznościach — zawołałam.
— Męża? — zapytała Broca tonem, jakbym właśnie pokazała jej pełzającego karalucha. — Po co brać męża, skoro o wiele więcej radości sprawia samo randkowanie?
— I to mówi kobieta, która ma na koncie pięciu byłych mężów. — Obeszłam samochód i otworzyłam bagażnik, aby wy jąć nasze torby i walizki, podczas gdy Lyra i Nova wyskoczyły z samochodu. Pobiegły uściskać naszą babcię, która przyjechała do miasteczka wcześniej tego samego dnia, prawdopodobnie na tronie niesionym przez kilku krzepkich osobników płci męskiej. Jako matriarchalna czarownica, Broca była do tknięta tą samą klątwą, co my i spędziła ostatnie osiem lat metodycznie przeskakując od mężczyzny, do mężczyzny w całej Europie, z których każdy był bardziej ekscentryczny od poprzedniego.
— I właśnie z tego powodu wiem, że faceci są lekkostrawni jako kochankowie, ale ledwo znośni jako mężowie.
— Czy musimy już rozmawiać o twoich kochankach?
Dopiero co przyjechałyśmy po całonocnej podróży, a ja potrzebowałam kieliszka wina, zanim będę w stanie podjąć się tego typu rozmowy. Sięgnęłam do bagażnika, wyjęłam swoją torbę i położyłam ją na ziemi. Obok niej wylądowała chmura płatków śniegu.
Jęknęłam, wyprostowałam się i zobaczyłam, że wszystkie trzy kobiety patrzą gniewnie w niebo. Sokół Broki — jej zwierzę opiekuńcze o imieniu Iris — zaprotestował głośnym skrzekiem, wzbił się w powietrze i zniknął wśród wzgórz.
Kilka stuleci temu pewna czarownica o złamanym sercu rzuciła na naszą przodkinię niezwykle pomysłową, choć bardzo irytującą klątwę. W rezultacie od tamtej pory żadna z kobiet klanu MacGregor nie była w stanie osiedlić się na dłużej w jednym miejscu, ponieważ gdy tylko zamieszkiwałyśmy gdzieś na dłużej, miasto dotykały różnorakie fatum i klęski żywiołowe. Co więcej, kiedy w wieku dwudziestu pięciu lat wkraczałyśmy w pełni w świat magii, często musiałyśmy radzić sobie z jej nieprzewidywalnym zachowaniem.
— Czy to musi być akurat śnieg? — zapytała Lyra, uderzając o ziemię obcasem szpilki od Christiana Louboutina. — Przynajmniej nie kolejna plaga gąsienic.
— Nova zapięła skórzaną kurtkę i zmrużyła oczy, patrząc na zgromadzone nad nami ciemne chmury. — Fuj. — Lyra odwróciła się w jej stronę. — Uzgodniłyśmy chyba, że nigdy więcej nie będziemy o tym wspominać. Miesiącami nie mogłam spać przez koszmary o robalach.
— Nic dziwnego, skoro larwy zagnieździły ci się we włosach. Może myślały, że to ich nora.
Lyra sapnęła i wygładziła swoje bujne włosy. Potrzebowała trzydniowego weekendu w luksusowym spa, aby upewnić się, że pozbyła się wszelkich śladów śluzu. Dopiero wtedy była w stanie zapomnieć o tej konkretnej wersji naszej klątwy.
(...)
[REKLAMA]
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.