
Robert Lewandowski ma za sobą pierwsze udane zwody w roli piłkarza Chicago Fire. Po przylocie do USA polski napastnik umiejętnie wymanewrował wszystkich czekających na niego na lotnisku O'Hare i opuścił je kompletnie niezauważony. Nawet ekipa medialna nowego klubu Polaka opuściła halę przylotów z pustymi rękoma.
Korespondencja z Chicago
— Przepraszam, na kogo wszyscy czekają?
— Na Roberta Lewandowskiego.
— Na kogo?
— Na Roberta Lewandowskiego. Taki polski piłkarz. W Europie jest całkiem popularny.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Słowo "całkiem" wypowiadam z przesadnym przekąsem, więc mój rozmówca naraz się reflektuje.
— Tak, tak, jasne, oczywiście, że wiem.
Tembr jego głosu pozostawia pewne wątpliwości, ale już nie dopytuję, czy aby na pewno wie, po co ten Lewandowski ma tutaj przyjechać. Bo jednak zdecydowana większość doskonale wie, w jakim celu tego wieczora na największym lotnisku w Chicago się zebrała.
Dariusz Dobek / Onet
Krzysiek prezentuje koszulkę BVB
Początkowo na jakiś większy komitet powitalny się nie zanosi. Gdy przyjeżdżam na miejsce, stosunek dziennikarzy do kibiców wynosi 6:1. Jedynym oczekującym w cywilu jest Krzysiek, fan Chicago Fire od urodzenia. Miłość do tej drużyny zaszczepił w nim jego dziadek. Innym hobby Krzyśka jest muzyka. Co zagrałby Lewandowskiemu? — "Miód malina" — odpowiada, prezentując szeroki uśmiech.
Zgodnie ze słowami tej piosenki Krzysiek uderzył na poniedziałkową "imprezę" na lotnisku w Chicago, bo wiedział, że "tam nie będzie sam". Tyle że z zapowiadanego przyjęcia nic nie wychodzi.
Krzysiek rzeczywiście okazuje się nie być jedynym, który wypatruje nowego piłkarza Strażaków. W miarę upływającego czasu dołączają do niego kolejni kibice. Niektórzy przyjeżdżają specjalnie.
Amerykanin z kilkuletnim synem w koszulce Barcelony. Mieszkańcy Chicago z trykotami Lewandowskiego czekający na podpis. Para z flagami polską i amerykańską. Pracownicy lotniska, którzy akurat zrobili sobie przerwę.
Dariusz Dobek / Onet
Amerykański kibic Lewandowskiego
Do tego grona ktoś zalicza nawet młodego mężczyznę z kwiatami w rękach. Rzeczywiście czekał na pasażerów rejsu z Warszawy — tyle że nie na piłkarza, a na swoją żonę, dla której przygotował bukiet.
Inni zatrzymują się przy nas przypadkiem. Tak jest w przypadku hinduskiej rodziny, która wylądowała niedługo przed samolotem PLL LOT. Także jeden z mieszkańców Chicago, gdy tylko dostaje informację, że zza rozsuwanych drzwi zaraz wyłoni się jeden z najlepszych napastników ostatnich lat, oznajmia swojej partnerce, że powrót do domu musi poczekać. Druga połówka nie jest zbytnio ucieszona. Jej miny po całym zamieszaniu już nie rejestruję. Może to i lepiej...
Nikt oczywiście nie ma pewności, że Lewandowski opuści airside razem z innymi pasażerami. Jednak gdy w hali przylotów pojawiają się przedstawiciele ekipy medialnej Chicago Fire, można już mieć takie podejrzenie graniczące wręcz z pewnością.
Jeszcze tylko ktoś przykleja do filaru flagę Strażaków (już mniejsza o to, że ta co chwilę spada — liczą się chęci), wszyscy pozostali wycelowują oka kamer i aparatów w drzwi wyjściowe i można zaczynać przedstawienie. Brakuje tylko gwoździa wieczoru. Gdy za każdym razem wychodzi ktoś inny niż Lewandowski, pojawia się szmer niezadowolenia.
Nagle ktoś daje znać, że napastnik Strażaków jest już na zewnątrz. Jeden z dziennikarzy puszcza się biegiem jak do pożaru. Psychologia tłumu działa w najlepsze — prujemy za nim. Tam oczywiście okazuje się, że po Lewandowskim ani widu, ani słychu. Tyle że wrócić tymi samymi drzwiami już nie możemy.
W naszych głowach momentalnie pojawia się myśl, co to będzie, jeśli akurat w tym momencie piłkarz wyjdzie na landside i to inni zarejestrują jego pierwsze kroki na amerykańskiej ziemi w roli zawodnika Chicago Fire?! Znowu sprint. Lewandowski jednak nie wyszedł. Wariactwo.
W końcu wszyscy przenosimy się pod wyjście B. To, pod którym doradzała nam ustawić się pracownica lotniska, dopóki klubowy wysłannicy nie zasugerowali inaczej. Pomieszanie z poplątaniem.
Już prawie godzina od przylotu. Jałowe gadki o tym, co Lewandowski może dać nowej drużynie, już całkiem się wyjałowiły. Nawet w USA small talk ma swoje granice.
W końcu zgromadzeni przekazują sobie z ust do ust informację, że Lewandowskiego nie ma już na lotnisku. Nawet ludzie odpowiedzialni za media w Chicago Fire opuszczają halę przylotów z pustymi rękoma. Swojego nowego piłkarza łapią później. Zdjęcia Polaka pojawiają się w ich mediach społecznościowych ponad dwie godziny po przylocie.
Pierwszy drybling polskiego napastnika w barwach Strażaków jest zatem nad wyraz udany. Pozostaje mieć nadzieję, że w starciach z obrońcami MLS także będzie równie nieuchwytny.