![Co dzieje się ze zwierzętami podczas wojny? [fragment książki Wojciecha Tochmana]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fetbqmwshkzabnrehgtcd.supabase.co%2Fstorage%2Fv1%2Fobject%2Fpublic%2Farticle-imports%2Fzero%2Fonet-co-dzieje-sie-ze-zwierzetami-podczas-wojny-fragment-ksiazki-wojciecha-tochm%2F00cdb3bd0ac0120d.jpg&w=1920&q=75)
Ofiarami rosyjskiej agresji w Ukrainie są również psy, koty i inne gatunki udomowione, ale też dziko żyjące. O nich oraz o ludziach z narażeniem życia ratujących opuszczone zwierzęta opowiada nowa książka Wojciecha Tochmana "Delfiny i Belzebub", wydana nakładem Wydawnictwa Literackiego.
Zapraszamy do lektury fragmentu.
Partner Wydawnictwo Literackie
Fragment pochodzi z książki Wojciecha Tochmana, "Delfiny i Belzebub"
Zwierzęta ewakuowane przez 12 Stróżów, które są chore, ale nie potrzebują pilnej operacji, jadą do kliniki Rudy Kot. Z Donbasu aż pod Kijów. W Rudym Kocie pracują teraz same kobiety. Weterynarze mężczyźni na polu walki ratują życie żołnierzy.
Z punktu widzenia Rudego Kota nie jest to dobre rozwiązanie, bo ortopedia zwierząt często wymaga od lekarza siły fizycznej. Faceci mają jej więcej. Choć operacje chirurgiczne odbywają się tu codziennie, kolejki są długie. Zwierzęta postrzelone, trafione odłamkiem, potrącone przez samochody wojskowe i cywilne. No i zwierzęta chore. Również neurologicznie. Zwykle niczyje od zawsze albo od niedawna.
fot. z archiwum autora
Wojciech Tochman i wolontariusze z organizacji 12 Stróżów
Przywożą je do Rudego Kota różne organizacje. Najczęściej 12 Stróżów. Tutejsze lekarki nie odmawiają ratunku żadnej wojennej sierocie. Dają duże zniżki, leczą na kredyt albo za darmo. Pomagają krowom. I żółwiom, które uciekający przed kacapami wyrzucają w krzaki.
Żółwie bywają tu greckie i błotne. Endemiczne albo z kontrabandy — czerwonolice. To gatunek obcy, drapieżnik, potrafi złapać gołębia. Ale co robić — lekarz musi leczyć chorego, nawet takiego z zagranicy, który się w Ukrainie rozpycha.
Jeśli chodzi o krowy, to była jedna. Mina urwała jej część nogi. Miała na imię Mania i dziurę w klatce piersiowej pełną much, z której udało się wypompować półtora litra gnoju. W Rudym Kocie Mania mieszkała w trawiastym ogrodzie. Zaczęła chodzić, bo na drukarce 3D zrobili tu dla niej protezę. Nakładaną na kikut. Dobrze jej w Rudym Kocie było. Zakochał się w niej pies z potrzaskaną kością miedniczą. Potrącony przez samochód. Szczekał, kiedy do Mani podchodzili ludzie. Zapewne z zazdrości. Piękna to była miłość. I dramatyczne rozstanie. Szła zima, Mania nie miała całych płuc, musiała zostać odwieziona do ciepłej obory. Tam drut, który zjadła z sianem, podziurawił jej żołądek i serce. Skonała w bólach. A jej pies, wciąż w Rudym Kocie leczony, stracił nagle siły i też zaraz umarł.
fot. z archiwum autora
Wojciech Tochman
Skąd ten pies przyjechał? Z Bachmutu? Lekarki w Rudym Kocie już nie pamiętają. Tyle tych psów przywożą z Donbasu. I kotów. Chorują na panleukopenię, czyli koci tyfus. Bo tam brakuje szczepień. I na kocią dżumę. Śmiertelne wirusy. Wścieklizna — duży problem na wschodzie. Koty nie są też odporne na głód. Pies może nie jeść tygodniami. Ważne, żeby miał co pić. Ale kot bez jedzenia długo nie wytrzyma. Wysiądzie mu wątroba. Koty nie są odporne na stres, na ostrzały. Głuchną, ból rozsadza ich małe głowy. Albo od stresu dostają idiopatycznego zapalenia pęcherza. Zatrzymanie moczu. Bez interwencji medycznej to śmierć w męczarniach. W Rudym Kocie otrzymują leczenie, także na zszarpane nerwy. Olejek konopny.
Psy lepiej znoszą wybuchy. Choć nie wszystkie. W Rudym Kocie pamiętają pinczerka, kilograma nawet nie ważył, z wrodzoną wadą serca. Nikt w Ukrainie takich wad nie operował. Zrobili pionierską operację tutaj. I pinczerek zdrowiał w kochającej rodzinie. Ale nie wyzdrowiał, bo ciężki ostrzał spowodował u niego nagły skok ciśnienia. Pękły mu naczynia w płucach. Umarł z przerażenia.
Opowiada nam o tym wszystkim Maryna Niemcewa, lekarka weterynarii z ponaddwudziestoletnim stażem. To Maryna leczyła psy ocalałe ze schroniska w Borodziance.
Nigdy wcześniej, mówi, nie widziałam zwierząt w takim stanie. Jak my to wszystko znosimy? Znosimy, bo mamy tu również mnóstwo dobrych historii. Ale łatwo nie jest. Ratuje nas praca. Cały czas praca. A wieczorami, kiedy pracy nie ma, popijamy wino. Nie żeby się upić, przecież następnego dnia znowu musimy operować. Od rana do wieczora. Ale wino codziennie. I codziennie bierzemy tabletki na depresję. A że boimy się nocy, to również tabletki na lęki.
Fragment książki "Delfiny i Belzebub" (Wydawnictwo Literackie 2026), którą można kupić TUTAJ.
fot. z archiwum autora
Wojciech Tochman
Wojciech Tochman to jeden z najważniejszych polskich reporterów i autorów literatury faktu. Znany z reportaży poruszających tematykę wojny, konfliktu i ludzkiego cierpienia. Jego książki, m.in. "Schodów się nie pali", "Jakbyś kamień jadła", "Dzisiaj narysujemy śmierć", "Wściekły pies" i "Pianie kogutów, płacz psów" wywoływały ożywione dyskusje i weszły do kanonu polskiego reportażu.