
Najpierw wprawił ludzi w konfuzję trudną do przetrawienia, bo zdawało się, że boiskowa bezczelność ma swoje granice. On je brutalnie przesunął i nikt prymitywnego oszustwa nie zauważył. A potem było już tylko przesuwanie granic zachwytu, perfekcyjnie kontrastującego z wcześniejszym zażenowaniem. 22 czerwca mija dokładnie 40 lat od spektakularnych wyczynów Diego Armando Maradony w meczu Argentyna — Anglia (2:1) na meksykańskim mundialu.
Komentarz
Poniżej streszczenie artykułu:
Skrót przygotowany przez Onet Czat z AI, może zawierać błędy.
Najpierw wprawił ludzi w konfuzję trudną do przetrawienia, bo zdawało się, że boiskowa bezczelność ma swoje granice. On je brutalnie przesunął i nikt prymitywnego oszustwa nie zauważył. A potem było już tylko przesuwanie granic zachwytu, perfekcyjnie kontrastującego z wcześniejszym zażenowaniem. 22 czerwca mija dokładnie 40 lat od spektakularnych wyczynów Diego Armando Maradony w meczu Argentyna — Anglia (2:1) na meksykańskim mundialu.
To była kwintesencja Diego — boskiego, ale z pierwiastkiem diabolicznym. Przez całe życie walczył z demonami i one w ćwierćfinale mistrzostw świata zawiodły go na pokuszenie tak wielkie, że nie był w stanie się oprzeć. Sam porażająco przewrotnie nazywał to boskim wsparciem; zuchwałym i bohaterskim czynem, który należał się Argentynie za ból, którego doznała od Brytyjczyków w wojnie o Falklandy.
Właśnie na taki poziom retorycznego zadęcia wzniósł interpretację pospolitego oszustwa, kiedy walcząc z angielskim bramkarzem Peterem Shiltonem, zamiast głową, ręką skierował piłkę do bramki. Działania żadnych sił nieczystych w tym nie widział. Wręcz przeciwnie, przedstawił się w roli pomazańca, który właśnie w ten sposób odpłacił butnym Anglikom za wszystkie krzywdy. Mógł oczywiście zdusić tę wydumaną teorię w zarodku i przyznać się do występku — zwyczajnie powiedzieć arbitrowi: nie zauważyłeś, że strzeliłem gola ręką — ale w tamtym momencie wygrał w nim drobny kanciarz. W mig uznał, że tak to już jest, że w życiu wszyscy oszukują, a wygrywa ten, kto w oszukiwaniu jest najlepszy. Dlatego Diego Armando nie puścił pary z ust, do grzechu się nie przyznał. W końcu nie on pierwszy i nie ostatni. Że Anglicy domagali się od sędziego odwołania bramki? Taka była ich rola. Rolą Maradony było tuszowanie śladów boiskowej zbrodni.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
W książce hiszpańskiego dziennikarza Guillema Balague "Diego Maradona. Chłopiec, buntownik, bóg" jest opis sytuacji zaraz po tym, jak sędzia nakazał wznowienie gry od środka. "Do Maradony powoli podchodzi Batista. "Ej, przecież strzeliłeś ręką!" — mówi. "Zamknij się, kretynie, i mnie wyściskaj!" — krzyczy Maradona, bo gdyby jego koledzy pokazali, że wątpią, że bramka została zdobyta przepisowo, sędziowie mogliby ją anulować. Nakazuje im podejść bliżej, ale robią to tylko Valdano i Burruchaga. Żaden się nie ogląda, żeby arbiter nie dostrzegł wątpliwości wymalowanych na ich twarzach".
OFFSIDE / NEWSPIX.PL / newspix.pl
Diego Maradona w barwach reprezentacji Argentyny
Dopięli swego, ale wszyscy, którzy widzieli telewizyjny podgląd — aczkolwiek Maradona zrobił bardzo wiele, by dać wrażenie strzału głową — nabrali poważnych wątpliwości, co tutaj przed chwilą się wydarzyło. A każda następna powtórka utwierdzała ich w przekonaniu, że Diego zafundował światu piłkarskie przestępstwo doskonałe.
"Gol został strzelony ręką! Krzyczę o tym najgłośniej, jak potrafię, ale muszę powiedzieć państwu, co o tym myślę: Argentyna wygrywa jeden do zera… niech Bóg wybaczy mi to, co teraz powiem… jeden do zera po golu strzelonym ręką… Co innego mam państwu powiedzieć?" — wydzierał się do mikrofonu sprawozdawca komentujący mecz dla państwowego Radia Argentina.
ABACA/NEWSPIX.PL POLAND ONLY! / newspix.pl
"Ręka Boga" Diego Maradony w meczu przeciwko Anglii
Gdyby takim wynikiem się skończyło, historia zmarłego w 2020 r. Maradony byłaby opowiadana w inny sposób, bo w tym aniele o brudnej twarzy, brudu byłoby po prostu więcej. Ale tego dnia na Estadio Azteca to on dyktował zapis historii. Ledwie trzy minuty później przebiegł z piłką pół boiska, mijając angielskich z piłkarzy z dynamiką godną mistrza świata w slalomie specjalnym. Ale przede wszystkim z błyskiem piłkarskiego wirtuoza. Strzelił na 2:0. Po oszałamiającym oszustwie przyszła pora na oszałamiający kunszt.
To dlatego po meczu do opowieści o swoich wyczynach mógł wpleść wątek boski, zupełnie eliminując element szatański. Po tym drugim golu nierzadko rozhuśtany emocjonalnie Diego wmówił sobie oraz innym, że działał z polecenia i w imieniu Boga i z tego kluczowego faktu wynikało, że nawet pozorne zło przeradzało się w dobro. Taką legendę lubił głosić i z biegiem lat twórczo rozwijać. W tym jego pseudoteologicznym bajdurzeniu było jednak coś urokliwego. Świat miał do niego słabość (no, może z wyłączeniem Anglii), bo był piłkarzem zjawiskowym i absolutnie najlepszym, o dwie długości przed innymi, więc jego tyrad słuchano z pobłażliwym uśmiechem. Pozwalano mu mówić, co mu ślina na język przyniosła. Ręka Boga? No każdego tylko akurat nie Boga! Ale OK, niech mu będzie; w końcu Mozartowi wolno więcej.
AFLO SPORT / NEWSPIX.PL / newspix.pl
Diego Maradona w barwach reprezentacji Argentyny
Osobisty trener Maradony od przygotowania fizycznego (wtedy rzadkość) Fernando Signorini powiedział autorowi cytowanej już biografii, że gdyby Diego przyznał się sędziemu, że strzelił gola ręką, zaoszczędziłby mnóstwo pracy nauczycielom, trenerom i filozofom na całym globie, bo w świat poszedłby przekaz, że Maradona nie godzi się na oszustwa. Argentyna może by przegrała, ale świat byłby lepszy. Brzmi wzniośle, ale nierealistycznie. Bardziej trafiają do mnie inne słowa Signoriniego: Gdy Diego postanawiał robić coś dobrze, nikt nie był w stanie mu dorównać. Gdy skupiał się na czymś złym, w sumie też był niezrównany.