
— Praca ze Stefano Lavarinim pokazała mi, jak ważne jest bycie cierpliwą w siatkówce, ale jednocześnie warto podejmować przy tym odważne decyzje — mówi nam Julita Piasceka, bohaterka meczu z USA.
Bartłomiej Płonka: Tak dobry występ w pani wykonaniu jak przeciwko Stanom Zjednoczonym sprawia, że czuje się pani coraz bardziej znaczącą postacią reprezentacji Polski?
Julita Piasecka: Bez wątpienia taki mecz dodaje pewności siebie, ale nie patrzę na to w ten sposób, czy staję się liderką zespołu, czy nie. Każda z nas ma swoją rolę, wie, co ma wykonywać i dokłada coś od siebie. Po prostu cieszę się, że mogłam pomóc drużynie. Najważniejsze dla mnie jest to, żeby utrzymać ten poziom i nadal mieć udział w kolejnych zwycięstwach.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
W tie-breaku przegrywałyście 4:7 i 7:9, ale odwróciłyście jego losy, zwyciężając do 12. W którym momencie poczuła pani, że już nie oddacie tej wygranej?
To był bardzo wymagający i pełen emocji tie-break, który nie zaczął się dla nas korzystnie. Zresztą cały mecz był bardzo trudny. A czy w którymś momencie poczułam, że już go mamy? Szczerze mówiąc: nie. Do samego końca nie byłam pewna, że mecz jest wygrany. Musiałyśmy utrzymać koncentrację do ostatniej piłki, bo jej brak mógłby nas sporo kosztować.
W tym sezonie otrzymała pani duże zaufanie od Stefano Lavariniego. Selekcjoner uprzedzał, że postawi na panią odważniej?
Nie było między nami żadnej specjalnej rozmowy na ten temat. Otrzymałam szansę i staram się wykorzystywać ją jak najlepiej. Znów wrócę do tej koncentracji, bo od trenera Lavariniego właśnie jej nauczyłam się najbardziej. Praca z nim pokazała mi, jak ważne jest bycie cierpliwą w siatkówce, ale jednocześnie warto podejmować przy tym odważne decyzje.
Uważa pani, że ostatnie miesiące są najlepsze w pani dotychczasowej karierze? Cały sezon ligowy była pani podstawową zawodniczką Developresu Rzeszów, występując w Lidze Mistrzyń, a teraz przyszedł czas na regularne występy w kadrze.
Nie wiem, nie pokuszę się teraz o takie stwierdzenie. Ale na pewno jest to dla mnie dobry czas, jestem tego świadoma. Po prostu cieszę się z tego, jak wyglądają ostatnie miesiące. Natomiast nie oznacza to, że nie mam żadnych rezerw. Wiem o tym, że wciąż są elementy, które wymagają pracy i poprawy.
PAP/EPA / PAP
Stefano Lavarini
Walczycie o awans do finałów Ligi Narodów. Da się przystępować do kolejnych spotkań, nie myśląc zupełnie o układzie tabeli?
Oczywiście wiemy, jak wygląda tabela i każda z nas zdaje sobie sprawę z tego, że wyniki wszystkich meczów mają wielkie znaczenie, bo chcemy pojechać do Makau. Ważne jest, żeby zachować balans, bo jeżeli zaczniemy za bardzo myśleć o tym, co będzie, jeżeli… i snuć różne scenariusze przed meczami, wykonamy pierwszy krok w stronę utraty koncentracji. Znamy stawkę spotkań, ale jednocześnie staramy się myśleć o każdym kolejnym, a nie wybiegać daleko w przyszłość.
W tym roku całą Ligę Narodów rozgrywacie w Azji. Był Nankin, był Bangkok, teraz jest Osaka, a finały odbędą się w Makau.
Zdecydowanie łatwiej funkcjonuje się w Azji z każdym kolejnym wyjazdem. Podróże i zmiana stref czasowych bywają męczące, ale tego też da się w pewnym stopniu nauczyć, jeżeli często ma się z tym do czynienia. Uważam, że dość szybko odnajdujemy się w nowych warunkach. To, co podoba mi się w Azji, to ciekawa kultura, która jest inna niż w Polsce. Panuje tutaj również olbrzymia gościnność ze strony miejscowych osób. Poza tym osobiście bardzo się cieszę, że mam możliwość poznawania nowych miejsc na świecie.
W piątkowym starciu z Brazylią i niedzielnej konfrontacji z Japonią powinniśmy spodziewać się podobnej dramaturgii co w meczu ze Stanami Zjednoczonymi?
Nie ukrywajmy — Brazylia i Japonia to drużyny światowej klasy, więc na pewno czekają nas bardzo trudne spotkania i nawet nie ma co się łudzić, że będzie inaczej. Chcemy przede wszystkim zagrać swoją najlepszą siatkówkę i walczyć o zwycięstwa. Taką mentalność zaszczepia w nas trener. Wygrana zawsze jest naszym celem, bez względu na przeciwnika.