
Kibice Argentyny i Anglii przeżyli w Atlancie huśtawkę nastrojów — od nerwów i wzajemnych przytyków po szok i bratanie się. Argentyńczycy twierdzili, że do wygranej 2:1 w półfinale piłkarskich mistrzostw świata pomógł im z nieba Diego Maradona, a Anglicy obwiniali o porażkę trenera Thomasa Tuchela.
Nie wszyscy mogli pojąć to, co wydarzyło się w środowe popołudnie pod szklaną kopułą klimatyzowanego stadionu Atlanta Falcons. Dlatego niektórzy sięgali po wyjaśnienia nadprzyrodzone.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
— To Maradona świecił nad nami, on nad tym wszystkim czuwał i sprawił nam cud, jak w 1986 r. — mówi łamiącym się głosem jeden z argentyńskich kibiców, pokazując replikę koszulki z numerem 10 z meksykańskiego mundialu. Koszulkę zdjął już po wyrównującej bramce Enzo Fernandeza i nie założył jej do końca meczu. Każdemu, kto zapytał, wyjaśniał przy tym, co znaczy dla Argentyńczyków zwycięstwo nad Anglikami: kolejna już zemsta za Malwiny i wynagrodzenie za cierpienia narodu w ostatnich latach.