
Jak można być kilkanaście minut od finału największej futbolowej imprezy świata, a jednocześnie skompromitować się w historyczny sposób? Anglicy właśnie udowodnili, że to możliwe. Rozłożyli przed Leo Messim czerwony dywan i tylko czekali, aż w końcu coś wyczaruje.
Komentarz
Poniżej streszczenie artykułu:
Skrót przygotowany przez Onet Czat z AI, może zawierać błędy.
Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Jak można być kilkanaście minut od finału największej futbolowej imprezy świata, a jednocześnie skompromitować się w historyczny sposób? Anglicy właśnie udowodnili, że to możliwe. Rozłożyli przed Leo Messim czerwony dywan i tylko czekali, aż w końcu coś wyczaruje. Hasło "it's coming home" jeszcze nigdy nie było aż tak nieaktualne. Przecież Lwy Albionu nie mają po co wracać do kraju po takiej klęsce na własną prośbę.
Pierwsza połowa półfinału mistrzostw świata? Zapomnijmy o tym. Ani jednego celnego strzału, 19 fauli i tylko dwie żółte kartki. Dwie, bo mogło być ich sporo więcej, skoro zamiast futbolowego spektaklu oglądaliśmy jeden z ulubionych sportów Amerykanów — wrestling. Później to wszystko zostało nam jednak zwrócone z nawiązką.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Na początku wydawało się, że to będzie mecz nieoczywistych bohaterów. Nagły wybór Morgana Rogersa? Wszystko zakończyło się cudowną asystą. Djed Spence, którego skreślili niemal wszyscy, wyjątkowo grający na lewej obronie? Kilka niesamowitych interwencji i zatrzymywanie Lionela Messiego. Tylko co z tego, skoro potem Anglicy udowodnili, że wcale nie chcą awansować do finału?