
21-latek z Polski opowiada o kulisach pracy z uczestnikami największych turniejów tenisowych na świecie. Twórca zdjęć i materiałów wideo współpracował już z około 30 zawodnikami, a jego fotografie publikował sam Carlos Alcaraz. Mateusz Męcik opowiada nam, jak zaczęła się jego wielka przygoda.
MATEUSZ MĘCIK: W przeszłości sam grałem w tenisa, ale nigdy nie udało mi się spełnić marzenia o zawodowej karierze. Od czterech lat mieszkam w Londynie, natomiast zdjęcia i filmy dla tenisistów tworzę od półtora roku. Zaczynałem jednak od prowadzenia fanpage’u Magdy Linette, która dała mi swego czasu możliwość poznania tenisa od strony pozakortowej i współpracy przy kilku projektach marketingowych i jej fundacji.
Mając okazję być na kilku turniejach, od tamtego czasu rozwinąłem swój profil na Instagramie, działam pod nazwą @ittakestennis. Na samym początku po prostu wrzucałem zdjęcia, które robiłem i oznaczałem konta tenisistów. Z biegiem czasu zawodnicy sami zaczęli się do mnie odzywać z prośbą o współpracę i o to, czy mógłbym coś dla nich wykonać.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Z kim współpracuje pan podczas tegorocznego Wimbledonu?
Między innymi z Węgierką Fanny Stollar, Czeszką Darją Vidmanovą, Paragwajczykiem Adolfo Danielem Vallejo, Litwinem Viliusem Gaubasem i całym zespołem Portugalii. W tym roku towarzyszyłem zawodnikom na Australian Open, w Madrycie, na Rolandzie Garrosie i teraz na Wimbledonie. Jeśli polecę na US Open do Nowego Jorku i skompletuję kalendarzowy Wielki Szlem, będę mógł przejść na emeryturę, której oczywiście na razie nie planuję. (śmiech) W tym roku na Wimbledonie najbardziej intensywne były dwa dni poprzedzające start turnieju, gdy tenisiści trenują i biorą udział w wydarzeniach dla sponsorów. Wstawałem o 6.00, treningi odbywały się od 9.00 do 18.00, na koniec dnia miałem do przejrzenia około 1500 zdjęć, a dodam, że wszystko robię na telefonie, nie korzystam z laptopa.
Czy jest to praca, która przynosi dobre zarobki?
Na początku była to dla mnie przede wszystkim wspaniała przygoda, bo nie ma co się oszukiwać, już sama obecność na Wielkich Szlemach i możliwość poznania tenisowego świata, który wcześniej widziało się tylko na ekranie telewizora, to coś wielkiego. Wciąż skupiam się na studiach, ale na pewno jest to dobry dodatek.
Na jakim kierunku pan studiuje?
Zarządzanie na London School of Economics. W przyszłości chciałbym być agentem sportowym. Moim celem jest konkretna współpraca z zawodnikami w zakresie kreowania ich wizerunku. Wiele nauczyłem się już od zespołu Jacka Drapera, podobnie jak od agenta Magdy Linette, który jest bardzo kreatywną i odważną osobą, z ogromną wiedzą, z której mogłem wiele zaczerpnąć. Przy okazji współpracy z zawodnikami poznałem również innych menedżerów oraz organizatorów turniejów. Skupiam się na pracy z konkretnymi tenisistami, ale w tym roku w trakcie turnieju w Indian Wells byłem członkiem zespołu ds. mediów społecznościowych, a akurat zobaczenie na żywo tych rozgrywek było jednym z moich największych marzeń obok wylotu na Australian Open.
A z którymi zawodnikami współpracowało się panu dotychczas najlepiej?
Z osobami, które patrzą na nasz kontakt długoterminowo. Sporo znaczy dla mnie również możliwość pracy dla bardziej znanych zawodników, jak wspomniany wcześniej Jack Draper czy Emma Raducanu. To okazja do pokazania swojej pracy szerszej grupie odbiorców. Miałem też okazję poznać Carlosa Alcaraza i choć współpracuje on głównie z Hiszpanami, to na jego profilu jest jedno wykonane przeze mnie zdjęcie. Kiedy w 2025 r. przed US Open ogolił się na łyso, zupełnym przypadkiem pojawiłem się wtedy na jego treningu, a nikt nie spodziewał się, że Carlos zaprezentuje nową fryzurę. Moje zdjęcia obiegły świat i Carlos postanowił wrzucić je na swoje profile w mediach społecznościowych. Z kolei rok temu zostałem zaproszony na turniej pokazowy, gdzie na korcie robiłem zdjęcia Novakowi Djokoviciowi. Takie wspomnienia, jak bycie tak blisko legendy sportu, zostaną ze mną na zawsze.
Funkcjonując za kulisami tenisowego świata, czy według pana jest coś, co pozostaje widokiem wyłącznie dla wybranych?
Akurat Wimbledon jest bardzo specyficznie skonstruowany, posiada korty treningowe, na które kibice nie mają ogólnego dostępu. To świątynia tenisa, gdzie o 10.00 rano mogę zobaczyć trenujące obok siebie siostry Williams, Djokovicia i inne gwiazdy. Gdy tu jestem, czuję, że znajduję się tak blisko tenisa na światowym poziomie, że bliżej być nie mogę. I za to jestem ogromnie wdzięczny. Wimbledon bardzo sztywno trzyma się także pewnych tradycji, a jedną z nich jest gigantyczna kolejka po bilety ground pass. Kocham tenis, ale ludzie, którzy są w stanie spędzić całą noc w namiocie w oczekiwaniu na wejście na korty, żywią chyba jeszcze większe uczucie do tej dyscypliny.
Czego według pana pod kątem pozasportowej działalności brakuje tenisistom?
Choć podejście się zmienia, czasem wciąż tenisiści nie przykładają większej uwagi do tego, jak prezentują się w mediach, a za ich pośrednictwem można przecież pokazać coś wyjątkowego ze swojego sportowego życia. Uważam, że każdy, kto ciężko pracuje na sukces w sporcie, ma do przekazania swoją unikalną historię, która może zainteresować kibiców. Choć treningi i podróże bywają ciężkie, tenisiści prowadzą życie, o którym wiele osób marzy, a przynajmniej chciałoby go spróbować i przekonać się, jakie jest naprawdę.
A co powiedziałby pan osobom, które marzą o pracy w sporcie?
Licz się z tym, że na dwadzieścia twoich próśb piętnaście osób cię zignoruje, cztery odmówią, a być może jedna da ci szansę. I ją trzeba jak najlepiej wykorzystać. Sport na wysokim poziomie może przytłoczyć, ale jeśli znalazłeś się już w tym miejscu, to znaczy, że na to zapracowałeś. Zdaję sobie sprawę, że może to brzmieć ciut patetycznie, ale to, co chcesz osiągnąć, należy postrzegać jako cele do zrealizowania, a nie marzenia. Trzeba tworzyć własną drogę, swój styl pracy. Wolę, żeby dziesięciu osobom moja praca się spodobała, a dziesięciu innym nie, niż żeby dwadzieścia osób przeszło obok niej obojętnie.