
Ryszard i Halina Wieczorkowie z Oleśnicy. FOT. KATARZYNA KIJAKOWSKA
11 lipca to data, która w sercach Kresowiaków wciąż otwiera niezabliźnione rany. W rocznicę „Krwawej Niedzieli” i apogeum Rzezi Wołyńskiej, Ryszard Wieczorek wraz z żoną Haliną wracają w rozmowie z nami do dramatycznych wydarzeń sprzed lat. To opowieść o dawnej świetności, narastającym terrorze, dramatycznej walce o życie i ukraińskim sąsiedzie, który w najczarniejszej godzinie zachował człowieczeństwo. To także historia dwojga ludzi, których połączyły powojenne zgliszcza i wspólne budowanie życia od zera.
11 lipca dla wielu to zwykły, letni dzień. Dla pana Ryszarda to data naznaczona krwią, strachem i zapachem palonych wiosek. – Urodziłem się na Wołyniu. Było tam miasteczko Mizocz i Budki, malutka wieś, w której żyliśmy – rozpoczyna swoją opowieść pan Ryszard. Jego głos jest spokojny, ale w oczach widać powracające obrazy z przeszłości.
Zanim na Wołyniu rozpętało się piekło, ziemie te były dla wielu Polaków miejscem nowego początku i obietnicą spokojnego życia. Jak rodzina pana Ryszarda znalazła się na Kresach? Historia jego bliskich to gotowy scenariusz na film, splatający losy warszawskich elit i odrodzonej po zaborach Polski.
– Rodzice matki mieli kamienicę w Warszawie, byli zamożnymi ludźmi. Pojechali na Wołyń, bo tata dostał ziemię w nagrodę za udział w I wojnie światowej i wojnie z bolszewikami w 1920 roku. Był ułanem. A wcześniej mieszkał w Błoniu pod Warszawą – wspomina nasz rozmówca.
Pan Ryszard przyszedł na świat już tam, na Wołyniu, w 1931 roku. Pierwsze lata życia upływały w miarę spokojnie, w wielokulturowym tyglu, gdzie Polacy, Ukraińcy i Czesi żyli po sąsiedzku. Przełom nastąpił tuż przed wybuchem II wojny światowej. – W 1939 roku były u nas manewry, pojawiło się dużo wojska. Pytałem mamę: „Skąd ci żołnierze?”. Odpowiadała, że z Warszawy. Wtedy też banderowcy zaczęli podnosić głowę do góry – opowiada.
Dzieciństwo brutalnie zderzyło się z narastającym nacjonalizmem. Zmiany nie przyszły z dnia na dzień, ale atmosfera gęstniała z każdym miesiącem. Dawni koledzy ze szkolnej ławki stawali się obcy, a wsie zaczęły się dzielić. – Chodziłem tam do szkoły razem z Ukraińcami. Pamiętam, jak na każdej wiosce zaczęli stawiać krzyże. Kiedy szli i widzieli, że stoi krzyż, wiedzieli, że tam są Ukraińcy – mówi pan Ryszard.
Znaki terytorialne szybko ustąpiły miejsca otwartej przemocy. Zaczęły docierać wieści o pierwszych zbrodniach. – Najpierw zabili jednego Polaka, przywieźli go na wozie. Potem w innej wiosce kolejnego. Zaczynaliśmy się bać. Jak wojsko polskie od nas wychodziło, to zostawiali broń. Ukraińcy ją zabierali, uzbrajali się. Polacy też ją magazynowali, zakopywali do ziemi, ale nie było tego dużo.
Iskrą, która uświadomiła wszystkim skalę zagrożenia, był atak na pobliskie Hurby. – Ukraińcy napadli na nią i wybili Polaków. Kto mógł, uciekał do Mizocza, od nas to było jakieś sześć kilometrów – mówi.
Wkrótce terror dotarł do Budek. Gdy nacjonaliści napadli na wioskę Wieczorków, ojciec pana Ryszarda, dawny ułan, nie zamierzał poddać się bez walki. Kiedy początkowo się ukrył, w akcie desperacji i odwagi wyskoczył z kryjówki i obezwładnił jednego z ukraińskich napastników.
To był akt heroizmu, ale i wyrok. Rodzina wiedziała, że banderowcy wrócą, by się zemścić. Musieli zniknąć.
– Pamiętam, że na podwórku był gnojownik. Ojciec ten gnój wywalił i zrobił nam pod nim ziemiankę. My się tam chowaliśmy – relacjonuje mężczyzna.
Warunki były nieludzkie. Gnijący obornik maskował ich obecność przed oprawcami, ale wewnątrz brakowało tlenu. – Tam było strasznie duszno. Mama lekko odchylała słomę, żebyśmy łapali powietrze – wspomina pan Ryszard.
Wieczorkowie wiedzieli, że ziemianka pod gnojownikiem to tylko rozwiązanie na chwilę. Jedynym ratunkiem była ucieczka do większego skupiska uchodźców, do Mizocza. Wymagało to jednak pokonania niebezpiecznej drogi. Wtedy nadeszła pomoc z najmniej spodziewanej – w tamtym czasie – strony.
Udali się do sąsiedniej wioski, Mostów. – Był tam nasz przyjaciel, Ukrainiec. Chcieliśmy, żeby zabrał nas na wóz i przewiózł do miasta. I on faktycznie po nas przyjechał. Zawiózł nas do Mizocza – opowiada pan Ryszard, dobitnie przypominając, że w morzu nienawiści wciąż można było znaleźć wyspy ludzkiej przyzwoitości.
Ucieczka oznaczała pozostawienie niemal całego dobytku. – Mieliśmy dobrą krowę, zostawiliśmy ją u Czecha. Obiecał nam, że od czasu do czasu przywiezie nam mleko do Mizocza, ale nigdy tego nie zrobił… – kwituje gorzko.
Miasteczko szybko stało się pułapką, w której o przetrwanie trzeba było walczyć każdego dnia. Przed wojną żyły tu niespełna dwa tysiące osób. Po fali ucieczek z płonących wokół wiosek, liczba ta drastycznie wzrosła.
– Jak tam przyjechaliśmy, było pełno ludzi. Mama znalazła pokoik. Żyły tam cztery rodziny, my spaliśmy w kącie. W miasteczku było wtedy aż 25 tysięcy uciekinierów. Nie było co jeść – wspomina pan Ryszard.
Wybawieniem okazały się pola. Kiedy jeden z zaprzyjaźnionych Czechów wykopywał buraki, dzieci zbierały resztki. – Przynosiliśmy je mamie, a ona gotowała nam z tego „malas”. Byliśmy tam aż rok.
Nawet w Mizoczu nie mogli jednak spać spokojnie. Obozy uchodźców i wsie wciąż były na celowniku nacjonalistów. – Byli tacy Ukraińcy, którzy ostrzegali i mówili: „Uciekajcie, bo dzisiaj napadną na waszą wioskę”. Uciekaliśmy wtedy do lasu i tam spaliśmy. Pamiętam, jak zamykaliśmy buzię mojemu bratu, Wackowi. Strasznie płakał, baliśmy się, że ten płacz ściągnie na nas Ukraińców – głos pana Ryszarda łamie się na to wspomnienie.
Kiedy UPA ostatecznie uderzyła na Mizocz, ratunek przed ukraińskimi nacjonalistami przyszedł paradoksalnie ze strony niemieckiego okupanta.
– Szli na Mizocz. Brat opowiadał, że nie oszczędzali nikogo, nawet kobiet w ciąży i dzieci. Wtedy zabrali nas Niemcy. Całą rodziną wsadzili nas do pociągu i wywieźli do pracy, najpierw do Zdołbunowa – relacjonuje mężczyzna. – Tam też panował straszny głód. Niemcy brali nas na samochód ciężarowy, wieźli na ukraińskie wioski i tam zbieraliśmy dla nich ziemniaki. Pozwalali nam trochę wziąć dla siebie.
W grudniu 1943 roku wywieziono ich w głąb Rzeszy. Odkryte wagony w środku zimy zbierały śmiertelne żniwo. Po dotarciu do Wałbrzycha rodzinę rozdzielono. Ojciec dostał pracę, Ryszard smarował maszyny w fabryce. Największy dramat dotknął małego Wacka.
– Zabrali go od nas. Wykonywali na nim jakieś badania, wymazy. Kiedy w końcu go odnaleźliśmy, był w takim szoku, że w ogóle nas nie poznawał. Nie potrafił już nawet mówić po polsku. Przyjechałem i mówię mu: „To twoja mama”, a on stał i patrzył obcym wzrokiem.
W Wałbrzychu wojenna machina śmierci odsłoniła przed nimi jeszcze jedno ze swoich upiornych obliczy. – Nie mieliśmy ubrań. Niemcy kazali nam pojechać na plac, gdzie leżała sterta odzieży. Tam dowiedzieliśmy się o Oświęcimiu. To były ubrania po ludziach, którzy zginęli w obozach…
Pan Ryszard przepracował w niemieckiej fabryce aż do 9 maja 1945 roku. Kiedy nadeszła Armia Czerwona, wolność miała gorzki smak. – Rosjanie przyszli i szukali tylko kobiet. Dziewczyny panicznie się przed nimi chowały. Pamiętam, jak kilka z nich wbiegło do naszego pokoju, a mama w ułamku sekundy wcisnęła je pod łóżko. Czerwonoarmiści gwałcili na potęgę.
W tych dniach Ryszard zdobył się na gest, który do dziś jest świadectwem jego człowieczeństwa. W fabryce pracował dla Niemca, który kiedyś go uderzył. Gdy wkroczyli Rosjanie, przerażony Niemiec błagał polskiego chłopca o pomoc. – Poprosił, żebym powiedział żołnierzom, że był dla mnie dobry. I ja to zrobiłem. Wiedziałem, że jeśli przyznam, że mnie uderzył, to od razu go zabiją. A on miał żonę w ciąży…
Po wojnie chcieli wrócić na Wołyń. Ojciec zorganizował wóz i konie zostawione przez Niemców. Za łapówki z papierosów mijali radzieckie patrole, przeszukując po drodze gruzy Wrocławia w poszukiwaniu jedzenia.
– W jakimś magazynie znalazłem kiełbasę. To był cud, zaniosłem ją głodnej rodzinie – mówi.
Dojechali do Oleśnicy, przespali noc w starej fabryce przy ul. Kilińskiego. Rano usłyszeli wyrok: „Niet. Tu Polska, a tam Rosja”. Nie puścili ich dalej.
Cała rodzina pana Ryszarda osiedliła się więc na Ziemiach Odzyskanych. Państwowy Urząd Repatriacyjny przydzielił im mieszkanie w pobliskim Wyszogrodzie. Nowe życie symbolicznie przypieczętowały narodziny najmłodszego brata, Tadka, pierwszego Polaka urodzonego w powojennym Wyszogrodzie.
To właśnie tu, na nowej ziemi, splotły się losy Ryszarda i Haliny. Jej rodzina również uciekała przed wojennym koszmarem, przybywając tu z Kielecczyzny. Podczas gdy w lipcu 1943 roku pan Ryszard walczył o życie w wołyńskim piekle, w tym samym czasie, 12 i 13 lipca 1943 roku, rozegrał się dramat pani Haliny.
– Wojnę pamiętam. Nie zapomnę jej nigdy – mówi drżącym głosem pani Halina. – Widziałam, jak Niemcy spalili całą wieś obok naszej, Michniów. Została spacyfikowana. Uratowali się tylko ci, których nie było wtedy w domu. Bardzo się baliśmy.
Ta zbrodnia odcisnęła na niej potężne piętno. – Straciłam ponad dwudziestu bliskich członków rodziny. Zostali bestialsko zamordowani. Do dziś mam przed oczami ten ciągnący się sznur trumien. Byłam wtedy dzieckiem, ale ten obraz i „Rota”, którą tam śpiewano, zostały mi w głowie na zawsze.
Pamięć o pomordowanych niosła ze sobą przez lata. Edukację na Ziemiach Odzyskanych pani Halina zaczynała w szkole w Cieślach, a kończyła we Wszechświętem. To właśnie tam, gdy nauczyciel Bronisław Grażewicz zaczął uczyć klasę „Roty”, ona wstała i z dumą oświadczyła, że zna tę pieśń od dawna. Następnie poszła do liceum we Wrocławiu, by ostatecznie ukończyć I Liceum Ogólnokształcące w Oleśnicy. Przez lata pracowała w Administracji Domów Mieszkalnych w Oleśnicy.
Kiedy Ryszard i Halina postanowili spędzić ze sobą resztę życia, startowali dosłownie od zera. Dwoje młodych ludzi, niosących na barkach niewyobrażalne traumy dwóch różnych stron Polski, musiało zbudować swój świat na nowo.
– Mieliśmy mały pokoik, sam zbiłem łóżko i od tego zaczynaliśmy – wspomina z uśmiechem pan Ryszard.
Pan Ryszard bardzo chciał nadrabiać stracone lata i iść do szkoły, ale ojciec kazał mu pracować. Skończył tylko dwie klasy wieczorowo, nad czym bardzo ubolewał. Dzięki determinacji zdobył jednak zawód mechanika i kierowcy. Założył własny warsztat samochodowy przy ulicy Nowowiejskiej na Ratajach, który prowadził z sukcesem aż do emerytury, kształcąc po drodze kilkudziesięciu uczniów.
Wołyń jednak nigdy z niego nie wyszedł. W latach 60. postanowił pojechać na Kresy, by pokazać rodzinne strony żonie i 12-letniemu synowi Robertowi. Gdy dotarli do Budek, po jego rodzinnej wsi nie było już śladu. Gospodarze ze wsi Mosty ugościli ich serdecznie, ale dawny świat obrócił się w popiół. W pamięci na zawsze pozostał obraz nacjonalistów mordujących bezbronnych ludzi.
Dziś państwo Wieczorkowie to szczęśliwi pradziadkowie. Ich dzieci wyemigrowały do USA, gdzie ułożyły sobie życie. Mimo próśb, nie zdecydowali się przenieść za ocean na stałe. – I co ja bym tam robił? – śmieje się pan Ryszard. Pani Halina dodaje, że w Stanach byli w odwiedzinach kilka razy, a z dziećmi mają niemal codzienny kontakt.
Zaczynali od własnoręcznie zbitego łóżka w małym pokoiku, dziś mają za sobą dziesięciolecia wspólnego, dobrego życia. Przetrwali Wołyń i Michniów, obozy pracy i powojenną biedę. Ich historia to nie tylko lekcja o okrucieństwie wojny, ale przede wszystkim świadectwo niesamowitej siły, miłości i woli przetrwania, o której my, jako społeczeństwo, nie mamy prawa zapomnieć.