RAK
    Sotiris "Soter" Zaros, bogatyńska legenda. Skończyłby 100 lat

    Sotiris "Soter" Zaros, bogatyńska legenda. Skończyłby 100 lat

    3419 odsłon
    Sotiris "Soter" Zaros, bogatyńska legenda. Skończyłby 100 lat

    W Bogatyni, gdzie historia splata się z losami niezwykłych ludzi, nazwisko Sotirisa Zarosa, znanego powszechnie jako „Soter”, wciąż budzi żywe i zróżnicowane wspomnienia: od głębokiego wzruszenia po skrajną niechęć tych, którzy znali go tylko z ostatnich lat życia. Ten charyzmatyczny Grek, który na stałe wpisał się w krajobraz miasta, był symbolem powojennej emigracji i dowodem na to, że pod bogatyńskim niebem można znaleźć nowy dom. W maju 2026 roku Soter obchodziłby swoje setne urodziny.

    Tytuł fotografii "Anastazy" Sotiris Bogatynia, fot. Monika Szczerbinska/zdjęcie pokolorawno cyfrowo 

    Dzięki nowym faktom, które niedawno ujrzały światło dzienne w popularnym filmie wspomnieniowym Wiesława Zbyszyńskiego, możemy wreszcie spojrzeć na tę postać bez krzywdzących stereotypów i poznać pełną, momentami głęboko tragiczną prawdę o jego życiu.

    Sotiris Zaros urodził się w maju 1926 roku w Grecji. Jego młodość przypadła na niezwykle burzliwy okres – grecką wojnę domową (1946–1949). Konflikt ten zmusił tysiące Greków do opuszczenia ojczyzny w poszukiwaniu bezpieczeństwa. Wśród nich znalazł się młody Sotiris.

    Na przełomie lat 40. i 50. XX wieku Polska przyjęła około 14 tysięcy greckich uchodźców. Szacuje się, że do samej Bogatyni trafiło kilkudziesięciu z nich. Soter postanowił ułożyć sobie życie w nowej rzeczywistości. Ożenił się z Polką, która – jak wspominają dawni sąsiedzi – była niezwykle piękną kobietą. Szczęście nie trwało jednak długo. Ukochana żona Sotera zmarła w młodym wieku, co nim wstrząsnęło i odcisnęło trwałe piętno na jego dalszych losach.

    W latach 60. i 70. Soter był w Bogatyni postacią powszechnie rozpoznawalną, barwną i w gruncie rzeczy bardzo lubianą. Po stracie żony prowadził barakowóz, w którym znajdowała się popularna w mieście strzelnica odpustowa. Z tym okresem wiąże się niesamowita, ale prawdziwa legenda: Soter cały swój życiowy utarg chował w piecu barakowozu, w którym nigdy nie palono. Pewnego dnia pod jego nieobecność do wozu weszła znajoma kobieta. Chcąc ogrzać pomieszczenie, rozpaliła ogień i nieświadomie puściła całą fortunę Greka z dymem.

    Drugą namiętnością Sotera był hazard, a zwłaszcza gra w karty, w którą był niezwykle biegły. Krąży o nim historia z podróży tramwajem, w którym ograł współpasażerów z tylu zegarków, że miał nimi obwieszone oba przedramiona. Przegrani nie potrafili jednak znieść porażki – użyli podstępu i pobili Sotera, odbierając mu cały łup.

    Dla dzieci z tamtego okresu był jednak przede wszystkim „Tati” (co po grecku oznacza po prostu tatusia). Soter uwielbiał najmłodszych. Mieszkańcy wspominają, że gdy tylko wygrał coś w karty, dzieciaki podbiegały do niego z okrzykiem: „Tati, daj na cukierki!”, a on zawsze chętnie dzielił się groszem. Chodził wtedy w eleganckiej marynarce i zachowywał się jak szarmancki, normalny człowiek.

    Niestety, dumny Grek z bujną czupryną i charakterystyczną, długą brodą kłuł w oczy ówczesną władzę ludową. Milicja Obywatelska regularnie urządzała na niego obławy. Ponieważ Soter dysponował nadludzką siłą, do wsadzenia go do milicyjnej Nysy potrzeba było kilku funkcjonariuszy. Milicjanci mścili się, goląc go i strzygąc na siłę (często wracał z komisariatu ze zmasakrowaną, pełną strupów twarzą) oraz polewając na mrozie wodą z węża pod ciśnieniem – rzekomo „dla jego własnego dobra”.

    Prawdziwy dramat rozegrał się jednak w czasie stanu wojennego, kiedy Soter trafił do więzienia w Lubaniu. W tamtejszym zakładzie karnym znajdowała się specjalna, dźwiękoszczelna cela, nazywana przez więźniów „dźwiękami”. Służba więzienna odprowadzała tam niepokornych osadzonych, by bezkarnie i w tajemnicy bić ich do nieprzytomności.

    Soter, ze względu na swój niezłomny charakter, stał się stałym celem katów. Był zabierany na „dźwięki” wielokrotnie i brutalnie maltretowany przez kilku strażników naraz. To tam, za murami lubańskiego więzienia, system ostatecznie zniszczył jego zdrowie psychiczne. Człowiek, który opuścił areszt, był już zupełnie inną osobą.

    To właśnie te bestialskie tortury sprawiły, że w późniejszych latach Soter zmienił się w zrujnowanego psychicznie, zaniedbanego i agresywnego werbalnie człowieka, który krzykiem próbował zagłuszyć demony przeszłości. Zbierał butelki i woził je rowerem do skupu, mieszkając przez pewien czas przy ulicy Biskupiej. Niestety, nowsze pokolenia bogatynian, widząc jego ekscentryczne zachowanie na ulicach, nie zadały sobie trudu, by dowiedzieć się, jak potworną cenę zapłacił za starcie z komunistycznym aparatem represji.

    Pod koniec lat 90. Soter przebywał w ośrodku w Leśnej, z którego jednak nieustannie uciekał, ciągniony tęsknotą do Bogatyni. Swoją bezpieczną przystań i upragniony spokój odnalazł dopiero w Domu Pomocy Społecznej „Jędrek” w Opolnie-Zdroju. Bardzo chwalił sobie tamtejszą opiekę, a personel i mieszkańcy otoczyli go należytym szacunkiem.

    To właśnie tam, na początku maja 2016 roku, hucznie obchodzono jego 90. urodziny. Dwa lata później, w lipcu 2018 roku, Sotiris „Soter” Zaros zmarł w DPS-ie w wieku 92 lat.

    Gdyby żył, w maju 2026 roku Sotiris Zaros skończyłby okrągłe 100 lat. Choć od jego śmierci minęło już 8 lat, a na ulicach Bogatyni próbowano go „zastępować” innymi lokalnymi oryginałami (jak Paprota czy Serafin), Soter pozostaje jedyny i niepowtarzalny. Był żywym symbolem skomplikowanej historii naszego regionu. Dziś, bogatsi o wiedzę o jego tragicznych losach, winni jesteśmy mu przede wszystkim pamięć i szacunek, na który tak bardzo zasłużył.

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era

    Co o tym sądzisz?