
Są kolaboracje, które ogłasza się z wielkimi zapowiedziami, zmuszające nas do wyczekiwania na dany numer miesiącami. I są takie, o których istnieniu nawet nie przyszło nam marzyć. Solomun i Skrillex zdecydowanie należą do tej drugiej kategorii. To kolab, o którym nie wiedzieliśmy, że go potrzebujemy
Są kolaboracje, które ogłasza się z wielkimi zapowiedziami, zmuszające nas do wyczekiwania na dany numer miesiącami. I są takie, o których istnieniu nawet nie przyszło nam marzyć. Solomun i Skrillex zdecydowanie należą do tej drugiej kategorii. To kolab, o którym nie wiedzieliśmy, że go potrzebujemy.
Rumpta nie próbuje na siłę pogodzić dwóch światów. Zamiast tego pozwala im swobodnie się przenikać. House groove, charakterystyczny dla Solomuna, spotyka się z produkcyjną fantazją Skrillexa, który od dawna udowadnia, że wymyka się prostym gatunkowym szufladkom. Efekt? Numer, który równie dobrze odnajdzie się podczas zachodu słońca na festiwalu, jak i o czwartej nad ranem w klubowym półmroku.
Bartosz Repczyński
Źródło: Akademickie Radio LUZ