
Cyfrowy przesyt i potrzeba wyciszenia Codzienne życie pod presją powiadomień, maili i ciągłej dostępności często prowadzi do przemęczenia i wypalenia. Specjaliści nie mają wątpliwości: zwiększanie produktywności nie rozwiąże tego problemu. Wręcz przeciwnie – coraz częściej ratunkiem okazuje się ogr
W kulturze urlopowej wśród Polaków – ale nie tylko – zaczyna dominować pewien ciekawy trend. Chodzi o deadzone travel, czyli wybieranie na wypoczynek miejsc, które niejako zmuszają nas do odłożenia telefonów i komputerów. To często domki w dziczy, gdzie trudno o zasięg, telewizory, a właściciele umyślnie nie oferują Wi-Fi. Dlaczego dziś tak chętnie chcemy zapłacić za coś, co kiedyś było tak powszechne?

Deadzone travelling coraz popularniejszy, źródło: Shutterstock
Codzienne życie pod presją powiadomień, maili i ciągłej dostępności często prowadzi do przemęczenia i wypalenia. Specjaliści nie mają wątpliwości: zwiększanie produktywności nie rozwiąże tego problemu. Wręcz przeciwnie – coraz częściej ratunkiem okazuje się ograniczenie bodźców i prawdziwy odpoczynek. Stąd rosnące zainteresowanie wyjazdami do miejsc, gdzie cisza i brak połączenia z siecią stają się największą wartością.
Nowy trend wyjazdów do „martwych stref” – miejsc, gdzie dostęp do Internetu jest mocno ograniczony lub wręcz niemożliwy – wpisuje się w szerszą zmianę kulturową. Jak tłumaczy Christina Bennett, ekspertka ds. trendów turystycznych, coraz więcej osób traktuje brak zasięgu nie jako problem, lecz jako główny atut podróży. Szczególnie młodsze pokolenia coraz częściej wybierają dobrostan psychiczny i świadomie ograniczają korzystanie z technologii.