
Spis treści W 2024 roku Jan G. (49 lat) został oskarżony przez prokuraturę o rozbój. Podczas pierwszej rozprawy przed Sądem Rejonowym w Legnicy pokrzywdzona przypomniała sobie, że bezpośrednio po tym, jak została pobita oraz obrabowana, sprawca wyciągnął penisa i zmusił ją do stosunku oralnego. Pro
W 2024 roku Jan G. (49 lat) został oskarżony przez prokuraturę o rozbój. Podczas pierwszej rozprawy przed Sądem Rejonowym w Legnicy pokrzywdzona przypomniała sobie, że bezpośrednio po tym, jak została pobita oraz obrabowana, sprawca wyciągnął penisa i zmusił ją do stosunku oralnego. Prokuratura mogła w tym momencie cofnąć akt oskarżenia, celem uzupełnienia zarzutów Ponieważ sąd i oskarżyciel publiczny zdecydowali się kontynuować proces, odnośnie gwałtu, Janowi G. wytoczono osobną sprawę. Efekt jest taki, że sądy skazały go dwa razy za jedno zdarzenie. Zsumowana kara okazuje się rażąco surowa.
Prawnicy mówią ostrożnie: dziwna sprawa. Albo mniej ostrożnie, że nawet najgorszy bandzior zasługuje na rzetelny proces, a tym przypadku sprawiedliwość ewidentnie wybrała drogę na skróty.
Jan G. jest Romem, lekko upośledzonym umysłowo. Jest uzależniony od alkoholu, który pije od trzynastego roku życia. Za młodu przez pięć lat wąchał też klej. Szybko wszedł w konflikt z prawem. W poprawczaku zdołał skończyć pięć klas podstawówki, ale nie nauczył się czytać ani pisać. Ma za sobą dwie próby samobójcze i okaleczenia. Kawał życia spędził w więzieniach, odsiadując wyroki za kolejne rozboje, kradzieże, pobicia. Multirecydywa - mówi się o takich w sądach. Naoczny przykład, że resocjalizacja w polskich więzieniach nie działa.
Kiedy nocą z 28 na 29 marca 2024 roku Jan G. spacerował z psem w rejonie ul. Muzealnej w centrum Legnicy, los zetknął go z pokrzywdzoną.
Pokrzywdzona jest prawniczką. Prowadzi własną kancelarię prawną. Przed spotkaniem z Janem G. wypiła w domu trzy drinki. Skończył się jej alkohol oraz papierosy, więc koło północy zarzuciła płaszcz na dres i podreptała z domu na stację Circle K. po butelkę Martini i fajki.
Nieco wstawiona wracała z zakupów a on - też już najprawdopodobniej nietrzeżwy - kręcił się z psem. Zagadali do siebie. Nie wszystko, co mówił Jan G., rozumiała. Wydał się jej obcokrajowcem. "Alladyn" - przedstawił się szarmancko, potwierdzając jej domysły. A więc Hindus, pomyślała. Był przystojny, miły, przyjemnie się im gawędziło i mimo ciemności zupełnie się go nie bała - może ze względu na tego wzbudzającego zaufanie kundelka na smyczy. Alladyn i jego pies (Perełka) odprowadzili prawniczkę pod drzwi kamienicy, gdzie mieszkała. Mogło być wtedy kilkanaście minut po północy.
Dziesięć po drugiej legniccy policjanci dostali zgłoszenie o kobiecie, która wzywając pomocy wybiegła z bramy kamienicy w centrum. Na klatce schodowej patrol zastał zapłakaną prawniczkę i dwie rozbite butelki. Kobieta została przewieziona na komendę przy ul. Asnyka. Tam policjanci przebadali ją na zawartość alkoholu (0,57 mg/l w wydychanym powietrzu, czyli ok. 1,2 promila) i spisali pierwsze zeznania.
Prawniczka zeznała, że kiedy wklepała do domofonu kod otwierający drzwi, nieznajomy Hindus, który szedł z nią niemal od samej stacji benzynowej, nagle wepchnął ją do środka. Kilka razy uderzył pięścią w twarz. Potem trzymając za włosy zaciągnął do korytarza piwnicznego. Leżała na ziemi, a on uderzał ją po głowie i krzyczał: "Ty szmato! Ty kurwo!". Była przerażona. "Dawaj, kurwo, lańcuszek!" - rozkazał. Nie mogła poradzić sobie z rozpięciem, więc zerwał go brutalnie z jej szyi. "Dawaj, kurwo, pierścionki!". Ściągnęła trzy z palców i mu oddała. "Dawaj, kurwo, pieniądze". Miała tylko 40 złotych, więc sam sprawdził kieszenie jej płaszcza i znalazł IPhona, którego też zabrał. "Mi udało się stamtąd uciec, wyrwałam się, wybiegłam po tych schodach przed budynek, krzycząc o pomoc. On musiał uciec innymi drzwiami - od podwórka" - zeznała na policji bezpośrednio po zdarzeniu. Zapewniała, że wychodząc na stację po alkohol i fajki nie szukała towarzystwa i nie miała ochoty poimprezować.
W protokole z tamtego nocnego przesłuchania jedno zdanie zaskakuje szczególnie. Pod koniec zeznań pokrzywdzona nie wiedzieć czemu mówi nagle: "W tym korytarzu piwnicznym nie doszło do gwałtu". Zapamiętajcie - wrócimy do tego.
Jan G. został ujęty tego samego dnia, rano o 8.25, w swoim mieszkaniu. "Stawiał czynny opór, nie chciał się podporządkować" - odnotowano w protokole zatrzymania. Był nietrzeźwy (0,57 mg/l czyli ok. 1,2 promila alkoholu we krwi). IPhone i zrabiowane precjoza odzyskano.
Trzy godziny później ofiara rozboju przypomniała sobie, że sprawca łapał ją za kark i wielokrotnie dusił. Usadowił się na niej okrakiem na wysokości bioder i bił pięściami po głowie. "Miałam wrażenie, że uwalił się na mnie całą". Próbowała go uspokoić. "Zamknij się, kurwo! Zabiję cię, kurwo!" - wściekał się.
To charakterystyczne dla tej sprawy: w miarę upływu czasu w relacji kobiety pojawiać się będą coraz drastyczniejsze szczegóły. Pokrzywdzona wyjaśniała, że wiele obrazów z tego, co działo się w piwnicznym korytarzu, wraca do niej z opóźnieniem. Prawdziwą bombę zdetonowała jednak dopiero na pierwszej rozprawie przed Sądem Rejonowym w Legnicy, mniej więcej pięć miesięcy od tamtej marcowej nocy.
Prokuratura oskarżyła Jana G. o rozbój, a Jan G. przyznał się do winy i wyraził skruchę. Podczas pierwszej rozprawy (29 sierpnia 2024 r.) pokrzywdzona wezwana przez sąd w charakterze świadka, powiedziała, że jej zdaniem oskarżony usiłował ją zabić. Gdyby nie nadprzyrodzona siła, która pozwoliła się jej uwolnić, nie wyszła by z tego piwnicznego korytarza żywa.
"Z uwagi na to, że mam (...) córki, jestem osobą znaną w Legnicy, nie powiedziałam o tym wcześniej - przede wszystkim z uwagi na moje (...) córki - ale zostałam wykorzystana seksualnie. To nie był gwałt. Ja cały czas zasłaniałam tę twarz. Gościu zdjął spodnie, kazał się dotykać a na koniec złapał mnie za włosy i powiedział: "Ssij, kurwo!".
Według słów prawniczki, Jan G. jej nie rozebrał, ale dotykał po całym ciele, wsuwając ręce pod ubranie. Zmusił ją też do stosunku oralnego. "Najpierw był rozbój, a na koniec zdarzenia to wykorzystanie seksualne" - zeznała.
Oskarżony Jan G. zdecydowanie zaprzeczył, jakoby dopuścił się gwałtu. "Jakby to był gwałt, to ona by miała badanie i ja bym miał badanie" - bronił się. "Ja mam babę 2 lata i nigdy bym czegoś takiego nie zrobił, czyli wkładanie penisa do ust. Pokrzywdzona wszystko to wymyśliła".
W protokole z oględzin miejsca zdarzenia - jednym z pierwszych dokumentów w aktach tej sprawy - policjanci piszą, że nie mają do zabezpieczenia żadnych śladów kryminalistycznych, w tym biologicznych. W tym śladów spermy, której można by się spodziewać w miejscu, gdzie chwilę wceśniej doszło do zgwłacenia.
W sądowych zeznaniach pokrzywdzonej pojawia się wątek jakiś funkcjonariuszek, którym już tamtej feralnej nocy powiedziała, że "Hindus" wykorzystał ją seksualnie. Nie ma żadnej policyjnej notatki, która by to potwierdzała. Ale jest to zagadkowe zdanie w protokole pierwszego przesłuchania, że "w korytarzu piwnicznym nie doszło do gwałtu". Skoro przesłuchujący kobietę policjant uznał za zasadne postawienie pytania o gwałt, to może coś wcześniej na ten temat słyszał?
Zeznanie pokrzywdzonej złożone podczas pierwszej rozprawy sprawiło, że opis czynu z aktu oskarżenia i jego kwalifikacja prawna okazały się niepełne. W tej sytucji prokurator oraz sąd mieli możliwość przerwania procesu na czas potrzebny do uzupełnienia aktu oskarżenia o wątek wykorzystania seksualnego. Tak się nie stało. Proces o rozbój potoczył się szybko, wnioski dowodowe składane przez obronę Jana G. zostały oddalone, i już 24 października zapadł wyrok: 10 lat pozbawienia wolności. "Wysoki Sądzie, aż tyle za takie coś" - wyrwało się wówczas oskarżonemu, co sędzia Małgorzata Piotrowska pisząc uzasadnienie uznała za brak skruchy i refleksji nad popełnionym czynem. Nie znalazła dla oskarżonego żadnych okoliczności łagodzących. Stwierdziła za to, że Jan G. "stanowi zagrożenie dla społeczeństwa i należy go z tego społeczeństwa wyeliminować na długi okres życia". 28 stycznia 20225 roku Sąd Okręgowy w Legnicy utrzymał ten wyrok w mocy.
W międzyczasie Sąd Rejonowy w Legnicy przesłał prokuraturze protokół z rozprawy z 29 sierpnia na okoliczność gwałtu. 16 września 2024 roku Prokuratura Okręgowa w Legnicy wszczęła śledztwo w sprawie doprowadzenia prawniczki do obcowania płciowego. Wymagało to prawnej ekwilibrystyki, tzn. uzasadnienia, że rozbój i gwałt stanowią dwa osobne czyny pomimo iż łączy je czas, miejsce, osoby sprawcy i poszkodowanej. 17 grudnia 2024 roku do Sądu Rejonowego w Legnicy trafił akt oskarżenia, w którym Janowi G. zarzucono doprowadzenie do obcowania płciowego w postaci stosunku oralnego oraz do poddania się innej czynności seksualnej (wkładanie rąk pod ubranie, dotykanie miejsc intymnych). "Zamiar (...) dopuszczenia się wobec pokrzywdzonej przestępstwa przeciw wolności seksualnej pojawił się u oskarżonego dopiero po tym, kiedy dokonał rozboju" - w ten sposób prokurator uzasadniał sądzenie Jana G. w osobnych procesach za rozbój i za gwałt.
Na korzyść pokrzywdzonej prawniczki przemawiała opinia biegłej psycholog, że pokrzywdzona nie ma skłonności do konfabulacji, a jej zeznania są szczere i spontaniczne.
Sąd Rejonowy w Legnicy uznał Jana G. za winnego zarzucanych mu przestępstw seksualnych i wymierzył mu za to karę 10 lat pozbawienia wolności. Wyrok jest nieprawomocny.
W sumie Jan G. miałby spędzić w więzieniu 20 lat.
Czy sprawieliwie, skoro co do zasady, sąd nie może podzielić jednego przestępstwa na dwa odrębne czyny. Zgodnie z art. 11 § 1 Kodeksu karnego, ten sam czyn może stanowić tylko jedno przestępstwo. Oznacza to, że z jednego zdarzenia nie można sztucznie stworzyć dwóch osobnych przestępstw.
Obrońcy i partnerka Jana G. zgłaszają szereg zastrzeżeń do działań wymiaru sprawiedliwości w tej sprawie. Akta z pierwszego procesu trafiły do Rzecznika Praw Obywatelskich, który jednak na tym etapie nie zdecydował się na złożenie wniosku o kasację.
Źródło: tuLegnica.pl