
Ośmioletni Mariusz Palasik oraz jego dziesięcioletni brat Andrzej zniknęli w małej dolnośląskiej miejscowości, nie zostawiając żadnych śladów. Dzieci spędzały czas na podwórku przed kamienicą, a ich matka, Czesława, pozwoliła im zostać na zewnątrz nieco dłużej niż najmłodszej siostrze. Kiedy jednak kobieta ostatecznie wezwała chłopców do powrotu, odpowiedziała jej głucha cisza. Kolejne spojrzenie przez okno potwierdziło najgorsze – bracia zniknęli i nikt z rodziny już nigdy więcej nie miał z nimi kontaktu.
Spis treści
Ten niewyobrażalny dramat rozegrał się 47 lat temu, dokładnie 29 kwietnia 1979 roku, w dolnośląskim Stroniu Śląskim. Dziesięcioletni Andrzej i ośmioletni Mariusz wychowywali się tam w wielodzietnej rodzinie. Bliscy często wspominali, że chłopcy różnili się od siebie jak ogień i woda, jednak łączyła ich wyjątkowo silna więź i doskonałe porozumienie. Tragicznego dnia bracia bawili się przed swoją kamienicą w towarzystwie pięcioletniej siostry Dorotki. Dziewczynka musiała szybciej wrócić do mieszkania, ponieważ wezwała ją matka. Ku rozpaczy pięciolatki, Andrzej z Mariuszem dostali zgodę na przedłużenie zabawy o kilka minut. W rozmowie z dziennikiem „Fakt” dorosła już siostra zaginionych opisywała, że tuż przed powrotem huśtała się z braćmi. „To chyba była sobota. Mama do nas przyszła, dała nam po pajdzie chleba z masłem i cukrem, potem zawołała mnie do domu. Tłumaczyła, że jestem najmłodsza, że muszę już wracać. Płakałam, że nie mogę być dłużej na dworze, skoro chłopcy mogli zostać” – wspominała pani Dorota.
Sonda
Czy odpowiadasz na apele o pomoc w poszukiwaniach?
tak, udostępniam je
nie, moim zdaniem nie przyniesie to rezultatu
Zabawa braci miała potrwać jedynie dłuższą chwilę. Pani Czesława zajęła się domowymi obowiązkami i po upływie około dwudziestu minut ponownie krzyknęła do synów, zarządzając powrót. Odpowiedziała jej jednak absolutna cisza. Gdy zaniepokojona matka spojrzała przez szybę, błyskawicznie zorientowała się, że na placu zabaw nie ma żywej duszy. Przerażeni rodzice natychmiast wybiegli z budynku, desperacko wypytując okolicznych mieszkańców o losy dzieci. Zaglądali w każdy kąt i głośno wołali imiona chłopców, lecz sąsiedzi rozkładali ręce. Ostatecznie udało im się dotrzeć do starszej, zmagającej się z niepełnosprawnością intelektualną kobiety, która oznajmiła, że widziała braci wsiadających do pojazdu nieznajomego człowieka. Niestety, ze względu na stan zdrowia seniorki, jej relację potraktowano z ogromnym dystansem. Przeczuwając najgorsze, zdesperowani opiekunowie ruszyli na komisariat milicji.
Zrozpaczeni rodzice stawili się na posterunku, by opowiedzieć funkcjonariuszom o całym zdarzeniu. Jak po latach relacjonowała prasa, mundurowi odnieśli się do sprawy w sposób skandaliczny, oskarżając zgłaszających o oszustwo. Według absurdalnej teorii milicjantów, małżeństwo miało po prostu sprzedać swoje dzieci, a samo zgłoszenie sfabrykowano dla zachowania pozorów. Tego typu domysły wynikały z faktu, że rodzina borykała się z problemami finansowymi, a posiadanie licznego potomstwa było przez służby postrzegane jako patologia. Gdyby aparat państwowy od samego początku profesjonalnie potraktował zawiadomienie, losy Andrzeja i Mariusza mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej. Niestety, ślad po nich zaginął na zawsze. Choć od tamtego mrocznego popołudnia minęło już 47 lat, do dzisiejszego dnia nie udało się rozwikłać zagadki ich zniknięcia i formalnie wciąż są poszukiwani jako osoby zaginione.
Z opóźnieniem, ale ostatecznie organy ścigania rozpoczęły formalne dochodzenie. Przeczesano każdy centymetr miasteczka, zweryfikowano okoliczne wioski oraz pobliskie tereny zalesione, jednak nie natrafiono na najmniejszy trop. Z biegiem czasu krystalizowały się różnorodne scenariusze, z których dwa wysunęły się na pierwszy plan. Pierwsza hipoteza, która ostatecznie dała pretekst do zamknięcia sprawy, opierała się na zeznaniach rzekomych świadków. Twierdzili oni, że bracia przebywali na terenie magazynów lokalnej huty szkła dokładnie w momencie, gdy wybuchł tam pożar. Anonimowy informator przekonywał, że widział uciekających chłopców, którzy byli ubrudzeni i trzymali w dłoniach zapałki. Milicja szybko uznała, że rodzeństwo wywołało ogień, a następnie uciekło z obawy przed gniewem rodziców. Co miało wydarzyć się później? Funkcjonariusze nie zadali sobie trudu, by to ustalić, i przedwcześnie zamknęli akta. Pobieżne podejście do śledztwa było efektem początkowego zbagatelizowania tragedii przez aparat władzy.
Rozwój wydarzeń wywołał ogromne oburzenie u siostry zaginionych chłopców. Kobieta po latach stanowczo podkreślała w wywiadach, że choć jej dom rodzinny nie opływał w luksusy, to zawsze panowała w nim miłość, a więzi łączące rodzeństwo z rodzicami były bardzo silne. „Nie uciekliby, za bardzo by tęsknili” – wskazywała zdecydowanie pani Dorota.
Druga z koncepcji zakładała brutalne uprowadzenie dzieci. W tym kontekście zlekceważone wcześniej zeznania niepełnosprawnej seniorki nabierały głębokiego sensu. Trzeba pamiętać, że w owym okresie w niewyjaśnionych okolicznościach przepadały też inne dzieci, co rodziło plotki o zorganizowanych grupach porywaczy. Śledczym udało się nawet dotrzeć do kolejnego świadka, który rzekomo zauważył Andrzeja i Mariusza w towarzystwie tajemniczego mężczyzny, kupującego im lody i prowadzącego z nimi konwersację. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że to właśnie z nim bracia odjechali w nieznane. Niestety, tożsamości tego człowieka nigdy nie zdołano ustalić.
Codzienność rodziny po tragedii była przepełniona rozdzierającym bólem i złudzeniami. „Jeszcze długo po tym, jak chłopcy zaginęli, mama przygotowywała obiad. Jakby nic się nie stało. Dla całej naszej szóstki. Wzięła urlop w pracy i czekała. Miała nadzieję, że Andrzej i Mariusz wrócą. Stała w oknie i patrzyła. Albo nasłuchiwała, czy ktoś nie puka do drzwi” – wyznała siostra na łamach dziennika „Fakt”. Zrozpaczeni rodzice chwytali się każdej deski ratunku, włączając w to konsultacje z jasnowidzami. Jeden z wizjonerów zapewniał małżeństwo, że dzieci żyją i niedługo same zapukają do drzwi rodzinnego domu. Niestety, te obietnice nigdy się nie ziściły. Pani Czesława zmarła zaledwie kilka lat później, a lokalna społeczność szeptała, że serce matki pękło z tęsknoty. Wkrótce potem odszedł także ojciec, nie doczekawszy się jakiejkolwiek wiadomości o losie swoich synów.
Jeszcze w 2020 roku popularny serwis „Zaginieni przed laty” udostępnił dramatyczny apel pani Doroty, która z wdzięcznością przyznała, że spotyka się z ogromną chęcią pomocy ze strony społeczeństwa. „Ale sprawa zawsze staje w martwym punkcie. Dla nas to dużo bólu, jednak za każdym razem budzi się nadzieja. Mimo tylu lat, chcielibyśmy wiedzieć, co się stało z naszymi braćmi” – podkreślała zrozpaczona kobieta. Przełomu nie przyniósł nawet specjalistyczny portret progresywny, obrazujący hipotetyczny wygląd braci w wieku dorosłym. Sprawa utknęła w martwym punkcie, a warto przypomnieć, że w 2024 roku minęło dokładnie 45 lat od chwili dramatu. Zbliżający się rok 2026 będzie oznaczał 47 lat od zniknięcia chłopców.
Najbliżsi nigdy nie wystąpili na drogę prawną o oficjalne uznanie Andrzeja i Mariusza za zmarłych, do samego końca pielęgnując w sercach wiarę w ich ocalenie. Wujek chłopców, Tadeusz Palasik, zastanawiał się w wywiadzie dla „Faktu”, czy dzieci faktycznie mogły pójść pod płonącą hutę z czystej ciekawości. „Może dym zwabił chłopców, podobnie jak innych gapiów?” – pytał retorycznie mężczyzna. Krewni stanowczo ucinali jednak wszelkie spekulacje o tym, że to kilkulatkowie podłożyli ogień pod państwowe zakłady, czego zresztą prokuratura nigdy nie zdołała potwierdzić. W przestrzeni publicznej krążyła opinia, że milicja po prostu wykorzystała pożar jako wygodny pretekst do zamknięcia niewygodnego dochodzenia. Z kolei ciotka dzieci zwracała uwagę na szerszy kontekst tamtych czasów. „W tym czasie w naszym rejonie zaginęło kilkoro dzieci. Wszystkie w tajemniczych okolicznościach” – dodawała Helena Palasik. Pani Dorota głęboko wierzy, że jej bracia padli ofiarą siatki przestępczej i zostali wywiezieni do krajów zachodnich.
Jeden z funkcjonariuszy badających tę zagadkę po latach skomentował jej bezprecedensowy charakter. Według relacji Wrocławskiego Portalu, mundurowy stwierdził dosadnie: „Wyglądało to tak, jakby ziemia pod chłopcami się otworzyła, wciągnęła ich i zamknęła się za nimi bezszelestnie”. Ten sam serwis internetowy odkurzył jeszcze jeden intrygujący wątek, o którym mówiła siostra zaginionych. W zakładzie pracy pani Czesławy zatrudniona była kobieta, która z powodu problemów z bezpłodnością popadała we frustrację i rzekomo traciła kontakt z rzeczywistością. Pewnego dnia złożyła matce chłopców szokującą propozycję przejęcia dwójki dzieci. „Ty masz szóstkę, ja nie mogę mieć żadnego. Oddałabyś mi dwójkę” – miała rzekomo stwierdzić znajoma. Śledczy kompletnie zignorowali ten sygnał, a sama kobieta w niedługim czasie wyprowadziła się ze Stronia Śląskiego ze swoim partnerem. Informacja ta do dziś spoczywa w aktach jako jedna z wielu niezweryfikowanych plotek.
W świetle obowiązujących przepisów Andrzej i Mariusz Palasikowie nadal figurują w policyjnych rejestrach jako osoby poszukiwane. Dziś obaj byliby dojrzałymi mężczyznami, mającymi ponad pięćdziesiąt lat. W internecie wciąż można natknąć się na publikacje ze zdjęciami i apelami o przekazywanie jakichkolwiek wskazówek na ich temat. Każdy, kto posiada wiedzę o losach braci, niezmiennie proszony jest o skontaktowanie się z fundacją ITAKA lub z najbliższym posterunkiem policji.
Pokój Zbrodni - Urodziny jak z koszmaru. Oliwia otrzymała 28 ciosów. Nikodem do ojca: „Chyba ją zabiłem”
Źródło: Radio Eska Wrocław