11 lipca przypadła kolejna rocznica Krwawej Niedzieli – tego dnia w 1943 roku oddziały ukraińskich nacjonalistów OUN-UPA przeprowadziły skoordynowane ataki na dziesiątki polskich miejscowości na Wołyniu, mordując tysiące polskich cywilów. W tym czasie szczególnie wybrzmiewają świadectwa osób, których życie zostało naznaczone tamtymi wydarzeniami. Należy do nich Tomasz Rudnicki z Kępina, który opowiada nie tylko o dramatycznych losach swojej rodziny i współczesnym spojrzeniu na relacje z Ukraińcami, ale także o dzieciństwie, działalności społecznej, przemianach ustrojowych Polski oraz wartościach, którym pozostaje wierny przez całe życie.
Panie Tomaszu, naszą rozmowę zaczniemy od początku, od Pańskiego dzieciństwa. Urodził się Pan jeszcze na Kresach. Jako niemowlę cudem przeżył wydarzenia związane z akcją eksterminacyjną ukraińskich nacjonalistów z OUN-UPA. Czy mógłby Pan powiedzieć, jak te wydarzenia wpłynęły na życie Pana rodziny?
- Urodziłem się na Kresach, we wsi Drohomirczany, blisko Stanisławowa. W listoapdzie 1944 roku, kiedy miałem pół roku, a bandy UPA zaczęły mordować, do mamy przyszła Ukrainka, bo to była wioska mieszana, i kazała uciekać, bo posłyszała, że mówili Ukraińcy: „my dzisiaj pójdziemy do Michaliny i my ją…”. Tato z czterema starszymi siostrami poszedł wcześniej do Stanisławowa, a mama została ze mną, bo miała krowy, a mleko było mi potrzebne. Przez kilka dni chowała się ze mną w polu nocami. Tak mnie przeziębiła, że miałem na udach rany otwarte… Jakoś mnie później uleczyli. Mam taki żal do Ukraińców. Ja im przebaczam, ale nie zapomnę, wie pani… Byli różni Ukraińcy. Nie wiadomo co by było, gdyby nie ta kobieta, która ostrzegła mamę.
Rodzice wspominali te zdarzenia?
- Mama tyle mówiła, co mogła. Nieraz nie chciała mówić, tato raczej nie.
Co Pan myśli o tym, że część współczesnych Ukraińców uważa sprawców zbrodni na Polakach za bohaterów, a kwestia ekshumacji ofiar pozostaje przedmiotem sporów?
- Nie jestem mściwy, ale nie mogę tego zapomnieć. Kiedy tylko wybuchła wojna na Ukrainie, to było mi szkoda Ukraińców. Miałem nadzieję, że to młodsze pokolenie będzie inaczej patrzyło na historię i stanie w prawdzie, ale widać, że jest z tym problem.
Jak wyglądało Pana dzieciństwo i wczesna młodość?
- W 1945 roku z rodzicami i siostrami przyjechaliśmy tu, na Zachód. Miałem wtedy 1,5 roku, więc tego nie pamiętam. Dzieciństwo w latach 50. było i piękne, i trudne, bo ciężko żyło się na wsi. W 1953 roku zawiązywały się kołchozy – spółdzielnie produkcyjne i mój ojciec został zatrzymany na tydzień czasu, bo się do tego kołchozu nie chciał zapisać. Jako dziecko musiałem paść krowy, pomagać na gospodarce. Nieraz w tamtych latach byłem łakomy cukierka, bo nie było za co kupić… Takie czasy. Skończyłem siódmą klasę w szkole w Ludowie Śląskim. Miałem predyspozycję do muzyki, do dziś mam, i chciałem iść do szkoły muzycznej w Strzelinie, ale nie było nas na to stać. Pomagałem więc na gospodarce, a w 1964 roku poszedłem do wojska. Wyszedłem w 1966 roku i się ożeniłem.
Całe swoje życie związał Pan z Kępinem i działalnością na rzecz społeczności lokalnej. Jak wspomina Pan ten czas?
- W latach 60. zapisałem się do PSL-u. Zacząłem działać na zebraniach, poruszać sprawy, dotyczące naszej wioski. Zostałem radnym, później sołtysem. W 1987 roku w czynie społecznym razem z mieszkańcami wybudowaliśmy drogę do Zielenic. Moja żona mówiła mi wtedy: „idź na drogę śpij, bo ciebie ciągle w domu nie ma” (śmiech). Działałem też w Banku Spółdzielczym w Borowie. Pełniłem społeczną funkcję prezesa banku i wraz z dyrektorem udzielaliśmy kredyty rolnikom. Byłem ławnikiem w Sądzie Rejonowym w Strzelinie i działałem przy naszej parafii w Zielenicach. Należałem też do zespołu Ślężanki, gdzie śpiewałem przez 10 lat. Razem z paniami jeździliśmy po okolicy, a nawet za granicę, i krzewiliśmy tę ludową tradycję. To było też coś, co nas integrowało.
Wspomniał Pan o budowie drogi w czynie społecznym. Proszę coś więcej o tym powiedzieć. Dziś to już nie jest spotykane…
- Mam poczucie, że teraz ludzie by nie poszli w czynie społecznym, a wtedy dużo osób się angażowało. Załatwiałem wszystko w urzędzie gminy w Borowie, jeździłem nawet do Wrocławia. Przyjechał do nas inżynier – wytyczył drogę, koparka od gminy zrobiła koryto, a myśmy wozili piasek. Chodziłem od rolnika do rolnika – kto ma traktor, przyczepę. Woziliśmy piasek na tę drogę. Bardzo dużo ludzi pomagało, bo to była ważna droga. Zielenice to było wówczas centrum życia rolniczego, więc zależało nam, aby ona powstała. Na otwarciu była nawet telewizja państwowa z Wrocławia. Niektórzy koledzy sołtysi to nam zazdrościli, że udało się to zrobić. Sołtys z Kurczowa się tak zainspirował, że też drogę z Kurczowa do Nowojowic zrobił.
Jak na przestrzeni ponad 80 lat zmieniło się Kępino?
- Mam wrażenie, że kiedyś ludzie bardziej się lubili. Nie tylko u nas w Kepinie, ale w ogóle. Byli bardziej otwarci i blisko siebie. Byli biedniejsi, ale mieli więcej czasu. Teraz relacje międzyludzkie zastępują telefony, komputery. Wioska się też wyludnia. Młodsi cały czas pracują, uciekają do miast. Kiedyś to mało kto jeździł do pracy, bo prawie wszyscy z roli żyli. Dziś wygląda to zupełnie inaczej.
Urodził się Pan w czasie II wojny światowej, przeżył komunę, a teraz żyje w wolnej Polsce. Jak Pan wspomina czas zmian ustrojowych? Czekaliście aż ten system upadnie?
- Wszyscy czekali. Niby była praca, ale ciągle było czegoś brak. I to wszechobecne kłamstwo… Partyjni mieli dostęp do lepszej pracy, stanowisk, a szaremu człowiekowi, jak miał inne poglądy, nic się nie należało. To mnie też napędzało do działania, bo chciałem, żeby komuna jak najszybciej upadła. Pamiętam na początku lat 60. była w naszej parafii peregrynacja obrazu Matki Boskiej i myśmy prowadzili motorami ten obraz do Dankowic. Po tym wszystkim nas – młodych chłopaków wzywali na milicję i grozili, że będziemy ukarani. Innego razu chcieliśmy wystawiać jasełka gościnnie w kościele w Borowie, ale ksiądz dostał telefon, że nie wolno i bał się nas wszystkich narażać, więc nie wystąpiliśmy. Takie to były czasy. Jest takie powiedzenie, które do tego pasuje, że „naród uciskany bardziej się kocha”. Dużo w tym prawdy, bo rzeczywiście ludzie byli bardziej zżyci ze sobą i ta niedola ich łączyła.
Przez wiele lat był Pan zaangażowanym samorządowcem. Czy dalej śledzi Pan to, co dzieje się w gminie?
Teraz troszkę mniej, bo człowiek starszy, ale czytam w gazecie zawsze artykuły o samorządzie borowskim. Czasem porozmawiam z wójtem, innym razem naszej sołtysowej spytam, co tam słychać, więc jestem w miarę na bieżąco. Człowiek ma to we krwi...
Cały artykuł zamieściliśmy w 26 (1311) wydaniu papierowym Słowa Regionu.
Źródło: Słowo Regionu (Strzelin)