RAK
    Najgłośniejsze zaginięcie w PRL-u. 8-letni Mariusz i 10-letni Andrzej zniknęli z placu zabaw. Mroczne kulisy

    Najgłośniejsze zaginięcie w PRL-u. 8-letni Mariusz i 10-letni Andrzej zniknęli z placu zabaw. Mroczne kulisy

    2966 odsłon
    Najgłośniejsze zaginięcie w PRL-u. 8-letni Mariusz i 10-letni Andrzej zniknęli z placu zabaw. Mroczne kulisy

    8-letni Mariusz Palasik i jego brat, 10-letni Andrzej Palasik, zaginęli w niewielkiej miejscowości położnej na Dolnym Śląsku. Bawili się na placu zabaw przed kamienicą, kiedy mama, pani Czesława, poprosiła ich o powrót do mieszkania. Pozwoliła im się bawić nieco dłużej niż młodszej córce. Ale gdy kobieta zawołała synów do domu, nikt jej nie odpowiedział. Wyjrzała więc znowu przez okno i zorientowała się, że chłopcy zniknęli. Już nigdy więcej ich nie zobaczyła.

    Ta mrożąca krew w żyłach historia rozegrała się 47 lat temu, dokładnie 29 kwietnia 1979 roku, w Stroniu Śląskim, niewielkiej miejscowości znajdującej się na Dolnym Śląsku. 8-letni Mariusz i 10-letni Andrzej mieszkali tam z rodzicami oraz rodzeństwem. Ich bliscy często żartowali, że chłopcy są swoim totalnym przeciwieństwem, jak ogień i woda, a mimo tego świetnie się dogadują. Tego dnia, gdy ślad po nich zaginął, bracia bawili się na placu zabaw przed kamienicą razem ze swoją siostrą. 5-letnia Dorotka wróciła wcześniej do domu na prośbę matki, która ją zawołała. Andrzej i Mariusz, ku niezadowoleniu siostry, mogli pobawić się parę minut dłużej. Po latach od tych wydarzeń kobieta w rozmowie z „Faktem” relacjonowała, że bawiła się z braćmi na huśtawkach, gdy mama ją zawołała. - To chyba była sobota. Mama do nas przyszła, dała nam po pajdzie chleba z masłem i cukrem, potem zawołała mnie do domu. Tłumaczyła, że jestem najmłodsza, że muszę już wracać. Płakałam, że nie mogę być dłużej na dworze, skoro chłopcy mogli zostać – wspominała pani Dorota.

    Parę minut, które dłużyło się w nieskończoność. Mama zawołała synów, nikt jej nie odpowiedział. Bracia zniknęli

    Ale Andrzej i Mariusz też mieli za parę minut wracać. Ich mama, pani Czesława, krzątała się po mieszkaniu. Poprosiła ich o powrót jakieś 20 minut później, lecz nie odpowiadali na jej wezwania. Gdy znów wyjrzała przez okno, zorientowała się, że zniknęli – nie było ich na placu zabaw, na którym jeszcze przed chwilą dokazywali. Kobieta zareagowała błyskawicznie i razem z mężem wyszli na dwór, by wypytać o chłopców sąsiadów. Chodzili od osoby do osoby, rozglądali się, nawoływali. Synów jednak nigdzie nie było, nikt ich też nie widział. Jedynym świadkiem była starsza kobieta, cierpiąca na niepełnosprawność intelektualną. Gdy próbowali dowiedzieć się od niej, czy coś widziała, seniorka zrelacjonowała im zaistniałą sytuację: twierdziła, że widziała Andrzeja i Mariusza wchodzących do jakiegoś obcego samochodu. Z uwagi na dolegliwości, na jakie cierpiała, nie wzięto jej słów na poważnie. Ale rodzice chłopców wciąż mieli niedobre przeczucia. Postanowili więc zgłosić sprawę na milicję.

    Poznaj więcej historii:  Pokój Zbrodni

    Pojawili się na komisariacie i wszystko zrelacjonowali mundurowym. Według medialnych doniesień, w których opisywano sprawę po latach, funkcjonariusze mieli ponoć zarzucić im kłamstwa. Ich zdaniem, dzieci zostały przez rodziców sprzedane, a zaginięcie zgłoszono „z przyzwoitości”. Skąd taki absurdalny zarzut? Milicjanci znali rodzinę i wiedzieli, że ta boryka się z problemami finansowymi, a przynajmniej że nie należy do najmożniejszych. Jednocześnie mieli oni sporo potomstwa, ich wielodzietność została źle odebrana przez mundurowych. Gdyby zgłoszenie wzięto na poważnie od początku, być może Andrzeja i Mariusza udałoby się odnaleźć, uratować. Zamiast tego, przepadli jak kamień w wodę, bez żadnych wieści. Mimo upływu 47 lat od tamtego zdarzenia, do dziś nie udało się ich odnaleźć. Gdy przygotowywaliśmy ten materiał, nadal mieli status osób zaginionych.

    Z biegiem czasu oczywiście podjęto śledztwo w sprawie zniknięcia chłopców. Każdy chciał pomóc. Przeszukano całe miasteczko, sąsiednie miejscowości, ale również okoliczne lasy. Bezskutecznie. Na przestrzeni lat pojawiło się wiele hipotez dotyczących tego, co się stało, ale najbardziej wiarygodne okazały się dwie z nich. Pierwsza, która doprowadziła do umorzenia śledztwa przez milicję i zakończenia przez nią poszukiwań, mówiła o rzekomych świadkach, widzących Andrzeja i Mariusza na terenie magazynów huty szkła w Stroniu Śląskim. Tego samego dnia wybuchł tam bowiem pożar, o którego spowodowanie podejrzewano dzieciaków. Anonimowy mężczyzna miał twierdzić, że widział, jak chłopcy uciekają w brudnych ubraniach i z zapałkami w ręku. Uciekli z domu i bali się wrócić, bo obawiali się kary – taka była teoria mundurowych. Ale co stało się z nimi dalej? Tego już nie wiadomo, ponieważ dochodzenie zostało zakończone. Brak wnikliwej analizy zdarzeń miał być spowodowany tym, że milicja od początku nie traktowała zaginięcia Palasików poważnie.

    Pani Dorota, siostra chłopaków, była takim obrotem spraw oburzona. Po latach potwierdzała w mediach, że to prawda, że nie byli zamożną rodziną, lecz bardzo się kochali, a Andrzej i Mariusz mieli świetne relacje z rodzicami czy rodzeństwem. - Nie uciekliby, za bardzo by tęsknili – wskazywała.

    Palasikowie zostali porwani? Liczne teorie na przestrzeni lat. "Obcy mężczyzna miał im kupić lody"

    Druga teoria mówi o porwaniu. Słowa starszej kobiety, których pierwotnie nie wzięto na poważnie, zaczęły mieć sens. W tamtych czasach w tajemniczych okolicznościach zginęło kilkoro innych dzieci, mówiło się o porywaczach najmłodszych, którzy tylko czekają na zbrodniczą okazję. Oprócz seniorki udało się nawet znaleźć innego świadka, który twierdził, że widział chłopców w towarzystwie obcego mężczyzny. Miał im kupić lody, rozmawiać z nimi. Niewykluczone, że to z nim wsiedli później do samochodu. Tej osoby nigdy nie udało się jednak namierzyć.

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era