
fot. depositphotos.com/ zdjęcie ilustracyjne Spis treści
Wierni byli zaniepokojeni, gdy ksiądz nie pojawił się na porannej mszy. Nigdy wcześniej to się nie zdarzyło. A proboszczem był już 25 lat. Poszli na plebanię, ale nie można było otworzyć drzwi, bo w zamku od środka tkwił klucz. Udało się wejść przez uchylone okno. Martwy duchowny leżał na podłodze skrępowany sznurem i z zakneblowanymi ustami. Napastnicy zabrali niewiele, a śledczy się zastanawiali, czy w sprawę nie są zamieszane córki kapłana.
Na plebanii w Ludwikowicach Kłodzkich dość szybko pojawili się mundurowi. Nie od razu przystąpili do pracy. Zamiast zająć się sprawą śmierci księdza, funkcjonariusze zrobili sobie herbatę, po czym część szklanek zabezpieczyli jako dowody rzeczowe w sprawie. Na tym nie koniec. Podczas oględzin miejsca śmierci, nie zabezpieczyli żadnych śladów papilarnych - ani tych znalezionych na miejscu zbrodni, które mogły należeć do sprawców zdarzenia, ani odcisków samej ofiary. Czy to niechlujne podejście do swoich obowiązków, czy jednak było działanie celowe, o czym może świadczyć jeden z tropów o którym za chwilę.
Sekcja zwłok wykazała, że śmierć nastąpiła w wyniku uduszenia. Lekarz zasugerował, że śmierć nastąpiła w wyniku unieruchomienia klatki piersiowej, dlatego, że jeden ze sprawców musiał na niej klęczeć.
Ostatni dzień kolędy
21 stycznia 1995 rok, dzień śmierci kapłana, był ostatnim dniem kolędy Ludwikowicach Kłodzkich na Dolnym Śląsku.
Jak dostali się sprawcy? Drzwi wejściowe były w stanie, który nie wskazywał na próbę włamania. Mogło to oznaczać, że ksiądz znał sprawców zabójstwa i sam ich wpuścił. Plebania była jednak zdemolowana, w prawie wszystkich pomieszczeniach na podłodze leżały poprzewracane rzeczy. Na tej podstawie funkcjonariusze stwierdzili, że budynek został przeszukany.
Rano przyjechało dwóch Niemców
Uwagę śledczych przykuł też jedyny pokój, który był zamknięty na klucz i nieruszony. Natrafili w nim na trzy drewniane figurki. Przedmioty te zostały wcześniej skradzione z innych kościołów. Pojawiły się więc pytania, jak ksiądz wszedł w ich posiadanie.
Znaleziono także korespondencję w języku niemieckim. W jednym z listów ktoś przekazał księdzu informacje dotyczące kamiennego krzyża w okolicach Sokolca. Nadawca pisał o dotarciu na miejsce, zabraniu krzyża i przetransportowaniu go do Niemiec. Kiedy śledczy udali się w opisane miejsce, potwierdzili, że krzyża nie ma.
Jak ustalili policjanci, dzień wcześniej ksiądz spotkał się z różnymi ludźmi. Rano przyjechało dwóch Niemców, którzy podobno zaoferowali pomoc w remoncie kościółka w Sokolcu, który należał do parafii. Później spotkał się z wiernymi z Ludwikowic.
Było też wiadomo, że ksiądz dorabiał w Niemczech, gdzie w jednym z miast odprawiał msze dla Polaków, które rzekomo miały być płatne. To były takie stałe jego wyjazdy.
Policjant też ujawnia kolejny fakt. Ksiądz był człowiekiem, który nie bardzo przejmował się warunkami celibatu. Miał dwie córki. W czasie zabójstwa mieszkały w Niemczech. Nazywano je "księżówny". Czy mogły być jakoś zamieszane w tę sprawę? W każdym razie, gdy ruszyło postępowanie spadkowe, przyjechały do Polski i przejęły majątek.
Kret wśród policjantów
Na inny trop skierowali śledczych świadkowie, którzy powiedzieli, że widzieli trzech mężczyzn pytających gdzie jest kościół. Pytali też, o której będzie msza. Osoby, które wypytywały miejscowych poruszały się czerwonym maluchem. Udało się stworzyć portrety pamięciowe tych osób. Na jednym rozpoznano byłego tajnego współpracownika policji. Pochodził on z Bystrzycy Kłodzkiej, a tam miało miejsce włamanie do kościoła skąd skradziono jedną z odnalezionych figurek.
A trop był obiecujący, ponieważ przyjęto wersję, że do księdza przyszli pewni ludzie, którzy chcieli się z nim rozliczyć. Ksiądz był bardzo ostrożny i do mieszkania nie wpuszczał nikogo, kogo nie znał. Zwłaszcza po południu. Jeżeli sprawcy weszli do budynku, to musieli zostać wpuszczeni przez księdza.
– W tym okresie było wiele takich szajek. Niemcy szczególnie upodobali sobie barkowe aniołki, którymi ozdabiali salony. Wszystko wskazywało na to, że jeden z takich przerzutowych szlaków prowadził właśnie przez plebanię księdza – sugerował inny był policjant Dariusz Nowak na portalu onet.pl.
Spisek byłych pracowników SB?
Śledczy badali jeszcze inne sugestie. Jedna z teorii zakładała działanie profesjonalnej grupy przestępczej. Parafianie podejrzewali, że morderstwo miało charakter polityczny. Twierdzili też, że ksiądz został zabity w wyniku spisku byłych pracowników służb bezpieczeństwa, ponieważ w latach 80. współdziałał z podziemną Solidarnością.
Po ponad 30 latach sprawa zabójstwa księdza z Ludwikowic Kłodzkich nadal nie została rozwiązana. Nieznane są szczegółowe okoliczności, w których doszło do morderstwa, ani motyw, który był przyczyną morderstwa duchownego. Nadal wszystko opiera się na spekulacjach. I pytanie zasadnicze: czy niektórych wspomnianych tropów nie można połączyć ze sobą.
Jesienią 2024 roku prokuratura ponownie zajęła się sprawą. - Została przeprowadzona ekshumacja, zabezpieczono ślady DNA - przekazali wówczas śledczy.
Po kilku miesiącach okazało się, że pomimo wykonanej ekshumacji zwłok i zabezpieczenia śladów DNA nie ujawniono nowych okoliczności, które uzasadniałyby podjęcie śledztwa. - W dalszym ciągu pozostaje ono umorzone, jednak sprawa w dalszym ciągu jest badana pod kątem możliwości wykorzystania nowych technik kryminalistycznych czy też badań śladów – informował w ubiegłym roku Mariusz Pindera, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Świdnicy.
Obserwuj nas na Google News