RAK
    Drużyna Srebrnej Bestii. Tam i z powrotem, czyli Złombol i wyprawa do Maroko

    Drużyna Srebrnej Bestii. Tam i z powrotem, czyli Złombol i wyprawa do Maroko

    2394 odsłon
    Drużyna Srebrnej Bestii. Tam i z powrotem, czyli Złombol i wyprawa do Maroko

    Tomasz Smok Jurak

    Dzisiaj, 13:11

    Drużyna Srebrnej Bestii na mecie w Maroko i organizator Złombolu Przygoda zrodzona z pomagania

    Wszystko zaczęło się od rodzinnego gestu. Mikołaj, głowa rodziny, wraz z bliskimi najpierw wsparli zbiórkę kuzynki, która zbierała fundusze na udział w Złombolu - charytatywnym rajdzie na rzecz dzieci z domów dziecka. Wtedy w głowie młodszego z rodu, Niko, zakiełkował szalony plan.

    Może my byśmy pojechali? - zaproponował syn. - Chłopie, ty wiesz co to jest Złombol? To jest taka naprawdę dosyć mocna akcja - wspomina swoją pierwszą reakcję Pan Mikołaj. Po tej wymianie zdań temat ucichł na tydzień. Dla człowieka, który zawodowo pokonuje tygodniowo niemal dwa tysiące kilometrów, kolejna długa trasa nie brzmiała jak urlop marzeń. Jednak młodzieńcza determinacja wygrała i gdy po tygodniu temat wrócił rodzina wspólnie podjęła decyzję...

    Szukanie „młodzieniaszka” z 1999 roku

    Zasady rajdu są twarde - na trasę mogą wyjechać wyłącznie samochody wyprodukowane w dawnym bloku wschodnim. Wybór lubańskiej ekipy padł na Poloneza, który uchodził za najbardziej komfortową i cywilizowaną opcję na tak gigantyczny dystans. Poszukiwania nie były jednak łatwe. Pierwsze oglądane auto w Bolesławcu okazało się kompletną ruiną. Stan pojazdu był tak opłakany, że przez dziurawą podłogę można było dosłownie oglądać asfalt.

    Ostatecznie idealny egzemplarz udało się namierzyć pod Mirskiem. Był to Polonez Caro z 1999 roku z przebiegiem zaledwie 83 tys. km. Poprzedni właściciel trzymał go pod plandeką przez trzy lata. Choć auto było stosunkowo młode, wymagało gigantycznych nakładów pracy. Przez półtora miesiąca przed startem pojazd nie schodził z warsztatowego podnośnika, gdzie Pan Mikołaj wraz z synem i zaprzyjaźnionym mechanikiem wymieniali rozrząd, wałki i dostosowywali silnik do ekstremalnych obciążeń. Na testy przed właściwą podróżą nie było już czasu i wyniosły zaledwie 250 kilometrów. Dlatego cały bagażnik wypełniła masa części i tak ruszyli w drogę.

    Na wampira przez upalną Europę

    Trzyosobowa załoga w składzie: Mikołaj jego żona Aneta oraz syn Niko wystartowała z Chorzowa 27 czerwca o godzinie 12:00.

    Oklejanie srebrnej bestii przed startem Mordercze upały z końca czerwca od samego początku dawały się mocno we znaki. Temperatura w całej Europie sięgała 40 stopni Celsjusza, co w aucie pozbawionym klimatyzacji zmuszało pasażerów do szukania nietypowych rozwiązań.

    W taki gorąc w aucie bez klimatyzacji nie było czym oddychać. No to co? Na wampira. W dzień spali, w nocy jechali - relacjonuje Mikołaj. Niko dla którego była to pierwsza tak daleka wyprawa, brał na siebie nocne zmiany od godziny 21:00 do 3:00 lub 4:00 nad ranem. Gdy on zasypiał zmęczony, za kółko wsiadał, ranny ptaszek Mikołaj.

    Niko w drodze Aneta objęła kluczową rolę logistyka wyprawy i z tylnej kanapy pilnowała, by cała machina logistyczna działała bez zarzutu. Samochód mknął autostradami z bezpieczną i jednostajną prędkością około 105 km/h. Nie z oszczędności, a dlatego że na remont zawieszenia zabrakło czasu i powyżej tej prędkości autem zaczynało trząść.

    Z innymi ekipami najczęściej spotykali się na stacjach paliw Wyprawa obfitowała w dziwne sytuacje techniczne, typowe dla polskiej motoryzacji z tamtych lat. W Austrii niespodziewanie zgasło radio. Rozwiązaniem problemu, zauważonym wcześniej przez znajomego w trakcie testów, okazało się... otwarcie i zamknięcie drzwi kierowcy. Choć brzmi to nieprawdopodobnie, po trzaśnięciu drzwiami muzyka natychmiast zaczynała grać na nowo.

    Meta w Maroku i wielki cel

    Trasa wiodła przez Czechy, Austrię, Włochy, Francję i Hiszpanię. Część drogi załoga pokonała promem, płacąc za upragniony odpoczynek w kabinie. Spali jak zabici, mimo że zaraz za słabo wygłuszoną ścianą była maszynownia i huk był przepotężny. Na marokańskiej ziemi wylądowali w porcie Nador, skąd dzieliła ich już tylko krótka droga do upragnionego finiszu. Choć na miejscu lokalne służby mocno skomplikowały paradę finałową, radość z dojechania do celu była ogromna.

    Srebrna Bestia dojechała do mety! Polonez spisał się znakomicie. Poza drobnymi usterkami, takimi jak cieknąca pompa czy zużyty pasek klinowy, maszyna bez problemu pokonała łącznie 6200 kilometrów. Średnie spalanie gazu wyniosło bardzo przyzwoite 9,4 litra na sto kilometrów.

    Nie wszystkie załogi miały tyle szczęścia, po drodze widzieli Wartburga, któremu zapaliły się hamulce, a inne ekipy pomagały mu wrócić na trasę. Na trasie spotkali cały przekrój motoryzacyjny bloku wschodniego: Skody, Dacie, Żuki, Tarpany, a nawet kultową Syrenkę.

    Meta w Maroko Wyprawa to jednak nie tylko przygoda życia, ale przede wszystkim realna pomoc. Uczestnicy rajdu zbierali fundusze dla Fundacji Nasz Śląsk, z których sto procent trafia bezpośrednio do podopiecznych domów dziecka na spełnianie ich marzeń. Po dwóch tygodniach wakacji i powrocie do Lubania zmęczenie powoli mija, a w głowach lubańskiej Drużyny Srebrnej Bestii już rodzą się plany na kolejny, przyszłoroczny start.

    Złombol, czyli radosne szaleństwo z misją

    Historia tego niezwykłego rajdu udowadnia, jak z pozoru niedorzeczny pomysł może przerodzić się w jedno z największych charytatywnych przedsięwzięć motoryzacyjnych w Europie. Wszystko zaczęło się w 2007 roku, gdy grupa przyjaciół postanowiła pojechać dwoma wysłużonymi Fiatami 125p do Monte Carlo. Przygotowując wyprawę postawili sobie za cel uzbieranie darowizn dla dzieci ze śląskich domów dziecka. Zebrane wówczas 14 tys. zł stało się iskrą, która rozpaliła ogień w sercach tysięcy miłośników dawnej motoryzacji.

    W kolejnych latach wyprawa rozrosła się do gigantycznych rozmiarów. Zasady pozostały jednak niezmienne i niezwykle wymagające: na start dopuszczane są wyłącznie pojazdy komunistycznej produkcji bądź konstrukcji. Uczestnicy nie mogą korzystać z pomocy profesjonalnych ekip serwisowych, a całą podróż, koszty paliwa oraz przygotowanie auta opłacają wyłącznie z własnej kieszeni. Aby wyruszyć, każda załoga musi pozyskać darczyńców, którzy w zamian za naklejki reklamowe na karoserii wpłacają pieniądze bezpośrednio na konto organizującej zbiórkę fundacji. Każda złotówka przekazana przez sponsorów trafia bez jakichkolwiek potrąceń na pomoc dzieciom, m.in. na wyjazdy wakacyjne, naukę języków, kursy zawodowe, prawa jazdy czy wsparcie psychologiczne.

    Trasy Złombolu tradycyjnie prowadzą na przemian w kierunki ciepłe oraz zimne, a ich długość w jedną stronę wynosi zazwyczaj około 2500 kilometrów. Przez lata uczestnicy meldowali się m.in. w Azji (Turcja), na dalekiej północy (Nortcape), w Hiszpanii czy we Włoszech. Tegoroczna, jubileuszowa 20. edycja, której meta została wyznaczona w marokańskim Ras el Ma, to piękny dowód na to, jak wielką siłę mają pasjonaci z całej Polski łączący swoją techniczną nostalgię z realnym niesieniem pomocy.

    PRZECZYTAJ WIĘCEJ

    Napisz komentarz


    Źródło: eLuban.pl

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era

    Co o tym sądzisz?