
Ucierpią badania ryzykowne. Podważające dotychczas przyjęte koncepcje. Resort nauki planuje wpisać do ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym nowe zadanie uczelni dotyczące przeciwdziałania dezinformacji. Wiceprezes PAN prof. Dariusz Jemielniak ostrzega, że brak precyzyjnej definicji tego pojęcia może
Ucierpią badania ryzykowne. Podważające dotychczas przyjęte koncepcje.
Resort nauki planuje wpisać do ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym nowe zadanie uczelni dotyczące przeciwdziałania dezinformacji. Wiceprezes PAN prof. Dariusz Jemielniak ostrzega, że brak precyzyjnej definicji tego pojęcia może prowadzić do ograniczenia swobody badań naukowych.
Do 13 lipca br. trwają konsultacje społeczne projektu nowelizacji ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym. Wśród zadań uczelni wprost wpisana ma być walka z dezinformacją. Projekt nie definiuje jednak, jak należy rozumieć ten termin.
W rozmowie z PAP wiceministra Karolina Zioło-Pużuk, pytana o to, jak wyobraża sobie walkę uczelni z dezinformacją, powiedziała: - Uczelnie powinny reagować w sytuacjach ewidentnych, gdy ktoś publicznie głosi na przykład, że "szczepienia zabijają" - stwierdziła.
Wspomniała, że obecnie dezinformacja bywa elementem wojny hybrydowej, a uczelnie powinny brać odpowiedzialność za swoich ekspertów. - Pracownicy naukowi z tytułami profesorskimi występują w mediach i zdarza się, że wygłaszają tezy niepotwierdzone naukowo. Uczelnie nie mają cenzurować swoich pracowników, ale powinny uwrażliwiać ich na to, by trzymali się głównego nurtu nauki. Muszą też posiadać odpowiednie narzędzia, jeśli ktoś z ich afiliacją postanowi z tego nurtu drastycznie zejść - dodała Zioło-Pużuk.
PAP poprosiła o komentarz w tej sprawie wiceprezesa PAN prof. Dariusza Jemielniaka z Akademii Leona Koźmińskiego i Harvard University. - Sama diagnoza jest trafna. Dezinformacja naukowa to realne zagrożenie i coraz częściej element wojny hybrydowej, obliczonej na podważanie zaufania do instytucji wiedzy. Od lat badam ruchy antynaukowe i widzę, jak skutecznie potrafią one erodować konsensus w sprawie szczepień czy klimatu. Problem w tym, że zaproponowane rozwiązanie rozmija się z tym, jak działa nauka - ocenił prof. Dariusz Jemielniak.
Jak zaznaczył, wymóg "trzymania się głównego nurtu" stoi w sprzeczności z logiką badań. - Nauka rozwija się właśnie przez kwestionowanie konsensusu - zwrócił uwagę prof. Jemielniak.
Przywołał przykład Ignaza Semmelweisa, którego koncepcje antyseptyki zostały odrzucone przez ówczesny główny nurt nauki. Wspomniał również Barry'ego Marshalla, który dowodząc tezy o bakteryjnym podłożu wrzodów żołądka przez długi czas był uznawany za "dziwaka", by ostatecznie w 2005 r. otrzymać Nagrodę Nobla. - Gdyby ich uczelnie dysponowały ustawowymi narzędziami do pilnowania ortodoksji, obu dałoby się uciszyć w majestacie prawa - zwrócił uwagę prof. Jemielniak.
Ekspert podkreślił różnicę między dezinformacją a hipotezą naukową. - Granica między dezinformacją a śmiałą hipotezą nie przebiega tam, gdzie kończy się konsensus, tylko tam, gdzie kończy się metoda. Badacz, który publikuje kontrowersyjną tezę w recenzowanym czasopiśmie, pokazuje dane, poddaje się krytyce i dopuszcza możliwość błędu. Uprawia więc naukę, nawet jeśli jego pogląd jest skrajnie niepopularny - wyjaśnił.
Zwrócił uwagę, że problemem w przypadku wypowiedzi o szkodliwości szczepień nie jest odległość od głównego nurtu, lecz lekceważenie dowodów i nadużywanie autorytetu.
Jego zdaniem największą słabością projektu nowelizacji jest brak definicji dezinformacji. - Pojęcie dezinformacji wpisane do ustawy bez definicji staje się pojęciem nieostrym, podatnym na interpretacje polityczne - wyraził obawę prof. Jemielniak.
Dodał, że historia zna przypadki, w których to państwo rozstrzygało o prawdzie naukowej. Jako przykład wskazał łysenkizm (od nazwiska radzieckiego agrobiologa Trofima Łysenki, który w swoich pseudonaukowych teoriach odrzucał istnienie genów, a genetykę określał jako "burżuazyjną pseudonaukę"). - Kto miałby rozstrzygać, czym jest dezinformacja? Rektor pod presją ministerstwa? Urzędnik bez kompetencji w danej dziedzinie? - zastanowił się badacz.
Jego zdaniem uczelnie mają już instrumenty reagowania na nadużycia, takie jak odpowiedzialność dyscyplinarna oraz kodeksy etyki. - Nowy zapis niewiele tu dodaje poza niejasnością, a niejasne prawo wywołuje efekt mrożący. Tym bardziej że przeciwdziałanie dezinformacji ma być również elementem nowej ewaluacji instytucjonalnej, więc uczelnie dostaną bodziec, by w razie wątpliwości dmuchać na zimne. Racjonalny badacz wybierze wtedy temat bezpieczny i ucierpią przede wszystkim badania ryzykowne i niekonwencjonalne - ocenił prof. Jemielniak.
Wskazał, że odporność na dezinformację należy budować poprzez edukację. - Badania nad tzw. prebunkingiem pokazują, że uczenie ludzi rozpoznawania technik manipulacji działa skuteczniej niż prostowanie fałszów po fakcie - podsumował badacz.
Według niego uczelnie w walce z dezinformacją mogą robić cztery rzeczy: po pierwsze uczyć krytycznego myślenia i higieny informacyjnej wszystkich studentów, po drugie wspierać naukowców aktywnych w debacie publicznej (dziś za popularyzację płacą oni często falami hejtu), po trzecie budować zaplecze fact-checkingu i szybkiego reagowania oraz po czwarte - doceniać komunikację naukową w ocenie pracowniczej. - To są zadania, które warto wpisywać do ustaw - ocenił.
Ludwika Tomala