Trudno o bardziej ponurą ironię. Komitet, który chce odwoływać prezydenta i Radę Miasta, mówi o naprawie Częstochowy, demokracji i nowej jakości w życiu publicznym. Tymczasem przy zbiórce podpisów pojawia się człowiek z prawomocnym wyrokiem dotyczącym właśnie danych osobowych. Na banerach można pisać „Mieszkańcy mają głos”, ale mieszkańcy mają także PESEL-e, adresy i podpisy. Mają prawo oczekiwać, że ludzie dopuszczeni do pracy przy listach poparcia będą poza jakimikolwiek wątpliwościami. Dodatkowo przedstawiciele komitetu próbowali ostatnio poruszyć temat ulotek informujących odbiorców o ochronie danych osobowych, które miały być w ich oczach atakiem wymierzonym w organizatorów zbiórki. Jak się okazało po opublikowaniu grafiki redakcji Radio Jura „Referendum w Częstochowie. Trwa zbieranie podpisów [SONDA].”, na którym uwidoczniony jest Kamil S. w kamizelce komitetu „Czas na referendum”, sprawdza się stare przysłowie „kto mieczem wojuje, od miecza ginie”. Sprawa Kamila S. była prowadzona przed Sądem Rejonowym w Częstochowie, XI Wydziałem Karnym, pod sygnaturą XI K 1416/25. W rozmowie telefonicznej z portalem Aktywna Częstochowa sędzia Dominik Bogacz , rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Częstochowie, potwierdził, że 25 marca 2026 roku Sąd Rejonowy w Częstochowie wydał wyrok w tej sprawie. Prokurator zarzucił oskarżonemu popełnienie przestępstwa z art. 107 ust. 1 i 2 ustawy o ochronie danych osobowych w związku z art. 266 par. 1 kodeksu karnego. Chodziło o uzyskanie dostępu do systemu informatycznego dużej częstochowskiej firmy, a następnie przetwarzanie danych osobowych zawartych w tym systemie i ujawnienie ich nieustalonym osobom. Sąd wymierzył Kamilowi S. karę grzywny: 250 stawek dziennych, przyjmując wysokość jednej stawki na 40 zł. Jak przekazał rzecznik sądu, wyrok zapadł w trybie konsensualnym, czyli po uzgodnieniu kary między oskarżonym a prokuratorem. Strony nie zaskarżyły orzeczenia, dlatego wyrok jest już prawomocny. Rzecznik potwierdził również, że w wyroku nie ma zakazu udziału w zbiórkach podpisów ani pozyskiwania danych w tego typu akcjach, bo przepisy takiego rozstrzygnięcia nie przewidują. I właśnie tu zaczyna się sedno sprawy. Prawo mogło takiego zakazu nie przewidzieć. Ale zdrowy rozsądek powinien działać wcześniej niż kodeks. Jeżeli ktoś został prawomocnie skazany za nieuprawniony dostęp do danych osobowych, ich przetwarzanie i ujawnienie, to dopuszczenie go do akcji, w której mieszkańcy wpisują swoje dane na listy poparcia, jest skrajną nieodpowiedzialnością. Można próbować zasłaniać się formalnością: „sąd nie zakazał”. Tyle że polityka lokalna, zaufanie publiczne i bezpieczeństwo mieszkańców nie kończą się na tym, czego sąd wyraźnie nie zabronił. Referendum nie jest zabawą w uliczną ankietę. To nie jest zbieranie lajków pod postem ani luźna sonda na Facebooku. Lista poparcia to dokument. Mieszkaniec wpisuje tam dane, które pozwalają go jednoznacznie zidentyfikować. Oddaje je ludziom stojącym przy stoliku, często na ulicy, w pośpiechu, między zakupami a autobusem. Nie ma tam miejsca na przypadkowość. Nie ma miejsca na „jakoś to będzie”. Nie ma miejsca na ludzi, których przeszłość sądowa dotyczy kradzieży danych osobowych. W tej historii szczególnie uderza kontrast między obrazkiem a rzeczywistością. Z zewnątrz wszystko wygląda schludnie: kamizelki, stolik, baner, hasło o głosie mieszkańców. Scenografia obywatelskości. Tyle że za tą scenografią pojawia się pytanie, którego nie przykryje żaden roll-up: kto właściwie ma kontakt z danymi częstochowian? Kto bierze do ręki listy? Kto je przenosi, pilnuje, przechowuje? I czy mieszkańcy naprawdę wiedzą, komu powierzają informacje o sobie? To już kolejna kompromitacja środowiska referendalnego w krótkim czasie. Najpierw Częstochowa oglądała film z Markiem D., człowiekiem związanym z komitetem referendalnym, którego kamienica nadal pozostaje siedzibą komitetu i to tam mają być trzymane dane osób, które na kartach się podpisują. Nagranie z uliczną awanturą, obnażaniem się i bójką obiegło media lokalne i ogólnopolskie. Teraz dochodzi sprawa Kamila S. i prawomocnego wyroku dotyczącego kradzieży danych osobowych. Jeden skandal można próbować nazwać wypadkiem przy pracy. Drugi zaczyna układać się w obraz środowiska, które chce rozliczać całe miasto, a samo nie przechodzi podstawowego testu wiarygodności. Nie chodzi o to, że Kamil S. nie ma prawa mieć poglądów politycznych. Ma. Może popierać referendum, krytykować prezydenta, uczestniczyć w spotkaniach, komentować sprawy miasta i głosować, jak chce. Ale czym innym jest prywatna opinia, a czym innym udział w akcji, w której mieszkańcy zostawiają swoje dane osobowe. Tu poprzeczka musi być zawieszona znacznie wyżej. Zwłaszcza przez ludzi, którzy chcą występować w roli moralnych recenzentów obecnej władzy. Komitet referendalny nie zbiera podpisów pod petycją o dodatkowy kosz na śmieci na osiedlu. Chce doprowadzić do odwołania prezydenta Częstochowy i całej Rady Miasta. Chce uruchomić procedurę, która może kosztować publiczne pieniądze, wywołać kampanię, doprowadzić do politycznego przetasowania i otworzyć walkę o władzę w mieście. Jeżeli ludzie stojący za tak poważną operacją nie potrafią zadbać o elementarne standardy przy własnej zbiórce podpisów, trudno uwierzyć, że są gotowi naprawiać Częstochowę. Najbardziej bezlitosne w tej sprawie jest to, że ona nie wymaga wielkiej interpretacji. Nie trzeba budować skomplikowanej teorii politycznej. Nie trzeba rozrysowywać układów, zależności i ambicji. Wystarczy zestawić dwa fakty: człowiek prawomocnie skazany w sprawie kradzieży danych osobowych uczestniczy w zbiórce podpisów, podczas której mieszkańcy zostawiają dane osobowe. Tyle. Reszta jest już tylko komentarzem do poziomu odpowiedzialności organizatorów. Referendarze chcą mówić o standardach. W porządku. Zacznijmy więc od standardów przy stoliku. Kto może mieć kontakt z listami? Kto odpowiada za dane mieszkańców? Kto weryfikuje osoby zbierające podpisy? Kto zdecydował, że w takiej akcji może pojawić się osoba z prawomocnym wyrokiem w sprawie danych osobowych? To są pytania nie o polityczne sympatie, ale o elementarne bezpieczeństwo i powagę. Można oczywiście próbować bronić tej sytuacji prawniczą formułką: skoro w wyroku nie ma zakazu, to formalnie może. Tyle że mieszkańcy nie oczekują od organizatorów referendum wyłącznie minimalizmu prawnego. Oczekują rozsądku. Oczekują odpowiedzialności. Oczekują, że ich dane nie będą częścią politycznego folkloru, w którym najpierw liczy się wrzask, potem wizerunek, a dopiero na końcu standardy. Bo dane osobowe mieszkańców to nie dekoracja do kampanii. PESEL to nie ulotka. Adres zamieszkania to nie naklejka na banerze. Podpis pod referendum to nie rekwizyt do zdjęcia w mediach społecznościowych. To realny ślad obywatela w procedurze wyborczej. I każdy, kto taką procedurę organizuje, powinien rozumieć ciężar odpowiedzialności. Na razie środowisko referendalne zamiast nowej jakości pokazuje serię kompromitujących obrazków. Trumna na sesji. Uliczny skandal Marka D., zbiór partii politycznych, które już robią sobie kampanię prezydencką. Teraz osoba prawomocnie skazana za kradzież danych osobowych przy zbiórce podpisów. Trudno po tym wszystkim udawać, że mamy do czynienia z profesjonalnym, uporządkowanym ruchem obywatelskim. Coraz bardziej wygląda to na zbieraninę ludzi, których łączy wspólny wróg, ale niekoniecznie wspólne standardy. A mieszkańcy Częstochowy powinni wiedzieć, co podpisują i komu oddają swoje dane. Nie po fakcie. Nie po referendum. Nie wtedy, gdy ktoś będzie tłumaczył, że „nikt nie przewidział problemu”. Powinni wiedzieć teraz, zanim wpiszą na listę swoje nazwisko, adres i PESEL. W polityce lokalnej wiele można przykryć hasłem o zmianie. Można zrobić ładny baner, założyć kamizelkę, postawić stolik i mówić o głosie mieszkańców. Ale są momenty, w których cała ta scenografia pęka. Ten moment właśnie nadszedł. Jeżeli komitet chce naprawiać miasto, niech najpierw pokaże, że potrafi zadbać o zaufanie mieszkańców przy własnym stoliku. Bo bez tego nie ma żadnej nowej jakości. Jest stara nieodpowiedzialność pod nowym logo. I bardzo niewygodne pytanie: czy ludzie, którzy nie potrafią ochronić wiarygodności własnej zbiórki, naprawdę mają być twarzami naprawy Częstochowy?
Źródło: Aktywna Częstochowa
Źródło: wCzestochowie.pl