
Maciej Baranowski 19/07/2026 - 07:43 Sezon letni spędzaliśmy z dziadkami nad morzem, każdego roku w tej samej niewielkiej miejscowości, Łebie. To doświadczenie wielu osób z Zagłębia Dąbrowskiego, a przynajmniej tych, których rodzice lub dziadkowie byli zatrudnieni w Hucie Bankowej. Jeśli przyjeżdż
Wchodziło się od Nadmorskiej, ulicy rozdzielającej „Metalurga” od poprzedzonego niewielkim lasem Bałtyku. Po prawej stronie stały dwupiętrowe bloki, choć dziś powiedzielibyśmy - apartamenty. Nie pamiętam jak wyglądały pokoje dla wczasowiczów, jednak z pomocą przyszła strona zaplanujwczasy.pl.
Dizajn i zamieszczone zdjęcia wskazywały jasno na pierwszą dekadę drugiego tysiąclecia: „Zakwaterowanie - OWR „Metalurg” posiada pokoje 2, 3 i 4 osobowe z łazienkami, wyposażone w wersalki, tapczany lub półkotapczany oraz TV. Pokoje 3 osobowe z łazienką na zewnątrz (w pokoju umywalka), wyposażone są w wersalki, radio. We wszystkich pokojach znajduje się czajnik bezprzewodowy, szklanki, leżak i wiatrochron.”
Na samym końcu ścieżki znajdowało się miejsce na ognisko, obok był plac zabaw. Dalej boisko do koszykówki i piłki nożnej, chociaż bardziej adekwatnie byłoby to nazwać przestrzenią do gry w wymienione sporty, bo choć te kilka pospawanych słupków spełniało swoją funkcję, to daleko im było do infrastruktury ze stadionu Ludowego w Sosnowcu. Tam spędzaliśmy czas wieczorami.
Popołudnie, jeśli nie na plaży, upływało w głównym budynku ośrodka, gdzie mieściły się stołówka, recepcja, świetlica i pewnie kilka innych miejsc, które były dla mnie zbyt mało zajmujące, gdy miałem osiem lat. W stołówce jadło się nie tylko śniadania, ale również obiadokolacje.
W tym miejscu poznałem pana Wacława, pracownika Huty Bankowej, bliskiego przyjaciela dziadków. Kiedy moja babcia poprosiła Wacława żeby nauczył mnie mówić, ten odparł, że dzieci same się tego uczą, więc przeznaczone dla jeszcze niemówiących lekcje polskiego to trochę strata czasu. Oczywiście nie znałbym tej anegdoty, z perspektywy czasu trochę absurdalnej, gdyby nie fakt, że pan Wacław zamieszkał z moją babcią po śmierci dziadka. Śmiejemy się, że babcia jest prawdopodobnie najstarszą osobą w situationshipie, w końcu mieszka z mężczyzną w nieformalnej relacji. Co by jednak nie było, bardzo o siebie nawzajem dbają, spędzają ze sobą czas, nie są samotni. Znają się też długo.
Pan Wacław rozpoczął pracę w Hucie Bankowej w 1965 roku, babcia trochę później. Koniec lat 60. to czas budowania Ośrodka Wypoczynkowego „Metalurg”, o co zapytałem pana Wacława, kiedy ostatni raz odwiedzałem babcię.
- Nie stawialiśmy "Metalurga", a jedynie pomagaliśmy w budowie - opowiada Wacław. - Na dwa tygodnie na wczasy się jechało i w tym czasie mieliśmy pracować przez wyznaczoną liczbę godzin, chyba to były dwie albo trzy godziny dziennie. Nie było ludzi do pracy, pomagaliśmy murarzom stawiać pawilony. W tych samych pawilonach, kiedy już się do tego nadawały, spaliśmy po pracy. Wcześniej nocleg zapewniała szkoła nr 1. Spaliśmy w klasach, na łóżkach piętrowych, były tam też organizowane kolonie
Śmiało można powiedzieć, że "Metalurg" był nudny. Chociaż może właśnie za nudą tęsknimy, odkąd została zastąpiona scrollowaniem. Naprawdę trudno mi ująć, na czym polega fenomen zarówno "Metalurga", jak i każdego innego ośrodka wczasowego z czasów PRL. Przecież nie może chodzić wyłącznie o wspomnienia z dzieciństwa, które często pozostają cieplejsze niż tworzące je wydarzenia.
Dlatego w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie „co jest fascynującego w starych ośrodkach wypoczynkowych?” zostałem zmuszony zwrócić się do specjalisty. A jeśli ktoś może nosić miano specjalisty od PRL-owskich ośrodków wczasowych to jest to Marcin Wojdak, fotograf architektury minionego ustroju, podróżnik i pisarz, publikujący wykonane zdjęcia na Instagramie, pod nazwą Cosmoderna.
- Kiedy niemal 10 lat temu zacząłem fotografować ośrodki wczasowe powstałe w czasach PRL, znalazłem w nich rezerwat retro klimatu w takim natężeniu, jakiego nigdzie indziej już znaleźć nie byłem w stanie - wspomina Marcin Wojdak. - Wszystkie te mniejsze i większe domki, stołówki i pawilony mieszkalne wydawały się całkowicie wyjęte spod dyktatu nowoczesności. Zapomniane mini kurorty nad prowincjonalnymi pojezierzami i mniej popularnymi częściami wybrzeża pełne były obiektów wyposażonych wciąż w te same, oryginalne krzesła, wersalki, stare koce, szklanki wypełnione kompotem, a nad wszystkim unosił się dobrze znany zapach stołówki. Klimat nie do podrobienia - wspomnienia wspólne dla kilku pokoleń Polaków
Największym odkryciem była dla niego jednak sama architektura - to właśnie w starych ośrodkach znajdował nigdzie jeszcze nie udokumentowane mozaiki, witraże albo elementy metaloplastyczne.
- W każdym niemal ośrodku oglądałem efektownie przeszklone stołówki. PRL, choć siermiężny, dbał o to, żeby nawet w tak prozaicznym miejscu jakim był ośrodek wczasowy, przemycić dobrej jakości architekturę. Dopiero teraz możemy docenić fakt, że w czasach tzn. komuny miejsca wypoczynku nie musiały konkurować ze sobą o klienta, osoby zarządzające ośrodkami nie musiały myśleć o zyskach. Dlatego też domki nie stały jeden tuż obok drugiego, a teren na którym znajdowały się domy wczasowe nie był nimi szczelnie wypełniony - wskazuje Marcin Wojdak
Dlatego, jak dodaje Wojdak, wobec wszechogarniającej nas współcześnie komercji, maksymalnego nastawienia na zysk i rentowność, dawne ośrodki jawią się jak przybysze z innej planety. Takiej, na której niczym dziwnym było dekorowanie ściany pawilonu mozaiką przestawiającą ogromne ryby, albo taka na której gapienie się w niebo, siedząc na drewnianym pomoście nad jeziorem, było atrakcją samą w sobie.
- To były miejsca, w których wypoczynek odbywał się na zdecydowanie wolniejszych obrotach, pośród dużo ciekawszej architektury i bliżej drugiego człowieka. Tak uważam, choć mogę się mylić. W końcu nigdy na wczasach nie byłem… - kończy fotograf
„N_ienawidzę podróży i podróżników_” pisał francuski antropolog Claude Lévi-Strauss w książce „Smutek tropików”. Swoje rozgoryczenie Lévi-Strauss opierał na impresji tego, jak ludzie zaczęli podróżować: te same zdjęcia z tych samych miejsc, te same przemyślenia i te same atrakcje.
Chociaż brzmi to jak dzisiejszy Instagram i tanie linie lotnicze, „Smutek tropików” został opublikowany już w 1955 roku. Nie miałem okazji poznać Léviego-Strauss’a, ale myślę, że spodobałoby mu się w "Metalurgu".
Łebski ośrodek wypoczynkowy, w przeciwieństwie do dzisiejszych hoteli, pełnił funkcję społeczną. Moi dziadkowie mieli dużo szczęścia - po reformach Balcerowicza udało im się zachować posadę w Hucie Bankowej, gdzie przepracowali do emerytury.
Nie wiem ile zarabiali, ale na pewno mogli sobie pozwolić na wakacje w innym miejscu niż tam, gdzie cały czas jeździli. Coroczna wycieczka nad Bałtyk była też po prostu długa. Z Zagłębia Dąbrowskiego bliżej niż do Łeby jest do Pragi czy Wiednia, nie wspominając o Tatrach czy Beskidach. Jednak jeździli do Łeby, rok w rok, aż do wyburzenia "Metalurga".
Nasi dziadkowie wypoczywali inaczej, bo robili to zanim wypoczynek został skomercjalizowany. Dzisiaj kurorty sprzedają prywatność, poczucie wyjątkowości i często złudną nadzieję na eksplorację kultury, często kończącą się siedzeniem przy hotelowym basenie.
Pisał o tym dr Dominik Lewiński z Uniwersytetu Wrocławskiego, mój promotor licencjatu: „Dziś sensem życia jest konsumpcja. A podróżowanie wydaje się nam jej najszlachetniejszą formą, bo nie polega na kupowaniu rzeczy materialnych, tylko duchowych. Wyjeżdżając, nie wydajemy na ubrania czy kosmetyki, ale na podróże, które w teorii mają wzbogacić nas wewnętrznie.”
Dlatego "Metalurg" musiał upaść. Musiał upaść, ponieważ przestał wpisywać się we współczesne standardy wypoczynku. Prywatność zamiast spotkań ze znajomymi z zakładu pracy, odhaczanie kolejnych, coraz bardziej egzotycznych destynacji, zamiast poczucia przynależności. Chociaż może wymyślam, może wszystko co piszę jest przeromantyzowane. Ale jeśli tak jest to tylko dlatego, że mam przywilej dobrze wspominać swoje dzieciństwo.
Źródło: Ślązag.pl