RAK
    Piotr Fuglewicz: Katowicki azyl Ludomira Różyckiego. Jak Śląsk ocalił twórcę „Pana Twardowskiego”

    Piotr Fuglewicz: Katowicki azyl Ludomira Różyckiego. Jak Śląsk ocalił twórcę „Pana Twardowskiego”

    1397 odsłon
    Piotr Fuglewicz: Katowicki azyl Ludomira Różyckiego. Jak Śląsk ocalił twórcę „Pana Twardowskiego”

    Piotr Fuglewicz 10/07/2026 - 06:00 W kwietniu 1945 roku Ludomir Różycki , jeden z najwybitniejszych kompozytorów Młodej Polski, trafia do Katowic , uciekając przed wojenną katastrofą, która obróciła jego warszawski dom w popiół. Dzięki niezwykłej gościnności Marcina Kamińskiego otrzymuje mieszkani

    Katowice – nieoczywista „Ziemia Obiecana”

    Kwiecień 1945 roku. Europa wciąż dymi po pożodze najkrwawszej z wojen. Warszawa, niegdyś dumna stolica, jest dziś jedynie morzem ruin – gigantycznym cmentarzyskiem ludzi, marzeń i architektury. W tym samym czasie Katowice, ze swoją niemal nienaruszoną tkanką miejską, solidnymi murami i dymiącymi kominami, wyrastają na nieoczywistą „Ziemię Obiecaną”. To tutaj, na pokładzie pociągów wypełnionych uchodźcami, przybywa polska inteligencja, szukając tratwy ratunkowej na wzburzonym morzu historii.

    Na katowickim dworcu wysiada starszy pan o twarzy, na której wojna wyryła głębokie bruzdy troski. To Ludomir Różycki, genialny kompozytor Młodej Polski i autor słynnego baletu „Pan Twardowski”. Towarzyszy mu żona, Stefania. Niosą ze sobą traumę, której współczesne pokolenia nie są w stanie w pełni pojąć. Ich warszawska willa legła w gruzach, a wraz z nią spłonął dorobek całego życia: bezcenne rękopisy, pamiątki i nuty kreślone przez dekady. Przyjeżdżają na Śląsk z niczym, mając bagaż zapisany jedynie w pamięci.

    Sobieskiego 24: cud gościnności i narodziny salonu artystycznego

    To właśnie przy ulicy Jana III Sobieskiego wydarza się cud, który w brutalnej, powojennej rzeczywistości wydaje się niemożliwy. Pod numerem 24 stoi solidna, mieszczańska kamienica z 1896 roku. Wysokie stropy, przestronne pokoje i klatka schodowa pachnąca jeszcze pruskim porządkiem stają się scenerią niezwykłego gestu. Marcin Kamiński, kluczowa postać dla rodzącego się śląskiego szkolnictwa muzycznego, widząc Mistrza pozbawionego dachu nad głową, bez wahania odstępuje mu swoje mieszkanie.

    Nie oddaje mu jednak tylko czterech ścian. Przekazuje lokal w pełni umeblowany – z dywanami, obrazami i tym, co dla artysty najcenniejsze: fortepianem. Dla Różyckiego, któremu wojna odebrała narzędzie pracy, ten instrument jest obietnicą, że muzyka nie umarła w warszawskich zgliszczach.

    Mieszkanie przy Sobieskiego 24 błyskawicznie ewoluuje. Przestaje być zwykłym lokalem kwaterunkowym, stając się pierwszym powojennym salonem artystycznym Śląska. Choć na zewnątrz wciąż czuć zapach spalenizny, u Różyckich dyskutuje się o czystej sztuce. Bywają tu legendy: słynny śpiewak Adam Didur czy kompozytor Bolesław Szabelski. W gęstym dymie papierosowym, przy aromacie kawy zdobywanej z trudem na czarnym rynku, krystalizują się wizje odbudowy polskiej kultury.

    To właśnie w tych pokojach Różycki podejmuje tytaniczną pracę. Z samej tylko pamięci, nuta po nucie, rekonstruuje spalone w stolicy partytury, w tym swój II Koncert fortepianowy. Kamienica staje się bastionem, w którym artysta toczy zwycięską walkę z niebytem.

    Praca twórcza wymaga jednak instytucjonalnych ram. Zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej, pod numerem 15, mieści się Instytut Muzyczny, zorganizowany dzięki wysiłkom wspomnianego Kamińskiego. Różycki otrzymuje tam własną pracownię na pierwszym piętrze. Przez osiem lat, dzień w dzień, kompozytor pokonuje ten krótki odcinek drogi. Spacer między numerem 24 a 15 staje się rytuałem – przejściem między domem otrzymanym w darze a pracą, która nadaje sens jego ocaleniu.

    Różycki nie jest jedynie biernym lokatorem śląskiej gościnności. Jako dziekan Wydziału Teorii, Kompozycji i Dyrygentury w tutejszej Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej (dzisiejszej Akademii), buduje fundamenty edukacji artystycznej regionu, firmując nową uczelnię prestiżem swojego nazwiska.

    Ślady Różyckiego: Katowice, Gliwice i muzealny gabinet

    Współczesny przechodzień, szukając śladów Różyckiego, często wpada w pułapkę historii. Pod numerem 15 nie znajdziemy już szkoły jego imienia (dawna placówka, nosząca imię Szymanowskiego, przeniosła się na Osiedle Tysiąclecia). Aby odnaleźć szkołę muzyczną patronatu Różyckiego, trzeba wyjechać do Gliwic, na ulicę Księcia Ziemowita.

    To tam uczyła śpiewu jego żona, Stefania, i tam kompozytor często bywał, silnie zżywając się z lokalną społecznością. To swoisty paradoks: podczas gdy Katowice mają swoich wielkich – Kilara i Góreckiego – Gliwice dumnie noszą imię twórcy „Bolesława Śmiałego”. Choć serce Różyckiego biło w Katowicach, jego imię najgłośniej wybrzmiewa w sąsiednim mieście.

    Ludomir Różycki mieszka przy Sobieskiego aż do śmierci w Nowy Rok 1953. Choć spoczął w Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach, Katowice zachowały jego obecność w sposób niemal fizyczny. Na fasadzie kamienicy pod numerem 24 wisi tablica pamiątkowa – skromny znak dla tych, którzy potrafią zwolnić w biegu.

    Najbardziej przejmujący ślad czeka jednak przy ulicy ks. Szafranka. W Muzeum Historii Katowic znajduje się „Gabinet Ludomira Różyckiego”. To miejsce magiczne. Meble, bibeloty, a nawet ten sam fortepian z mieszkania przy Sobieskiego, zostały tam zaaranżowane tak, jakby kompozytor przed chwilą odłożył pióro i wyszedł na krótki spacer. To nie jest martwa ekspozycja, lecz żywy fragment losu ocalonego przed zapomnieniem.

    Ulica Sobieskiego zmienia swoje oblicze. Historyczne mury sąsiadują dziś ze szklanymi biurowcami, a w dawnych składach powstają modne kluby. Jednak opowieść o tym, jak Katowice stały się bezpiecznym portem dla polskiej kultury w jej najczarniejszej godzinie, pozostaje niezmiennie aktualna. To dowód na to, że nawet po totalnej katastrofie, mając obok przyjaciół i fortepian, można zbudować świat od nowa.

    Józef Konstanty Tuchołka pracowal początkowo na kopalni Król

    Wilhelm Gottlieb Korn

    Rudolf von Carnall i jego porcelanowy serwis


    Źródło: Ślązag.pl

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era

    Co o tym sądzisz?